– Pożogar, Kes, idziemy. Wyjdziemy za miasto, tam gdzie nas nikt nie zobaczy, muszę poćwiczyć z Damą.
– Do pierwszej krwi? – spytał Kes, uśmiechając się nieprzyjemnie.
Zatrzymaliśmy się w niewielkim lesie, pół godziny drogi od Wołogrodu. Tu przynajmniej nikt nam nie będzie przeszkadzał. A gdyby jednak zaczął, to miałby problem.
– Bez krwi – rozczarowałam go.
– Nie no, tak to nie ma zabawy! – zaprotestował Kes z chytrymi iskierkami w oczach. – Normalnie to sama się podstawiasz pod stal!
– Nawet o tym nie myśl – rzuciłam mu cienki miecz, który zarekwirowałam Elmirowi. – Srebro i tylko srebro.
– Co ja jestem – próbował się buntować mag – twój worek treningowy?
Pożogar miał już dosyć naszej kłótni.
– Przestańcie memłać! – szczeknął. – Bijecie się czy nie?
Dama wyskoczyła z pochwy, szmaragdowe oczy na jelcu zalśniły. Wykonawszy kilka próbnych cięć, zaczęłam wyczuwać broń. Kes tymczasem robił to samo z mieczem, który mu dałam.
Skok, unik, zgrzyt metalu, iskry sypiące się z moich palców. Odskoczyliśmy od siebie.
– Ej, to nie w porządku! – krzyknął Kes. – Przemieniasz się!
– Nie w porządku, tak? A to, że czarujesz bez przerwy, to niby w porządku? Nie wypuszczam skrzydeł ani nawet pazurów, a ogień to taka sama część mnie jak wiatr część ciebie!
Wbiegłszy po cienkim pniu najbliższej brzózki, zastygłam na gałązce, która tylko cudem utrzymywała mój ciężar. Kes wzbił się w powietrze.
Hop, hop, hop… z gałązki na gałązkę. A on po prostu latał, leniwie opędzając się od moich ciosów.
Złote iskry w powietrzu i srebrzyste płatki śniegu.
Sprężyłam się i skoczyłam na Kesa, który zawisł właśnie w połowie drogi między drzewami. Siła rozpędu ściągnęła nas oboje na ziemię. Kes w locie zdążył się obrócić, tak że to on wylądował na mnie. No! To nie w porządku! Ciężki jak koń! A zachowywał się jak piórko, co nic nie waży!
Poczułam jego oddech na policzku. Wzdrygnęłam się.
– Kes…
– No?
– Wygodnie ci?
Wymowne milczenie.
– Ty się wreszcie zdecyduj, czy wolisz mnie zabić czy przespać się ze mną. Bo albo jedno, albo drugie.
Powoli wstał i odrzucił miecz. Pożogar, który dotąd zdawał się drzemać pod drzewem, podejrzliwie zastrzygł uszami.
– Kiedy ja sam nie wiem! – wyrwało się Kesowi. W chwilę później dotarło do niego, co właściwie powiedział.
Zabulgotał wściekle i pomaszerował w stronę miasta, zostawiając mnie kontemplującą malowniczy widok jego pleców. Nie wie! Dobre sobie! To co ja mam w takim razie zrobić? Czekać, aż szanowny pan raczy się wreszcie zdeklarować?
– On cię kocha – poinformował mnie Pożogar, odprowadzając Kesa wzrokiem. – Mówię ci, ja mam nosa.
– Kocha, tyle że nie mnie, a Rey. – Pokręciłam głową. – Wiesz, czasem mam wrażenie, że on jest ślepy. Co chce zobaczyć, to widzi, a czego nie chce, to nie.
– Mylisz się. On wie, kim jesteś. Może to ty masz z tym problem? Powiedz mi, Księżniczko, kim ty naprawdę jesteś?
Zacisnęłam usta i nic nie odpowiedziałam zbyt przenikliwemu feyrowi. Jak to, kim jestem? Jestem…
Rozdział IX
20 – 28 LIPCA
Kito, musisz tu na nas poczekać – powiedziałam przy krzaku maskującym wejście do tunelu. – Trzymaj konie w gotowości. Może się zdarzyć, że coś nie pójdzie tak gładko jak byśmy chcieli.
Jednorożec posłusznie skinął głową. Wszystkie jednorożce mają wrodzoną klaustrofobię, a starszy wpadający w panikę w najmniej odpowiednim momencie był mi potrzebny jak dziura w moście. I bez tego miałam dosyć kłopotów.
Dochodziła północ. Wyszedłszy z miasta dostatecznie wcześnie, czekaliśmy w zaroślach, aż się porządnie ściemni. Noc była bezksiężycowa, więc nawet swoich towarzyszy widziałam jako rozmazane cienie. Zachodzę w głowę, jak sobie radzą w nocy ludzie, skoro ich wzrok i w dzień pozostawia wiele do życzenia.
Na taką okazję pożyczyłam sobie zapasowe ubranie Kesa – moje, purpurowe, zbyt się rzucało w oczy. Koszula była za ciasna w biuście, za to spodnie spadały mi z bioder, musiałam więc poprosić magów, żeby mi je trochę zwęzili zaklęciami. Reszta ubrała się podobnie – ciemne, cienkie ciuchy nie krępujące ruchów. Uzbroiłam się tylko w Damę, którą zawiesiłam w pochwie na plecach.
– Gotowi? – Neka obrzucił wzrokiem nasz maleńki oddział. – No to idymy.
Jako pierwszy wcisnął się do wąskiego włazu Pożogar. Rozległ się plusk wody.
– Wszystko w porządku, możecie schodzić – rozległ się stłumiony głos feyra.
Akir wśliznął się w czarną jamę jak biały cień, za nim, schyliwszy się, Kes. Za nimi poszłam ja z Elmirem i Anni, a pochód zamykali trzej magowie.
– Brrr… – wzdrygnęłam się. – Czemu ta woda taka zimna?
Woda sięgała mi do pasa i rzeczywiście była lodowata. Miałam wrażenie, że dolna połowa ciała zaraz mi zamarznie.
– To jest odnoga podziemnej rzeki, która tu płynie od Wołogrodu, stąd bierze się czysta woda w studniach Akademii. Sama rozumiesz, że ciepłe to być nie może – wyjaśnił Wittor.
– Gotowi? – przerwał mu Bran, który już zaczął czarować.
Skinęliśmy głowami. W chwilę później poczułam, że się duszę.
– Wszyscy naprzód, aż się zanurzycie, tu jest za płytko! – huknął Kes, który najwyraźniej doskonale znał działanie tego czaru. – Nie bronić się przed odruchami, wasze ciało wie, co ma robić.
Dziwnie się oddychało wodą. Właściwie nawet nie tyle nieprzyjemnie, co po prostu zupełnie inaczej. Wykonawszy parę wdechów i wydechów na próbę, wynurkowałam i poczekałam, aż na powierzchni pojawią się głowy pozostałych.
– Trzymajcie się jedni drugich, nie zostawajcie z tyłu – zarządził Neka. – Akir przodem. Jeszcze przez minutę będzie powietrze, a dalej tunel jest kompletnie zalany wodą.
Przytaknęłam i zanurzyłam się z powrotem. Odważyłam się otworzyć oczy. Lodowata woda mroziła źrenice, ale jakoś wytrzymałam, żeby ich nie zamknąć. Trudno, trochę się przemęczę, a potem już będzie Akademia.
Z każdym krokiem szło się coraz trudniej, jakbym się przedzierała przez coś gęstego i lepkiego. Krew pulsowała mi w skroniach, woda gryzła w oczy. Tłumaczyłam sobie, że wytrzymam, przecież tamci mają tak samo ciężko… Nagle poprzedzający mnie Kes zatrzymał się. Zauważyłam to chwilę za późno i wpadłam mu na plecy. Wyjrzawszy zza jego ramienia, zobaczyłam, co nas zatrzymało – o dziesięć kroków przed nami tunel przegradzała krata. Akir w skupieniu przegryzał pręty, jeden po drugim. Coś takiego… Gdybym nie wiedziała, na czym rzecz polega, tobym się naprawdę przestraszyła. A chodzi o to, że kotołaki nie gryzą diamentów dla przyjemności, a dlatego, że dzięki takiej diecie ich kły w razie potrzeby mogą osiągnąć nieprawdopodobną ostrość i wytrzymałość. Na godzinę. Tylko na godzinę. Ale nam to wystarczało. Pewnie, że szkoda pierścionka Anni i mojej kolii, ale warto było. Również po to, żeby zobaczyć twarze magów patrzących z rozszerzonymi oczami, co nasz zwierzołak je na spóźnioną kolację. Zobaczyć i próbować nie umrzeć ze śmiechu.
Minuta. Dwie. Liczyłam w duchu, z całego serca (czy tego, co tam mam zamiast niego) pragnąc, żeby ta droga już się skończyła. Podobno marzenia czasem się spełniają. Neka skinął na nas i pierwszy przeszedł przez dziurę. Akir przegryzł trzy pręty, każdy w dwóch miejscach. Jeśli magowie będą chcieli odtworzyć zaporę, będą się musieli bardzo postarać.