Krok. Drugi. Trzeci. Ależ zimno! Jeśli nawet Księżniczka zastanawia się, jaką trzeba było być kretynką, żeby pchać się w ten tunel, to co dopiero ludzie!
Neka zatrzymał się. Tym razem zdążyłam wyhamować i uniknąć kolejnego bliskiego spotkania z moim podopiecznym. Neka wskazał palcem w górę, pokazując na migi, że mamy tam iść. Sceptycznie przyjrzałam się sklepieniu tunelu, wyglądającemu na litą skałę, i wytrzeszczyłam oczy, czego natychmiast pożałowałam. Brrr…
Neka odepchnął się od dna i podpłynął pod sklepienie. Przebierając nogami, naparł dłońmi na pokrywę studni, niemal zlewającą się z resztą sklepienia. Jeszcze chwila – i płyta ustąpiła. Mag złapał krawędź, podciągnął się i znikł. Kes chwycił mnie za rękę i pociągnął za pozostałymi. Może bym mu nawet podziękowała za pomoc, ale siniaki, które pozostały mi po wyciągnięciu przez niego na wierzch, skutecznie mnie przed tym powstrzymały. On zawsze tak. Jeśli już zrobi dla feyra coś miłego, to zaraz musi to zrównoważyć, robiąc temuż feyrowi jakieś świństwo. Mag! To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie! Nawet w grobie się nie zmieni!
Bran zdjął zaklęcie. Złapałam się za gardło, spazmatyczny kaszel zgiął mnie wpół, woda chlusnęła mi z ust, ustępując miejsca powietrzu.
– Mało czasu. Zmiana warty jest co czterdzieści minut, a jeszcze trzeba się potem wydostać z Akademii – zauważył Neka i chwiejnie podniósł się z kolan. Pozostali, bladzi, ale żywi, poszli za jego przykładem.
Kes rzucił przez zęby parę zaklęć. Jego oczy lekko zaświeciły w półmroku. Pozostali magowie zrobili to samo. Ja mogłam sobie poradzić bez tego typu udoskonaleń.
– Pomóż Anni – rzuciłam do Kesa. – Ona nie jest ani magiem, ani feyrką.
Posłusznie skinął głową. Jakie to piękne słowo: posłusznie. Zwłaszcza w stosunku do tego konkretnego człowieka.
Akir, mlaszcząc, lizał sobie łapę. Kotołak przeżył tę podróż najciężej. Woda nie jest żywiołem kotów, w normalnych warunkach nawet by pazura nie zamoczył.
– Kędy idziemy? – spytałam Brana, stojącego najbliżej.
– Jesteśmy prawie przy samym wejściu do lochów – odparł. – O, za tym zakrętem jest warta, a dalej już cele.
– Co robimy z obstawą? Dacie radę zamącić im rozum?
– Nie da rady – wtrącił się Neka. – Są tak obwieszeni amuletami, że sam przewodniczący Rady by zwątpił. Będzie trzeba załatwić sprawę metodami tradycyjnymi.
Kes udał, że tego nie słyszy. Zabijanie magów było sprzeczne z jego poczuciem praworządności. Z drugiej strony, nie chciał ryzykować starcia ze starszym i silniejszym.
– Idź ty z Akirem – powiedział do mnie Wittor. – Jeśli będziemy mieli pecha i magowie odczytają ostatnie wspomnienia truposzów, lepiej, żeby nas tam nie było. Zdrady się nie wybacza, nawet w najszczytniejszym celu.
Skinąwszy na kotołaka, skierowałam się w stronę zakrętu, przemieniając się w biegu. Gdyby nawet Neka mi o tym nie powiedział, trudno byłoby strażników nie zauważyć – wcale się nie kryli. Po ciemnym korytarzu niósł się śmiech mężczyzn zabijających czas opowiadaniem jakichś głupot:
– …a ten ćwok, uważasz, żmiję wyczarował! I to na niedźwiedzia… Ej! A ty co…?
Nie zdołał dokończyć pytania. Westchnęłam rozczarowana. To już? To tak się pilnuje podobno najlepiej strzeżonego miejsca w krainach śmiertelnych? Moje pazury w piersi jednego, kły Akira w gardle drugiego i już, droga wolna? No nie, świat stanowczo zwariował. Definitywnie i nieodwracalnie.
W pół minuty później dogoniła nas reszta ekipy. Kes splunął, patrząc na trupy swoich byłych kolegów, ale znów powstrzymał się od komentarzy. Niemniej i tak poczułam falę jego pogardy, ogarniającą mnie od stóp do głów. O, Żywioły! Jak można być takim feyrofobem! Jak on zabijał feyry, to było dobrze, a jak ja zabiłam ludzi, to od razu jestem potworem. A fe!
Pożogar nagle zerwał się i pobiegł w głąb korytarza, przystając na chwilę przed każdą celą. Zatrzymał się w końcu na dobre i szczeknął cicho. Podeszłam do niego.
– To tutaj? Pewien jesteś?
Skinął łbem. Próbowałam opanować strach. A jeśli dziadek postradał zmysły? Jeśli mnie nie pozna? Albo… Jeśli mi nie przebaczył? Jeśli uważa, że to moja wina? Co wtedy mam zrobić? Odwrócić się i uciec, i niech magowie próbują z niego wyciągnąć sposób na przywrócenie feyrom rozumu? Paść na kolana i błagać o przebaczenie? Nakrzyczeć na niego…?
Za moimi plecami stłoczyła się reszta ekipy.
– No! – warknął niecierpliwie Kes. – Otwieraj! Szarpnęłam zasuwę. Drzwi otwarły się powoli, z przeciągłym zgrzytem, który niósł się po korytarzu.
Siarczysty policzek przywrócił mi kontakt z rzeczywistością. W pewnych sprawach na Kesa zawsze można było liczyć. Ciekawe, ile czasu tak stałam? Jak długo rozlegał się w podziemiu mój cichy płacz?
Nie! To nieprawda! To nie on! Kto to jest i gdzie jest mój dziadek?
Pożogar zaskomlał i, przecisnąwszy się do celi, podczołgał się na brzuchu do zniszczonego posłania, na którym leżała najstraszniejsza istota, jaką widziałam w życiu. Lokator celi przypominał szkielet obciągnięty żółtym pergaminem. Twarz zakrywały mu splątane siwe włosy. Przez dziury w czymś, co kiedyś było odzieżą, widziałam blizny. Stare i całkiem świeże.
Nie! To nie on! Nie! Nie!!!
Co trzeba zrobić z feyrem, żeby go utrzymać na granicy utraty ciała i równocześnie zadać takie rany, że jego nawet niemal doskonała regeneracja nic nie zdziałała? Jakich tortur tu trzeba?
Nie wiedziałam.
I nie chciałam wiedzieć.
Bo się bałam.
Bałam się stracić tę odrobinę wiary w śmiertelnych, która jeszcze kołatała się w moim sercu. Wiary w to, że śmiertelnicy to nie jakieś potwory. To tylko rozwydrzone dzieci… to…
Pożogar szturchnął więźnia nosem w dłoń i, nadal skomląc, pomachał ogonem. Jak najzwyklejszy pies obwąchujący ciało swego pana, nierozumiejący, dlaczego nie wstaje, nie uśmiecha się, nie głaszcze go po łbie.
– Przyjacielu… – wydobyło się z bladych ust Łowca. Pożogar zawył i polizał go po ręce.
Łowiec otworzył oczy. Z truciem, jakby musiał sobie przypomnieć, jak to się robi. To było coś strasznego. Znajome, żywe, kochane oczy osadzone w zmasakrowanej, zupełnie obcej twarzy, ledwo widocznej pod siwymi kosmykami. Jeśli do tego momentu mogłam gdzieś w duszy mieć nadzieję, że ten więzień i mój dziadek to nie ta sama osoba, patrzeć na niego jak na kogoś obcego, jakiegoś tam zwykłego więźnia, to teraz ostatecznie musiałam spojrzeć prawdzie w oczy.
– Dziadku… – Niepewnie weszłam do środka i znów zamarłam. – Dziadziu…
Oczy koloru płynnego białego złota.
– Ja chcę mieć takie oczy jak ty, dziadziu! Dlaczego ty masz takie piękne oczy, a ja takie zwyczajne?! To nie jest w porządku!
Młody mężczyzna uśmiecha się i bierze mnie na ręce.
– I tak jesteś śliczna, dziecino – prztyka mnie w nos. – A oczy mam takie dlatego, że to znak Pana Jesieni.
Śmieje się. Dziadek podrzuca mnie w górę, ale ja mam ochotę się powygłupiać. Wypuszczam skrzydła.
– Nie upadnij, dziecko! – wola za mną z nutką niepokoju, ale ja już prawie go nie słyszę.
– Przyszłaś, dziecko. Wiedziałem, że przyjdziesz. Przełknęłam ślinę i zrobiłam jeszcze jeden krok w stronę istoty, która miała oczy mojego dziadka i mówiła głosem mojego dziadka. Kes szedł za mną. Ostentacyjnie położył dłoń na rękojeści miecza, jakby więzień mógł w każdej chwili zamienić się w strasznego potwora i rzucić się na nas. Reszta została za drzwiami. Obejrzałam się, ale Neka tylko pokręcił głową i zatrzasnął za nami drzwi, odcinając mi drogę odwrotu – jakby wiedział, jak niewiele mi brakuje, żeby uciec z krzykiem.