– Dziadziu… Dziadziu… jak?
To krótkie słowo zawierało w sobie wszystko, co czułam. Strach, nienawiść, ból, zdumienie…
– Nieważne. – Potrząsnął głową. Pożogar na chwilę oderwał się od jego ręki i zrzucił mu łapą włosy z twarzy. – Grunt, że jesteś. Reszta… nieważna.
Kes kaszlnął, zwracając na siebie uwagę.
– Mamy mało czasu. Możecie wstać? Musimy iść.
– Znaczy – uśmiechnął się sucho Łowiec – to ty jesteś tym chłopcem, który był na tyle nieostrożny, żeby zakochać się w mojej wnuczce? Nie spodziewałem się, że będziesz taki…
Kes już otwierał usta, żeby oświadczyć, że nikt się tu w nikim nie kocha, ale Łowiec zdołał go usadzić jednym spojrzeniem. Ech, żebym ja tak potrafiła!
– Nigdzie z wami nie pójdę. Doskonale wiesz, że ze mną stąd nie wyjdziecie. Widocznie tak miało być. Tkaczka już dawno wzięła nożyce do ręki, dla mnie już więcej nici nie przewidzieli.
– Dziadku, nie mów głu… – zaczęłam gniewnie, ale jego smutny, upominający wzrok przywołał mnie do porządku.
– To ty nie okłamuj mnie i siebie. Urosłaś, drogie dziecko, już ci nie jestem potrzebny. Przyszłaś tu po radę, po odpowiedź na parę pytań, może także po przebaczenie, ale nie po mnie. Wiedziałem, że tak będzie.
Milczeliśmy. Straszną ciszę zakłócało tylko ciche skomlenie Pożogara i ciężki oddech dziadka.
– Czas! – przypomniał Kes.
– Wyjdź, człowieku – westchnął Łowiec. – I ty także, wierny przyjacielu. Idźcie, nic tu po was. Nie ma potrzeby, żebyście słyszeli to, co teraz powiem.
Kes spojrzał na mnie niepewnie. Skinęłam głową. Chyba nie myśli, że dziadek jest w stanie zrobić mi coś złego choćby w myślach?
Strach lepką ręką pełzł mi po plecach. A jeżeli jednak tak?
Gdy tylko za Kesem i Pożogarem zamknęły się drzwi, dziadek spróbował usiąść. Pomogłam mu. Oparł mi głowę na ramieniu. Jego ciężki oddech owiewał mi szyję.
– Mój czas się zbliża, dziecko. Za długo żyłem z przyzwyczajenia, za długa była moja nić. Czas już… Przebaczysz mi? Pozwolisz mi odejść? Będziesz o mnie pamiętać?
Ogarnęła mnie dziwna gorycz. Rozumiałam, że dla Łowca nie ma innej drogi. Przez te wszystkie lata żył po to, żeby dożyć tego spotkania. Żeby spojrzeć mi w oczy. Ale…
Zostawiał mnie! On, który nawarzył tego całego piwa, teraz mnie zostawiał sam na sam ze skutkami naszego wspólnego błędu! Żeby chociaż wspólnego, ale to był jego błąd. Po prostu tchórzliwie uciekał!
Zamiast odpowiedzieć na jego pytania, zadałam swoje.
– Jak powstrzymać wojnę, dziadku? Jak odwrócić działanie Rogu? Jak przywrócić feyrom rozum?
Uśmiechnął się i pokręcił głową.
– Pomóż mi wstać, dziecko – poprosił. – Czas na mnie. Gdy odejdę, znajdziesz wszystkie odpowiedzi.
Pomogłam mu wstać i cofnęłam się o krok. Łowiec wyprostował się i miałam wrażenie, że nagle zrzucił z pleców te wszystkie lata spędzone w więzieniu. Stał przede mną Władca Jesieni. Dusza Jesieni.
– Wiesz, o co proszę, drogie dziecko. Chociaż nie, Rey-line, ty już nie jesteś dzieckiem…
Rozłożył ręce i patrzył mi w oczy, nie mrugając. Na jego splątanych włosach wykwitła złota korona z liści klonu: cienka obręcz, pośrodku której jarzył się cudownie oszlifowany ognisty rubin. – Czy jesteś gotowa przyjąć mój dar?
Nie! Nie jestem gotowa! Nie chcę! Przeklinałam w myślach jego tchórzostwo. Tak to odbierałam. Zrzucał na mnie swój ciężar i odchodził! Uciekał w Chaos od przeszłości, pozostawiając mnie na jej pastwę. Świństwo! Podłość po prostu!
Ale skinęłam głową, niezdolna odpowiedzieć, jakbym zapomniała, jak się mówi. Namacawszy sterczącą mi zza ramienia rękojeść Damy, dobyłam miecza.
Uśmiechnął się.
Wepchnęłam mu miecz w pierś aż po jelec. Szmaragdowe oczy Damy zabłysły.
Złota krew lała mi się po palcach. Rozluźniłam ręce i zachwiałam się. Łowiec osuwał się na ziemię, powoli, jego ciało topniało w oczach, rozpływając się w jesienne liście. Nagły błysk. Gęsta, złocista krew na mej dłoni zamieniła się w dokładną kopię wieńca, który znikł razem z dziadkiem.
Ostatni dar. Dar mocy. Łowiec nie mógł przekazać swej mocy nowemu Księciu, więc postanowił przekazać ją mnie. Jeszcze i to mi zwalił na kark!
– Ja, Rey-line, biorąc Żywioły na świadków swoich słów, przysięgam bronić Złotych Dóbr i wszystkich ich mieszkańców, dopóki choć kropla krwi płynie w moim ciele.
Wieniec rozbłysł. Po chwili wahania – wyobraziwszy sobie, jak go nie przyjmuję, jak odrzucam dar – włożyłam go. Jeszcze jeden błysk – i korona znikła. Tylko delikatny wzór na opasce przytrzymującej mi włosy przypominał, że była. Pojawi się znowu – w dniu, w którym pierwszy raz wykorzystam darowaną mi moc. Uzna mnie za swoją panią, kiedy pierwszy raz wezmę do ręki Róg Dzikich Łowów i wezwę swój lud, by ruszył za mną na ziemie śmiertelnych. Kiedy zagram pieśń, której nuty teraz znałam na pamięć – pieśń, która przywróci niższym pamięć i położy kres tej wojnie.
– Dzięki, dziadku – wyszeptałam w pustkę. – Będę pamiętać. Obiecuję.
Wzięłam do ręki liść klonu i zmięłam w dłoni. Łowiec odszedł. Definitywnie. Nikt i nic tego nie odwróci. Znalazłam go tylko po to, żeby natychmiast go stracić. Poczucie urazy znikło razem z nim. Dziadek mnie nie porzucał. Żył dla mnie i dla mnie umarł.
Wyłam w duchu. Bezgłośnie. Bez łez.
Wyłam, bo już nie miałam nikogo na tym świecie.
…właśnie odeszła w chaos jedyna istota, która mnie kochała nie za coś, lecz wbrew wszystkiemu…
…Książę, który tak kochał swoją córkę, że zabił śmiertelnego, w którego sercu poczucie obowiązku było silniejsze niż miłość…
Ogar Wodnik zamknął oczy, rzucając przed siebie zaklęcie poszukiwawcze. Pierwsza wiosenna ulewa zastała go w drodze, z dala od ludzkich siedzib. Co prawda jego żywiołem była właśnie woda, ale nie miał najmniejszej ochoty na dalszą drogę w zimnych strugach deszczu zamieniających dywan opadłych liści w chlupiące błoto. Posłał jeszcze dziesięć wykrywaczy, nasunął głębiej kaptur i postanowił czekać. Kary koń niecierpliwie przestępował z nogi na nogę, spoglądając na zarośla głogu.
Wreszcie jedno z zaklęć wróciło z informacją, że jakaś osada jest zaledwie o pół godziny drogi. Mag odetchnął z ulgą. Jednak będzie mógł przeczekać niepogodę pod dachem. Żeby tylko gospodarze okazali się gościnnymi ludźmi. Oby w ogóle okazali się ludźmi… Mag nie przepadał za starszymi zamieszkującymi Burzliwą Puszcze. Oni za nim też nie. Zwierzołaki wyznaczyły niemałą nagrodę za jego głowę.
Podkradłszy się pod osłoną ulewy do izdebki, Ogar zaczął nasłuchiwać, posyłając przy okazji na zwiad jeszcze kilka zaklęć. Bez trudu ustalił magicznie, że w środku jest tylko jedna istota. I nie jest to starszy. Ewidentnie człowiek.
Pozbywszy się wszelkich wątpliwości, mag uwiązał konia pod okapem i zaobroczył. Podszedł do wejścia, cicho zapukał i pchnął ciężkie drzwi. Otwarły się lekko. Odczekawszy chwilę, wszedł do środka. Dziewczyna siedząca przy stole plecami do drzwi nawet nie odwróciła głowy.
– Wchodź, bezimienny. Bądź moim gościem.
Wszedł. I został. Tu, na krańcu świata. Razem z dziwną dziewczyną, która odmawiała opowiadania o swojej przeszłości, ale z upodobaniem słuchała jego opowieści.