Выбрать главу

Na imię miała Enne. Często gdzieś wychodziła, często przychodzili do niej starsi, przynosili jedzenie i długo z nią rozmawiali w prawdziwej mowie. Zwierzołaki, które zachodziły z wizytą, krzywo patrzyły na maga, ale nie próbowały go skrzywdzić. Ogar starał się tego nie widzieć. Mag miał wrażenie, że zbaczając z drogi, przeszedł na drugą stronę lustra i znalazł się w jakimś dziwnym, odwróconym świecie. Czuł nieokreślony lęk. Myślał o tym z niedowierzaniem, budziło się w nim pragnienie odnalezienia drogi powrotnej, umieszczenia wszystkiego na właściwym miejscu. Mag setki razy testował się na uroki i zioła, zawsze z tym samym wynikiem: wszystko w porządku. Więc co kazało mu tkwić w tej zapomnianej przez Boga i ludzi chatce, chociaż już dwa miesiące temu powinien dotrzeć do Akademii, nie mówiąc już o tym, że czekała na niego młoda żona?

Aż pewnego razu wojowniczka, odwiedzająca Enne, spojrzała na maga i nagle spytała:

– Dlaczego tu jesteś?

– Ja…

Potrząsnęła głową. W jej orzechowych oczach lekko zalśniło złoto.

– Taki los, Ogarze Wodniku. W chwili, w której otworzyłeś te drzwi, wzór się zmienił. Nawet Tkaczka boi się… tego, co się zaczęło tutaj, na krańcu świata. Widziała, jak woda zmienia się w lód… zły znak, magu, bardzo zły…

Wyszła, odmówiwszy wyjaśnień. Enne robiła wrażenie lekko zaniepokojonej, ale powiedziała, że nie wierzy w przepowiednie.

* * *

Enne usiadła naprzeciwko niego na ławce, wygładzając fałdy na spódnicy uszytej z dziwnego, przelewającego się jedwabiu.

– Jutro ruszamy – powiedziała po kilkuminutowym milczeniu. – Mój czas się skończył. Jutro przyjdzie tu nowa gospodyni.

Serce Ogara zaskomlało boleśnie.

– Ja… – zaczął, patrząc w bok. – Nie pójdę z tobą. Czekają na mnie w domu…

– Dam ci nowy dom, nie gorszy od poprzedniego. Tam, gdzie mieszkam, zawsze pada deszcz. W kryształowych jeziorach żyją rusałki, a rano w chłodnej mgle rozkwitają setki tęcz. Tyle razy widziałeś to miejsce w snach. Twoje serce cię tam wzywało. Tam jest twój dom. Zawsze był.

Ogar zamknął oczy. Ta dziwna dziewczyna miała rację. Gdy tylko zaczęła opowiadać o swoim domu, zrozumiał, z kim spędził tę deszczową jesień. Chociaż nie, to nie tak. Wiedział od początku. Wiedział. Tylko nie przyjmował do wiadomości.

– Nie pójdę z tobą, Księżniczko – powiedział twardo. – Mój dom jest tutaj, wśród śmiertelnych. Mam swoje obowiązki. Nie mogę zostawić tych, którzy są mi drodzy. Nie mam prawa.

Długo patrzyła na niego przez srebrzystą zasłonę rzęs, a potem wstała, narzuciła płaszcz i wyszła. Wyszła, by wrócić pierwszego dnia jesieni – wrócić tutaj, ale nie do niego. Feyry nigdy nie dają drugiej szansy. Książęta nie przebaczają zniewag.

* * *

Coś uczynił, Łowcu? Po coś się wtrącał? Przecież ona go kochała. Został jej podopiecznym. A ty kazałeś ukarać hardego śmiertelnego, który ośmielił się odmówić twojej córce. Kto miałby zrozumieć, kim on dla niej jest, jeśli nie ty? Ale nie… Ty, szlachetnie urodzony Pan Jesieni, miałbyś choćby pomyśleć o tym, że człowiek może być czymś więcej niż zabawką?

Zatrzasnęłam za sobą drzwi pustej celi i znalazłam się pod ostrzałem niecierpliwych spojrzeń. Pierwszy nie wytrzymał Neka.

– No? Co powiedział?

– Rozum można przywrócić niższym przy pomocy Rogu Dzikich Łowów. Pierwszego dnia jesieni władca Złotego Lasu, pan Rogu, musi zagrać pieśń, którą mu podpowie moc. Musi wezwać feyry, żeby poszły za nim. I wtedy wszystko wróci do normy.

– Czyli trzeba za wszelką cenę wydostać stąd twojego dziadka – mruknął zamyślony Bran. – Może by spróbować się dogadać z Radą, wytłumaczyć im, jak sprawy stoją? Bo nie jestem pewien, czy damy radę go wyprowadzić w tajemnicy.

– Nie ma kogo wyprowadzać. – Pokręciłam głową. – Łowiec nie żyje.

– Co?!

Kes otworzył drzwi celi. Nie wiadomo skąd w zamkniętym pomieszczeniu zerwał się wiatr, który rzucił mu w twarz złote liście klonu i garść lśniącego pyłu. – Co to za…

– Władca Jesieni umarł. Niech żyje władca! – oświadczył Pożogar, pochylając kudłatą głowę. Zauważyłam, jak łzy zostawiają mokre ślady na jego złocistej sierści.

– Niech was jasny szlag trafi! Co to ma być? – Kes wściekle trzasnął drzwiami.

– Władca umarł, a jego moc przeszła na mnie. Jego status teraz należy do mnie. Jego władza jest moja. – Przyłożyłam dłoń do głowy, a gdy ją cofnęłam, pośrodku obręczy lśnił ognisty rubin. – Pierwszego dnia jesieni zagram Pieśń Dzikich Łowów i wezwę swój lud. Idziemy, czy spodobał ci się ten przytulny lokal i chcesz tu zostać na zawsze?

Nie czekając na pozostałych, ruszyłam w stronę studni. Nic mnie tutaj już nie trzymało. Nikt już tu na mnie nie czekał. Pożogar i Akir biegli po moich obu stronach, reszta szła tuż za nami. Nieznacznie położyłam psu dłoń na karku, przepraszając i obiecując. Straciłam dziadka, ale on stracił coś więcej. Dużo więcej. Przyjaciela. Pana. Kogoś, z kim szedł ramię w ramię przez światy. Ja znałam Łowca dwadzieścia lat, on – wiele tysiącleci.

– Rey – zawołała Anni – a Róg? Gdzie on jest?

– Ściągnę go, to nie jest duży problem. Dziadek tego nie zrobił, bo mu sił nie starczyło, ale ja dam radę. Pierwszego dnia jesieni on mnie sam znajdzie, gdziekolwiek by był.

– Rozumiem. A…

– Cicho! – przerwał Elmir. – Słyszycie?

Zastygłam, nasłuchując. Elmir miał rację. Coś poszło nie tak, jak powinno. Niebezpieczeństwo! Dając reszcie znak, żeby zostali na miejscu, przemknęłam za zakręt, gdzie zostawiliśmy zwłoki strażników.

W sekundę później rzuciłam się z powrotem, chroniąc się za węgłem. Z dziesięć zaklęć trafiło w miejsce, w którym dopiero co stałam.

– Do tyłu! – ryknęłam, nie troszcząc się już o zachowanie ciszy.

– Co jest?

Ręce Brana plotły w powietrzu węzeł zaklęcia tarczy. Neka i Wittor trzymali się za ręce, wygłaszając unisono jakąś inkantację. Anni, Elmir i Kes wyciągnęli broń. Pożogar i Akir znowu stanęli po moich obu stronach.

– Tam jest chyba z pól Akademii!

Rozpaczliwie grzebałam w pamięci, szukając sposobu na wydostanie się z opałów. Nie chodziło nawet o to, że ryzykowaliśmy życiem, lecz o to, że – czemu trudno się dziwić – nie chciałam nikogo zabijać. A właściwie to Kes nie chciał zabijać. Kimże ja byłam, żeby sprzeciwiać się życzeniom sunner-warrena? Niech to Chaos! Dlaczego to wszystko takie skomplikowane?

– Za mnie! Nie rozumiecie? Już! Pożogar, Akir, wykonać!

– Co robimy? – spytała cicho Anni. – Dziesięciu magom nie damy rady.

– Jakim dziesięciu? – prychnęłam ze zgryźliwym uśmiechem. – Ja coś takiego mówiłam? Pięćdziesięciu najmarniej! Wygląda na to, że Rada zebrała się, licząc Kesa, w komplecie. Nie masz ochoty pójść przeanalizować z kolegami zaistniałą sytuację i możliwości jej rozwiązania? Nie? Tak myślałam…

– Księżniczko, co robimy? – odezwał się Elmir. – Mam artefakt do łączności z bratem, do użycia w razie… ostatecznej potrzeby. Użyć go?

– I co to nam da?

Magowie chyba się naradzali. Na razie nic nam nie groziło. Zaczajeni za zakrętem łapacze doskonale wiedzieli, co się stanie z pierwszymi dziesięcioma, którzy nas zaatakują. Nikt nie miał ochoty być w tej dziesiątce.

Cała sytuacja przypominała mi ulubioną grę mojego dziadka – szachy. W tym świecie się nie przyjęły, a szkoda… W szachach istnieje coś takiego jak pat. I ta sytuacja była właśnie patowa.