– Książęta uchylają się od obowiązku? – zdziwiłam się. Feyr potrząsnął przecząco łbem.
– Nie. Wyżsi bardzo się ucieszyli z wieści o was i zgodzili się na sojusz. W dniu waszej mocy przyjdą. Z tym że… zanim przeszedłem przez Wrota i przyniosłem wiadomości, rada rodów ustaliła plan ataku na Ruś. Pierwszy szturm nastąpi dzisiaj. Już nastąpił.
– Co? Gdzie? – Zerwałam się. Żebra protestowały wielkim głosem, ale tym razem nie zwracałam na nie uwagi. Pospiesznie zaczęłam wciągać wiszące na wezgłowiu łóżka spodnie. Kes taktownie odwrócił wzrok. Gdybym nie była tak zaszokowana nowiną, niewątpliwie zastanowiłby mnie ten napad dobrego wychowania.
– Tutaj. Milczenie.
– Znaczy, gdzie? – Osunęłam się z powrotem na łóżko.
– Znaczy tutaj. Za godzinę tu będą. Książęta nie są w stanie ich zatrzymać, tego rozkazu nikt nie ma mocy cofnąć. Dzisiaj Kostriaki przestaną istnieć.
– Na Chaos! – Wpiłam się paznokciami we własne dłonie. – Żywioły i cały ich pomiot!
– Rey!
– Co?! – Odwróciłam się rozdrażniona do maga.
– Muszę iść. Magowie tworzą krąg. Moja moc też się przyda.
– Idź, idź. – Machnęłam ręką, nieuważnie słuchając, co mówi. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens tego, co usłyszałam. – Hej! Zaraz! Dokąd to?
Kes spojrzał najpierw ze zdziwieniem na mnie, potem pytająco na Pożogara. Czego ta wariatka znowu chce od niego?
– Pożogar, tak konkretnie, to kogo Książęta tu wysłali?
– Dokładnie to nie wiem – odparł pies. – Nie było warunków na bliższe wyjaśnienia. Przypuszczani, że zające słoneczne, baskerwilki, drzewce i złote ptaki, reszta to drobnica, nie ma o czym mówić.
– Dlaczego akurat oni?
– Bo wydawać rozkazy niższym mogą tylko Książęta z tego rodu, do którego te należą. A akcję zainicjowali letni, więc myślę, że główną siłą będą ich niższe. Z tym że, jak mówię, to są tylko moje domysły. Bardzo możliwe, że to nie jest kompletna lista, może poparł ich ktoś z zimowych albo wiosennych i doszły jeszcze dwa czy trzy punkty, ale to nie jest ich czas.
– A co z jesiennymi?
– Bez ciebie nikt nie miał prawa podjąć takiej decyzji. Ten atak to jest ryzykowanie istnienia całego rodu. Jesienni Książęta nie biorą udziału w takich naradach, bo mówią, że ich władca nie jest obecny. Wszelkie ataki planowali samodzielnie i nigdy nie ryzykowali nadmiernie. W efekcie przez te osiemnaście lat mieliśmy minimalne straty, nasz ród praktycznie w czasie wojny nie ucierpiał i jeśli chodzi o liczbę niższych, to jest silniejszy niż wszystkie pozostałe razem wzięte.
– Czyli mamy wszystkiego godzinę…
Nie zwracając uwagi na to, że dalej siedzę na łóżku w cienkiej koszuli i spodniach wciągniętych tylko do kolan, zaczęłam analizować różne warianty. Żeby to chociaż było jutro! Dzisiaj Róg na nic się nie przyda. Może jego moc wystarczy do przywrócenia rozumu dwu, w porywach trzem feyrom. Ale o czymś na większą skalę nie ma mowy.
– Nie zamierzam stąd uciekać! – wypalił Kes. Pogrążona w myślach nie od razu zrozumiałam, o czym mówi.
– A ja nie zamierzam ci tego proponować! – odcięłam się. – Słuchaj, czy jest szansa, żeby magowie utrzymali miasto przez dobę? Do świtu pierwszego dnia jesieni? To jest bardzo ważne, więc najpierw dobrze pomyśl, a potem odpowiadaj.
– Daliby radę, gdyby… – Przygryzł kostkę palca, jakby zastanawiał się, ile może mi powiedzieć. – Miasto jest osłonięte kloszem, musieliby go tylko zasilać mocą, z tym że jest jedno „ale”. Istnieje luka, mianowicie zachodnia brama, musi być, inaczej klosz by nie działał. Mniejsza o szczegóły i wzory, to jest dosyć trudno wytłumaczyć…
– Dobrze. Tyle, ile mi trzeba, zrozumiałam. Utrzymamy bramę, to utrzymamy miasto. Tak?
Skinął głową.
– Pożogar, co na to powiesz? Jest szansa? – zwróciłam się znowu do feyra. – Jesteśmy w stanie swoimi siłami utrzymać bramę, czy sprawa jest beznadziejna?
– W pojedynkę nie zdziałamy nic, to chyba nawet dla feyra jest jasne – przerwał Kes, nerwowo żonglując w palcach migocącym zarzewiem magii. – Według mnie musimy iść do magistratu i przyłączyć się do strażników. Im się na pewno przyda pomoc, bo Akademia zarządziła, żeby wszystkich łowców odwołać do domu. Z tego, co wiem, większość wojska, która dotąd chroniła Kostriaki, poszła z nimi. W mieście są kobiety, dzieci i niewielki oddział straży.
Westchnęłam ciężko. Znowu zapomniałem, że Kes ma bardzo mgliste pojęcie o naszym narodzie w ogóle, a o mnie w szczególności. I to głównie złożone z uprzedzeń.
– Kes, nie ma co tracić czasu na użeranie się z magistratem. Poza tym nie zamierzam tam iść, żeby strugać wielką wojowniczkę. Jestem Rey-line – głównodowodzącą Jesiennego Rodu. Jestem generałem, a nie szeregowcem. Jestem od tworzenia planów, a nie od ich wykonywania. Dobrze wiesz, że w magistracie nie będą chcieli mnie słuchać, więc musimy pracować z tym, co jest. A jest tłum strażników, którzy będą bronili bramy. Musimy coś zrobić, żeby ta trzoda nas posłuchała i uznała za swoich dowódców. Na razie nic się nie dzieje, więc oni się nie podporządkują jakimś tam najemnikom, którzy nie wiadomo skąd się wzięli, ale jak na nich wyskoczy armia niższych, to będą gotowi słuchać ciebie, mnie lub samego diabła osobiście, byle przeżyć i utrzymać miasto. Rozumiesz?
Wyglądało na to, że zrozumiał. W każdym razie przestał się wymądrzać i spokojnie poczekał, aż przeanalizujemy swoje plany. To znaczy, oczywiście wtrącał od czasu do czasu cenne spostrzeżenia, ale nie zwracaliśmy na niego uwagi. Byłam – czemu trudno się dziwić – jednocześnie szczęśliwa i zła. Zła na letnich, którzy w najgłupszym momencie przejawili inicjatywę, wściekła na całą sytuację, ale szczęśliwa, że mogę wreszcie zająć się tym, po co się urodziłam. O uroku walki nie stanowił dla mnie okrwawiony miecz w dłoni, oddech ściganej zwierzyny i krew kipiąca bitewnym podnieceniem, lecz rozwiązanie skomplikowanego zadania: nie dać się zabić, zminimalizować straty i zwyciężyć.
Opracowaliśmy dwa warianty. Pierwszy miał prawie same zalety – był prostszy i bezpieczniejszy – ale trzeba było do niego wciągnąć maga. Drugi pozwalał obejść się bez Kesa, ale był ryzykowny.
Już prawie sobie wytłumaczyłam, że kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije, ale dla spokoju sumienia postanowiłam spróbować dogadać się z podopiecznym. Oczywiście załatwi mnie odmownie, ale…
Ostatecznie wszystko może się zdarzyć. A może akurat Żywioły będą dziś miały napad dobroci? Jak długo mogą się znęcać nad swoją marnotrawną córką?
– Słuchaj, Kes… – zaczęłam nieśmiało. – Pamiętasz, cośmy zrobili w Mrocznym Lesie? Rytuał związania?
– Nawet o tym nie myśl! – uciął. – Ledwo co wstałaś, nie pozwolę ci się narażać. Drugi raz takiego wysiłku nie wytrzymasz, a gdyby nawet, to rozłożysz się na długo.
– Nie chodzi mi o powtarzanie tego doświadczenia. Możesz być dziwnie spokojny, że ten jeden raz mi wystarczy, jako pierwszy i ostatni, ale to zaklęcie ma jeszcze inną odmianę. Wymyślił je feyr, który miał podopiecznego maga człowieka. Wiążąc swoje losy, wzmocnimy się wzajemnie, ale ten rytuał nie będzie miał żadnych następstw. Jest tylko jeden szkopuł: w chwili tworzenia więzi nie możesz zwątpić ani przez chwilę. Musisz mieć do mnie absolutne zaufanie, tak samo jak ja do ciebie. Inaczej nic z tego nie będzie.
– Znaczy co, nie tylko ty będziesz silniejsza, ale ja też? Ciekawe, dlaczego mi się w to nie chce wierzyć? Zeszłym razem nic takiego nie zauważyłem…
– A sprawdzałeś? – roześmiałam się.
– Decyduj! – szczeknął Pożogar, który przez ten miesiąc odzwyczaił się od naszych inteligentnych rozmów. – Tu nie ma żadnego kantu, możesz mi wierzyć!