– Wierzyć feyrom – mruknął Kes ironicznie. – Coś nowego. I w ogóle czy jest pewność, że rytuał będzie bezpieczny dla obu stron i że wzmocni nie tylko ciebie?
– Już ci mówiłam, że nie mogę ci niczego zagwarantować. I nie mogę ci udowodnić, że mówię prawdę. To może działać tylko dzięki zaufaniu. Wzajemnemu zaufaniu. Zgadzasz się czy nie?
Wolałabym, żeby odmówił. Nie chciałam mieć wobec niego zobowiązań, nie miałam najmniejszej ochoty wypróbowywać jego zaufania do mnie, narażać na szwank i tak kruchej więzi istniejącej między nami.
– W porządku. Zgadzam się. Ale jeżeli mnie kantujesz… – urwał, jego wyraz twarzy mówił sam za siebie.
Westchnęłam. Pożogar wzniósł oczy ku sufitowi, niedwuznacznie okazując, co myśli o prezentowanej przez nas dziecinadzie.
– Doskonale. Powtarzaj za mną…
Uklękłam, krzywiąc się z bólu przeszywającego plecy. Mag poszedł za moim przykładem i ukląkł naprzeciwko. Jego oddech niemal poruszał moimi włosami. Język nie miał znaczenia, więc będę mówić po rusińsku. Tu liczył się sens słów, a nie same słowa, a Kes praktycznie nie mówi prawdziwym. Jeśli będzie powtarzał jak papuga, nie rozumiejąc, co mówi i do czego się zobowiązuje, rytuał nie zadziała.
– Wiarą związujemy nasze dusze…
– …nasze dusze…
Nadstawiłam dłoń. Kes patrzył na mnie nie rozumiejąc. Wskazałam mu wzrokiem ukryty w rękawie nóż. Wyciągnął go i po chwili wahania lekko ciął mnie nim w dłoń. Ledwo zapanowałam nad sobą, żeby nie zawyć z bólu.
– Krwią i magią związujemy nasze żywoty…
– …nasze żywoty…
Skóra na głowie paliła mnie żywym ogniem. Rubin, który wpił się w głąb ciała, gdy tylko zdjęłam diadem, protestował przeciwko wyrysowanej runie zaklęcia, jakby czuł, że nic dobrego ono Władczyni nie przyniesie. Drżącymi ze zdenerwowania palcami mocno chwyciłam zawczasu przygotowany cienki srebrny sztylet i przejechałam nim po dłoni maga. Nabrawszy parę czerwonych kropel na koniec palca, przejechałam nim po czole maga, rysując odbicie runy lśniącej na moim czole.
– Nasze losy związujemy, niech się dwie nici staną jedną, niech się dwie moce staną jedną…
– …jedną…
Runa na czole Kesa lekko zalśniła i wsiąkła pod skórę. Westchnęłam z ulgą i leciutko dotknęłam swojej głowy. Poczułam lekkie ukłucie magii.
Wstałam i otrzepałam kolana.
– Kes, zbieramy się. Bierz całą broń, jaką masz, wszystkie amulety, zioła i zapasy.
– Chcesz swoich zabijać? – spytał wprost, patrząc na mnie z niedowierzaniem w oczach. – Pewna jesteś?
– A jaki mam wybór? – warknęłam, wkładając cienką kurtkę obłożoną zaklęciem ochronnym. Marna to obrona, ale zawsze coś. Jeszcze nieźle by było czymś osłonić gardło i oczy. Ale…
– Słuchaj, masz jeszcze rękawiczki? – oderwałam Kesa od rozkładania sprzętu.
– Mam, a po co ci? – Uniósł brew.
– To ciało jest strasznie miękkie – westchnęłam. – Dzięki naszej więzi mogę je częściowo transformować, ale nie chcę, bo ludzie za szybko by zobaczyli, kto walczy po ich stronie. Mogłoby ich to… jak by to powiedzieć… trochę zdenerwować.
Kes podał mi parę czarnych skórzanych rękawiczek. Włożywszy je i upewniwszy się, że nie będą mi przeszkadzać, skoncentrowałam się i transformowałam palce. Pazury lekko przebiły skórę i można było je wziąć za część rękawiczek. Z grzebienia musiałam zrezygnować, ze skrzydeł tym bardziej, ale nie odmówiłam sobie innego drobnego udogodnienia – szyję i powieki pokryły mi ledwo widoczne rogowe łuski. Kes wyglądał na lekko zdenerwowanego.
– Nawet jak zauważą, pomyślą, że to jakieś czary – uspokoiłam go. – Złotoptaki rwą się do oczu, a baskerwilki zawsze skaczą do gardła. Jeśli znasz jakieś dobre zaklęcia, to na twoim miejscu zabezpieczyłabym te miejsca.
Skinął aprobująco głową i zaczął mamrotać jakieś zaklęcia, pomagając sobie gestami. Uznałam, że spełniłam swój obowiązek względem podopiecznego. Więcej dla niego nie byłam w stanie zrobić, chyba żebym go ogłuszyła, związała i schowała w bezpiecznym miejscu, ale to był głupi pomysł i skończyłoby się to fatalnie dla nas obojga, zajęłam się więc własnym sprzętem. Chociaż… czego ja właściwie potrzebowałam? Dama na plecach jest? Jest. I to starczy. Reszta mojej broni była ze srebra, nic bym nią feyrom nie zrobiła. Kiedyś próbowałam. Pół godziny piłowałam sobie palec ostrym jak brzytwa kindżałem. Zmęczyłam się w końcu, a palec pozostał nietknięty.
A dzisiaj miałam zabijać. Bo inaczej niższych zatrzymać się nie da. Nie chciałam myśleć o tym, ilu swoich pobratymców dzisiaj pozbawię nieśmiertelności.
I nie myślałam.
Czasem trzeba poświęcić coś mniejszego w imię wielkiego celu. Od początku czasów ta zasada bywała usprawiedliwieniem dla śmiertelnych i nieśmiertelnych. Dziś poświęcę życie rodaków, żeby mógł żyć cały naród feyrów. Tak trzeba. I będę potem z tym musiała żyć.
Magowie zawczasu zdali sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Miasto było gotowe do obrony. Tutejsi znali ataki feyrów nie tylko ze słyszenia i umieli się im przeciwstawiać. Ale nigdy jeszcze niższe nie atakowały tak wielkimi siłami. Wyglądało tak, jakby wszystkie feyry niższe, które przeżyły wojnę, ruszyły pod zachodnią bramę Kostriaków. O, Żywioły! W otwartym polu nie dałaby im rady cała armia Rusi. Całe szczęście, że brama jest taka wąska. Całe szczęście, że to jest jedyna luka w obronie. Całe szczęście…
I gdzie tu to „całe szczęście”?
Prawdę mówiąc, nigdzie. Ludzie stłoczeni w bramie będą przeszkadzać sobie nawzajem. Z łuków strzelać nie majak – przez magiczną osłonę strzały nie przejdą, a strzelając zza pleców walczących mieczami, można poranić swoich. I co my tu w efekcie mamy? Tłum wspaniałych wojowników, którzy nie mają pojęcia, jak odpierać taki zmasowany atak na tak ciasnej przestrzeni. Z setką albo dwiema sobie poradzą, ale nie z tysiącami. Zostaną zmiażdżeni w ciągu godziny. Feyry poniosą ogromne straty, ale wedrą się do miasta.
Chyba że ktoś przejmie dowodzenie ludźmi i powie im, co mają robić.
Nie wiedzieć czemu zaświtało mi niejasne przeczucie, że do roli tego kogoś nadaje się tylko Księżniczka, a poza sobą innych wyższych na ziemiach śmiertelnych nie zaobserwowałam.
Sprawa była dosyć prosta, dziecko by znalazło rozwiązanie. Równanie z jedną niewiadomą. Jednak zupełnie nie paliłam się do tego zaszczytu. Wcale nie miałam ochoty być po tej stronie barykady.
Ale jest takie straszne słowo „trzeba”, które nie rozumie, co to znaczy „nie chcę”.
Siedzieliśmy na murze twierdzy, niedaleko bramy. W razie potrzeby mogliśmy być na miejscu w ciągu minuty.
– Pożogar – upomniałam przyjaciela, obserwując krzątaninę pod bramą – co by się nie działo, nie przemieniaj się. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby cię ludzie zabili. Trzymaj się blisko mnie, ale nie pchaj się do walki. Rozumiemy się?
Milczał.
– Rozumiesz, co mówię, przewodniku? Czy mam powtórzyć w prawdziwym?
Niechętnie skinął kudłatym łbem. Widać było, że mu to nie w smak. Od kiedy to niżsi chowają się za plecami Książąt? Gdyby kiedyś ktoś wyskoczył z taką propozycją, sama bym go śmiechem zabiła. Ale dzisiaj i tak miałam łamać wszelkie prawa, więc dlaczego to jedno miałoby być wyjątkiem?
– Kes, tobie nie mogę rozkazywać, czego zresztą szczerze żałuję, więc tylko bardzo proszę, żebyś zrobił to samo co Pożogar.
– Rey, a dlaczego… tak mi coś przyszło do głowy… Wtedy pod cerkwią kazałaś niższym spadać i poszły. Nie możesz teraz zrobić tego samego?