Выбрать главу

– Co wy macie na ramieniu? – odezwał się Haden, patrząc na mnie szeroko rozwartymi oczami. Całkiem o nim zapomniałam. W ślad za nim zwrócili na nas uwagę inni.

Obejrzałam się, próbując zobaczyć, co zwróciło uwagę tych śmiertelnych. Chaos! Jak się okazało, nie wyszłam z tego szaleństwa bez szwanku. Ramię bolało mnie od dawna, ale myślałam, że to ze zmęczenia. Niestety, nie. Któryś ptak jednak dosięgnął mnie pazurami, rozciął skórę kurtki i dobrał się do ciała. Na czerwoną krew nikt by nie zwrócił uwagi, tym bardziej że miałam ciemną koszulę. Złotej trudno było nie zauważyć. Mogłam to zbagatelizować, powiedzieć, że pewnie wróg mnie obryzgał swoją krwią, ale w tym momencie po prostu nie przyszło mi to do głowy. Pogubiłam się.

Już nie miało kiedy się wydać!

– A jak ci się zdaje? – odgryzłam się, walcząc z irytacją. Nie powinnam rozpinać kurtki! – O ile się nie mylę, to jest krew. Jeśli spróbujesz posłużyć się tym, co wy, śmiertelni, nazywacie mózgiem, skojarzysz, że to jest krew feyra.

Ktoś ze stojących przy mnie cofnął się. Ktoś inny, przeciwnie, zrobił krok do przodu, wbijając we mnie wzrok. Kes przysunął się bliżej, zasłaniając mnie przed ludźmi. A może ludzi przede mną? Pożogar przysunął się do mojej nogi i powarkiwał głucho, też się już nie kamuflując, nie panując nad swoją naturą, już prawie się przemienił – jego sierść wyglądała jak kłęby trującej mgły. Ja zaś, zapanowawszy nad irytacją, przestałam zwracać uwagę na otoczenie. Kes mówił, że świt już blisko. Czyli nie ma sensu tracić ludzi. We dwoje jesteśmy w stanie utrzymać się przez godzinę, nawet dwie. Nie, dwóch nie wytrzymam. A bałam się myśleć o tym, co będzie, jeśli przycupnę w jakimś cichym kąciku i choć na moment zamknę oczy.

– Chodź, Kes. Pożogar, za mną.

Chyba nie muszę dodawać, że nikt nie próbował nas zatrzymać…

Ostatni raz staniemy ramię w ramię – łowca i Księżniczka. Nie pierwszy, ale ostatni. Bo dziś umowa zostanie wypełniona. Jedno z nas na zawsze opuści ten świat. A drugie niebawem pójdzie za nim.

* * *

Wiele niższych zginęło dziś z rąk ludzi, ale tych, które zostały, było w dalszym ciągu za dużo, bym mogła ich tylko odrzucać, ranić, a nie zabijać. Więc zabijałam. Teraz nie mogłam sobie pozwolić na luksus litości. Jestem Księżniczką. Jeśli trzeba zabić jeszcze kilkadziesiąt razy, żeby przetrwał naród – zabiję.

– Uważaj!

Kes rzucił w wilka, który zdołał nas ominąć, jeden ze swoich noży. Zwierz zawył i zwinął się w miejscu. Nie miałam okazji podziękować magowi, bo z góry runęły trzy złotoptaki, próbując mnie oślepić.

Złocista krew pokrywała mnie od stóp do głów. Już dawno przestałam liczyć zabitych. Wiedziałam, że ludzie nas nie zostawili własnemu losowi, choć wiedzą już, kim jestem. Nie wychodzili przed nas, ale od tyłu osłaniali nas łucznicy, usadowieni w szczerbie muru, która kiedyś była Bramą Zachodnią.

Tłumaczyłam sobie, że muszę wytrzymać, nie poddawać się, choć miałam wrażenie, że następnym razem zmęczone ręce nie zdołają już unieść broni.

Obłęd! Nie wytrzymam! Nie upaść… Tylko nie upaść. Tylko się nie potknij. Tylko…

Miałam uczucie, że ciało zaraz odmówi posłuszeństwa mózgowi, że skatowane mięśnie po prostu nie wytrzymają i popękają z trzaskiem. Każdy krok zdawał mi się ostatnim, na następny po prostu nie starczy sił…

Pożogar przepchał się do nas. Oberwał solidnie, rodacy nie litowali się nad „zdrajcą”. Nie uratowało go nawet to, że zaraz po odzyskaniu rozumu przybrał swoją prawdziwą formę. Feyry nie widzą różnicy między ciałem materialnym a widmowym, i są w stanie równie skutecznie ranić jedno i drugie. Kes posyłał na feyry zaklęcie za zaklęciem, niezdolny już walczyć mieczem. Czułam, jak magia z niego wycieka, podobnie jak ze mnie. Machnęłam ręką na środki ostrożności, wepchnęłam Damę do pochwy, rozpostarłam ręce.

Z dłoni wypełzła mi ognista wstęga, otaczając nas, jak wtedy, w pierwszej walce z koszmarami. Strumienie ognia krążyły wokół nas, splatały się, rysowały dziwne, urzekające wzory… i zaczynały topnieć. Powoli. Nieodwracalnie. Wraz z nimi topniał mój czas. Moje życie. Życie mojego podopiecznego.

Wytrzymać. Wytrwać. Zatrzymać moc.

– Dnieje – szepnął Pożogar, chwiejąc się na łapach. – Jesień idzie…

Niższe przestały atakować, jak na komendę, jakby go usłyszały. Zastygły naprzeciwko nas, żałosnej garstki żołnierzy, którzy ośmielili się zrobić rzecz nie do zrobienia – walczyć z nimi, zatrzymać ich na prawie dobę, i przeżyć. Pierwszy złoty promień przebił się przez kłęby mgieł i musnął moją głowę. Musnął i zastygł. Czas stanął. Świat stanął. Zamarli ludzie okrążający nas ciasnym pierścieniem szczerzącym się mieczami w stronę feyrów. Nie ulękli się. W ostatniej chwili, kiedy mój płomień zaczął zanikać, przyszli z odsieczą.

– Odsuńcie się ode mnie – poprosiłam cicho. Bez skutku. – Szybko! – ryknęłam.

Cofnęli się. Tylko Pożogar został przy mnie, a Kes cofnął się jedynie o krok. Ludzie zbili się w ciasną grupkę i patrzyli na mnie. Tak rodziła się kolejna legenda. Jeszcze jeden znak darowany ludziom. Pierwszy dzień jesieni. Pierwszy dzień…

– W pierwszy dzień jesieni, gdy pierwszy płomień purpurowego słońca spłynął na ziemię…

Wyciągnęłam ręce w stronę ciemnego jeszcze nieba.

– …mocą mojej władzy wzywam ciebie, Rogu Dzikich Łowów. Powróć w ręce, którym przeznaczone jest tobą władać.

Kłąb gorącej mgły kipiał w moich rękach, jakby sprawdzał, czy utrzymam? czy sobie poradzę? czy jestem godna?

* * *

Kes cofnął się jeszcze o krok i osłonił oczy ręką. W dłoniach Rey pojawiło się coś, co wyglądało jak maleńkie słońce, rozsiewające jaskrawy blask, od którego nie można było oderwać wzroku, a patrzenie groziło ślepotą. To było… dziwne, ale też naprawdę piękne. Ten sam cud, w który każdy człowiek w głębi duszy wierzy, nawet mag, co niby doskonale wie, że cudów nie ma, że nawet magia ma swoje prawa…

Piękne.

Do bólu.

Do łez.

Ale piękne.

Nieznana siła porwała w powietrze ciało Księżniczki, która odchyliła głowę, rozpostarła ręce, instynktownie próbując utrzymać równowagę.

W głowie maga zalęgła się bluźniercza myśl. Przypomniał sobie ikonę, którą tak kochała jego matka. Syn Boży rozpięty na krzyżu dla odkupienia ludzkich grzechów.

Jakby ta ikona przeniosła się przez czas i ożyła…

Lśniące kosmyki włosów mieniły się wszystkimi barwami opadających liści.

Oczy koloru stopionego białego złota. Źrenice tak maleńkie, że zdają się kropkami.

Podarta odzież, przesiąknięta krwią – własną i cudzą. Krwią ludzi i feyrów.

Złoty wieniec, na czole świeci rubin. Dziwna, urzekająca grawerka – jakby żywa, zmieniająca się, ruchoma.

Wokół niej – skąd się tu wzięły? – krążą uschłe liście, z końców palców kroplami skapuje płomień.

Uśmiecha się, wyciąga do niego rękę, wzywa, woła do siebie, obiecuje…

– Mój sunner-warren. Mój sens istnienia… Czego chcesz? Co mam zrobić? Jakie marzenia zrealizować?

Pożogar łapie go zębami za rękę.

– Nie słuchaj jej! Jest upojona mocą. To nie Rey, to Jesień. Nie odpowiadaj! Ona sama nie wie, co robi…

I rzeczywiście. W chwilę później lśnienie znikło. Moc opuściła ciało Księżniczki z powrotem na ziemię. Potrząsnęła głową, uwalniając się od uroku, ale obłędny, pijany blask w jej oczach nie zgasł. Było w niej teraz coś dzikiego, wolnego, nieludzkiego. Teraz Kes na pewno nie wziąłby jej za zwykłą dziewczynę.