— Och! No to może choć przez chwilę posłuchasz, co ja mam do powiedzenia? — zapytała Arabella. — Dziś złożyłam wizytę lady Westby. W jej domu spotkałam bardzo dziwną młodą osobę, która najwyraźniej pozostaje w przekonaniu, że nauczasz ją magii.
Strange ledwie rzucił na nią okiem.
— Nikogo nie uczę magii — powiedział.
— Zgadza się, najdroższy — przytaknęła Arabella. — Wiem, że nie. I dlatego to takie dziwne.
— A jak się nazywa ta młoda kobieta, której wszystko się pomieszało?
— Panna Gray.
— Nie znam jej.
— Szykowna młoda osoba, aczkolwiek niezbyt urodziwa. Najwyraźniej jest niesłychanie bogata i szaleje za magią. Wszyscy tak twierdzą. Nosi wachlarz zdobiony podobiznami twoimi i Norrella. Czytała każde opublikowane przez was słowo.
Strange wpatrywał się w nią z zadumą, więc Arabella błędnie założyła, że z pewnością rozważa jej słowa. W końcu przemówił:
— Najdroższa, stoisz na moich zapiskach — powiedział tonem łagodnej przygany i delikatnie ją odsunął.
— Podobno zapłaciła czterysta gwinei za przywilej zostania twą uczennicą. Twierdzi, że w zamian wysyłałeś jej listy z opisami zaklęć oraz tytuły ksiąg, które powinna przeczytać.
— Czterysta gwinei! No cóż, to bardzo dziwne. Mógłbym zapomnieć młodą damę, ale czterystu gwinei raczej nie. — Nagle jakaś kartka przyciągnęła uwagę Strange’a, więc ją podniósł i zaczął czytać.
— Początkowo sądziłam, że może wymyśliła sobie tę historyjkę, by wzbudzić we mnie zazdrość i sprowokować kłótnię między nami, ale jej obsesja jest chyba innego rodzaju. Ona nie wielbi mężczyzny, lecz maga. Nic z tego nie rozumiem. Jakie listy miała w takim razie na myśli? Kto mógł je napisać?
Strange podniósł niewielki zeszyt (był to dziennik rachunków Arabelli) i zaczął w nim notować.
— Jonathanie!
— Tak?
— Co mam powiedzieć pannie Gray, kiedy znów ją ujrzę?
— Spytaj o czterysta gwinei. Przekaż jej, że jeszcze ich nie otrzymałem.
— Jonathanie! To poważna sprawa.
— Och, zgadzam się z tobą. Mało jest rzeczy równie poważnych jak czterysta gwinei.
Arabella raz jeszcze wspomniała, że to niesłychanie dziwne. Dodała, że sprawa panny Gray bardzo ją przejęła i pragnie, by Jonathan sam porozmawiał z tą młodą kobietą i rozwikłał zagadkę. Mówiła jednak wyłącznie do siebie, doskonale wiedziała, że mąż wcale jej nie słucha.
Kilka dni później Strange i sir Walter Pole grali w bilard u Bedforda na Covent Garden. Gra utknęła w martwym punkcie, gdy sir Walter jak zwykle zaczął oskarżać Strange’a o przesuwanie kul bilardowych po stole mocą magii. Strange z oburzeniem zaprzeczał.
— Widziałem, jak dotykasz nosa — poskarżył się sir Walter.
— Dobry Boże! — wykrzyknął Strange. — Człowiekowi wolno chyba pociągać nosem? Przeziębiłem się.
Dwaj inni przyjaciele Strange’a i sir Waltera, podpułkownik Colquhoun Grant i pułkownik Manningham, którzy obserwowali grę, oznajmili, że jeśli Strange i sir Walter mają chętkę na kłótnię, to chyba nie muszą w tym celu zajmować stołu. Podpułkownik Grant i pułkownik Manningham zauważyli, że inne osoby zainteresowane grą czekają. Wybuchła sprzeczka bardziej ogólnej natury. Niestety, dwaj ziemianie, najwyraźniej zwabieni hałasem, wetknęli głowy w drzwi, pytając, kiedy stół będzie wolny. Widocznie nie wiedzieli, że w czwartkowe wieczory sala bilardowa u Bedforda jest powszechnie uznawana za prywatną własność sir Waltera Pole’a, Jonathana Strange’a i ich bliskich przyjaciół.
— Nie mam pojęcia — powiedział Colquhoun Grant. — Zapewne nieprędko.
Pierwszy ziemianin był przysadzistym, krępym osobnikiem we fraku z grubej brązowej tkaniny i w butach, które bardziej pasowałyby do małomiasteczkowego jarmarku niż modnej kawiarni. Drugi dżentelmen był kulawym człowieczkiem z wiecznie zdziwioną miną.
— Ależ szanowny panie, pan gada, zamiast grać — oświadczył pierwszy jegomość rzeczowym tonem. — Pan Tantony i ja przyjechaliśmy z hrabstwa Nottingham. Zamówiliśmy kolację, powiedziano nam jednak, że musimy czekać jeszcze godzinę, nim będzie gotowa. My sobie pogramy, panowie zaś w tym czasie pogawędzą, a potem chętnie oddamy panom stół.
Mówił to bardzo grzecznie, ale tylko zdenerwował Strange’a i jego towarzyszy. Wszyscy od razu dostrzegli, że nieznajomy jest farmerem lub kupcem, i nikt nie był zachwycony, że się szarogęsi.
— Jeśli spojrzy pan na stół, przekona się, że ledwie zaczęliśmy — oznajmił Strange. — Prosić dżentelmena, by przerwał grę przed jej zakończeniem… no cóż, to nie uchodzi u Bedforda.
— Och! Czyżby? — spytał uprzejmie dżentelmen z hrabstwa Nottingham. — Wobec tego proszę o wybaczenie. Ale może zechce mi pan powiedzieć, czy gra będzie krótka, czy też długa?
— Już panu tłumaczyliśmy — odparł Grant. — Nie wiemy.
Rzucił Strange’owi spojrzenie, które mówiło: „Cóż za głupi człek”.
W tej samej chwili dżentelmen z hrabstwa Nottingham zaczął podejrzewać, że Strange i jego towarzystwo nie tylko nie chcą mu dopomóc, ale celowo odnoszą się do niego nieuprzejmie. Zmarszczył brwi i wskazał głową stojącego u swego boku kulawego człowieczka o zdumionej minie.
— To pierwsza wizyta pana Tantony’ego w Londynie, nie zamierza tu wracać. Bardzo chciałem pokazać mu kawiarnię Bedforda, ale nie sądziłem, że jej bywalcy są tak niemili.
— Skoro się tu panu nie podoba — zaczął Strange ze złością — proponuję, by powrócił pan do domu w… hrabstwie Notocham, tak?
Colquhoun Grant spiorunował spojrzeniem dżentelmena z hrabstwa Nottingham i rzucił w przestrzeń:
— Nic dziwnego, że rolnictwo jest w opłakanym stanie. Obecnie farmerzy włóczą się po całym kraju. Można ich spotkać we wszystkich lokalach, bez przerwy oddają się rozrywkom. Czy w hrabstwie Nottingham nie ma zboża do posiania? Świń do nakarmienia?
— Pan Tantony i ja nie jesteśmy farmerami! — z oburzeniem wykrzyknął dżentelmen z hrabstwa Nottingham. — Zajmujemy się piwowarstwem. Czysty porter Gatcombea i Tantonyego to nasze najbardziej cenione piwo. Słynie w trzech hrabstwach.
— Bardzo dziękujemy, w Londynie mamy pod dostatkiem piwa i piwowarów — zauważył pułkownik Manningham. — Nie zatrzymujemy panów…
— Ależ nie przyjechaliśmy tu sprzedawać piwa! Przybywamy w znacznie ważniejszym celu! Pan Tantony i ja jesteśmy entuzjastami magii. Naszym zdaniem zainteresowanie tą dziedziną wiedzy to obowiązek każdego patrioty. Londyn jest nie tylko stolicą Wielkiej Brytanii, stał się również centrum nauki o magii. Przez wiele lat pan Tantony marzył o tym, by uczyć się tej sztuki, ale do rozpaczy doprowadzał go fakt, że była w tak opłakanym stanie. Przyjaciele błagali go, by się rozpogodził. Mówiliśmy, że po każdej burzy wychodzi słońce. I mieliśmy rację, gdyż wkrótce pojawiło się dwóch wielkich angielskich magów. Oczywiście chodzi mi o panów Norrella i Strange’a! Dzięki ich cudownej magii Anglicy zaczęli błogosławić swój ojczysty kraj. Pan Tantony doszedł do wniosku, że i on pewnego dnia powiększy grono magów.
— Doprawdy? Cóż, moim zdaniem srogo się rozczaruje — mruknął Strange.
— Wobec tego jest pan w błędzie! — wykrzyknął triumfalnie dżentelmen z hrabstwa Nottingham. — Pana Tantony’ego uczy sztuk magicznych sam pan Strange!