Выбрать главу

Niestety, akurat właśnie w tym momencie Strange pochylał się nad stołem, balansując na jednej nodze, by precyzyjnie wymierzyć w kulę bilardową. Był tak zdumiony tymi słowami, że nie trafił w bilę, trzasnął kijem w krawędź stołu, stracił równowagę i runął jak długi.

— Musiała zajść pomyłka — powiedział Colquhoun Grant.

— Nie, proszę pana. Nie ma mowy o pomyłce — odparł z irytującym spokojem dżentelmen z hrabstwa Nottingham.

Strange pozbierał się z podłogi i zapytał:

— Jak wygląda ten pan Strange?

— Niestety, nie potrafię udzielić panu precyzyjnej odpowiedzi — westchnął dżentelmen z hrabstwa Nottingham. — Pan Tantony nie poznał pana Strange’a osobiście. Edukuje on pana Tantonyego korespondencyjnie. Jutro idziemy na Soho Square, żeby obejrzeć dom maga.

— Korespondencyjnie! — wykrzyknął Strange.

— Wydaje mi się, że listowna edukacja jest niewiele warta — zauważył sir Walter.

— Ależ nie! — wykrzyknął dżentelmen z hrabstwa Nottingham. — Listy pana Strange’a pełne są mądrych rad i wnikliwych wniosków na temat stanu angielskiej magii. Zaledwie kilka dni temu pan Tantony napisał do pana Strange’a z prośbą o zaklęcie powstrzymujące deszcz — w naszej części hrabstwa stale pada. Już następnego dnia pan Strange odpisał, że choć rzeczywiście istnieją zaklęcia, które potrafią przesuwać deszcz i słoneczną pogodę niczym figury szachowe, rzuca je tylko w razie konieczności. Poradził panu Tantony’emu, by poszedł w jego ślady. Pan Strange twierdzi, że angielska magia wsiąknęła w angielską glebę i w pewnym sensie jest zasilana angielskim deszczem. Napisał, że czyniąc zamęt w naszej pogodzie, jednocześnie mącimy w Anglii, a chaos w kraju oznacza niszczenie podstaw rodzimej magii. Uznaliśmy to za oczywisty przejaw geniuszu pana Strange’a, prawda, drogi panie? — Dżentelmen z hrabstwa Nottingham delikatnie szturchnął przyjaciela, który kilka razy zamrugał.

— Mówiłeś coś podobnego? — mruknął sir Walter.

— No cóż, tak — odparł Strange. — Zapewne powiedziałem coś w tym rodzaju… Kiedy to było? Chyba w zeszły piątek.

— Komu?

— Norrellowi, naturalnie.

— Czy w pokoju był ktoś jeszcze? Strange zamilkł.

— Drawlight — wydusił w końcu.

— Och!

— Szanowny panie, przepraszam, jeśli pana obraziłem — powiedział Strange do dżentelmena z hrabstwa Nottingham. — Musi pan jednak przyznać, że zwrócił się pan do mnie niezbyt… Najogólniej biorąc, łatwo się unoszę, a pan wytrącił mnie z równowagi. Nazywam się Jonathan Strange. Bardzo mi przykro, ale do dzisiaj nie słyszałem ani o panu, ani o panu Tantonym. Podejrzewam, że i on, i ja padliśmy ofiarą człowieka pozbawionego skrupułów. Zakładam, że pan Tantony płaci mi za naukę? Mógłbym spytać, dokąd wysyła pieniądze? Jeśli na Little Ryder Street, będę miał dowód, którego mi trzeba.

Niestety, dżentelmen z hrabstwa Nottingham oraz pan Tantony wbili sobie do głów, że Strange jest wysokim, potężnym mężczyzną o długiej siwej brodzie, donośnym głosie i w staroświeckim ubiorze. Pan Strange, który stał przed nimi, był smukłym, gładko ogolonym, wygadanym dżentelmenem, ubranym tak jak każdy bogaty i modny mieszkaniec Londynu, więc początkowo nie chcieli uwierzyć, że mają do czynienia z właściwą osobą.

— To łatwo udowodnić — powiedział Colquhoun Grant.

— Naturalnie — dodał sir Walter. — Wezwę kelnera. Może słowo sługi zdoła uczynić to, czego nie zdołało słowo dżentelmena. John, tutaj!

— Nie, nie! — wykrzyknął Grant. — Nie o to mi chodziło. John, możesz odejść, nie jesteś już potrzebny. Pan Strange może dowieść swych niezrównanych umiejętności magicznych w inny sposób. W końcu jest największym magiem naszej epoki.

— Chyba ten tytuł należy się panu Norrellowi? — Dżentelmen z hrabstwa Nottingham zmarszczył brwi.

Colquhoun Grant uśmiechnął się do niego.

— Pułkownik Manningham i ja mieliśmy zaszczyt walczyć pod rozkazami Jego Wysokości księcia Wellingtona w Hiszpanii. Zapewniam pana, że nie było tam pana Norrella. To właśnie pan Strange, ten oto dżentelmen, zdobył nasze zaufanie. Myślę, że gdyby teraz pokazał zadziwiającą magiczną sztukę, nie wątpilibyście już ani chwili w jego słowa, a wielki szacunek do angielskiej magii i angielskich magów nie pozwoliłby panom dłużej milczeć. Z pewnością powiedzieliby mu panowie wszystko, co wiedzą o tych fałszowanych listach. — Grant pytająco popatrzył na dżentelmena z hrabstwa Nottingham.

— No cóż” — zaczął dżentelmen z hrabstwa Nottingham — dziwne z panów grono, muszę przyznać. Nie mam pojęcia, po co mieliby panowie mamić nas takimi opowieściami. Powiem jednak wprost, że będę zaskoczony, jeśli listy okażą się fałszywe, gdyż każde zdanie, każde słowo tchnie mądrością dobrej angielskiej magii!

— Przypuszczamy, że ów niegodziwiec wykorzystał słowa pana Strange’a. To by wyjaśniało sprawę, prawda? — spytał Grant. — Żeby potwierdzić swą tożsamość, pan Strange pokaże panom coś, czego nie widział żaden śmiertelnik.

— Co takiego zrobi? — zainteresował się dżentelmen z hrabstwa Nottingham.

Grant uśmiechnął się szeroko i odwrócił do Strange’a.

— Tak, Strange, powiedz nam. Co zrobisz?

Odpowiedział jednak sir Walter. Głową wskazał wielkie weneckie lustro, zajmujące większość ściany. W tej chwili odbijało jedynie ciemność.

— Wejdzie w to zwierciadło i już z niego nie wyjdzie — oznajmił.

Rozdział czternasty

Wszystkie zwierciadła świata

listopad 1814

Wioska Hampstead leży osiem kilometrów na północ od Londynu. W czasach naszych dziadków było to niewielkie skupisko farm i chałup, ale ten sielski skrawek ziemi w pobliżu stolicy przyciągał wielkie tłumy, szukające świeżego powietrza i zieleni. Dla ich rozrywki powstał tam tor wyścigowy i trawnik do gry w kule, pojawiły się ciastkarnie i herbaciarnie. Bogacze kupowali tu letnie domy, więc Hampstead wkrótce przekształciło się w to, czym jest do dzisiaj, czyli w jedno z ulubionych letnisk śmietanki towarzyskiej Londynu. W krótkim czasie wioska stała się całkiem sporą miejscowością, wręcz niewielkim miasteczkiem.

Dwie godziny po sprzeczce sir Waltera, podpułkownika Granta, pułkownika Mannighama i Jonathana Strange’a z dżentelmenem z hrabstwa Nottingham londyńską drogą wjechała do Hampstead kareta. Po chwili skręciła w ciemną ścieżkę, wzdłuż której rosły dzikie bzy, lilaki i głogi. W końcu zatrzymała się przed dużym domem i wysiadł z niej pan Drawlight.

Dom był niegdyś zwykłą farmą, ale w ostatnich latach go zmodernizowano. Niewielkie wiejskie okna — skuteczniej zatrzymujące ciepło w środku niż wpuszczające światło z zewnątrz — powiększono i rozmieszczono w regularnych odstępach. Wsparty na kolumnach portyk zastąpił brzydkie wiejskie wejście. Gospodarskie podwórze znikło, jego miejsce zajęły rabaty oraz krzewy.

Pan Drawlight zapukał do drzwi, a pokojówka natychmiast wprowadziła gościa do salonu. Niegdyś była to wiejska bawialnia, ale pozostałości jej pierwotnego charakteru pokryto kosztownymi tapetami z Francji. Rozłożono tu perskie dywany i poustawiano najmodniejsze angielskie meble.

Po kilku minutach do salonu weszła wysoka, postawna i piękna dama. Miała na sobie suknię ze szkarłatnego aksamitu, a jej alabastrową szyję otaczał kunsztowny naszyjnik z agatów.

Przez otwarte drzwi widać było jadalnię, równie elegancką jak salon. Nakrycie stołu świadczyło o tym, że dama spożywała posiłek samotnie. Najwyraźniej włożyła czerwoną suknię i czarny naszyjnik jedynie dla własnej przyjemności.