— Och, droga pani! — wykrzyknął Drawlight, podrywając się z miejsca. — Mam nadzieję, że dobrze się pani miewa?
— Pewnie dobrze. — Machnęła z lekceważeniem ręką. — Tak dobrze, jak może się miewać osoba niemal pozbawiona towarzystwa i skazana na monotonię.
— Co takiego? — zapytał Drawlight z niedowierzaniem. — Jest tu pani sama?
— Mam towarzyszkę, starą ciotkę. Ciągle każe mi się modlić.
— Och, droga pani, proszę nie tracić energii na modlitwy i kazania. Nie płynie z nich żadna pociecha. Należy raczej skupić się na zemście.
— To właśnie uczynię — odparła trzeźwo i usiadła na sofie naprzeciwko okna. — Jak się miewają panowie Strange i Norrell?
— Są bardzo zapracowani, szanowna pani! Wprost niesłychanie. Życzyłbym sobie, dla ich dobra, podobnie jak i dla dobra drogiej pani, by mieli mniej zajęć. Jeszcze wczoraj pan Strange wypytywał mnie o panią. Koniecznie chciał wiedzieć, w jakim jest pani nastroju. „W znośnym — odpowiedziałem mu. — Zaledwie w znośnym”. Pan Strange jest zaskoczony, droga pani, szczerze zaskoczony bezdusznym zachowaniem pani krewnych.
— Doprawdy? Szkoda, że jego oburzenie nie przejawia się w bardziej praktyczny sposób — odparła lodowato. — Zapłaciłam mu ponad sto gwinei, a nie zrobił zupełnie nic. Nuży mnie załatwianie spraw przez pośrednika. Proszę przekazać panu Strange’owi moje wyrazy uszanowania i powiedzieć mu, że jestem gotowa na spotkanie w dowolnie ustalonym przezeń terminie, dniem czy nocą, wszystko mi jedno. Nie mam innych zobowiązań.
— Droga pani, bardzo bym tego pragnął, podobnie jak pan Strange. Obawiam się jednak, że to zupełnie niemożliwe.
— Wciąż pan to powtarza, ale nie słyszałam żadnego wytłumaczenia, nic, co by mnie usatysfakcjonowało. Podejrzewam, że pan Strange przejmuje się tym, co powiedzą ludzie, gdy zobaczą nas razem. Ale nasze spotkanie będzie poufne, nikt nie musi o nim wiedzieć.
— Droga pani, opacznie pojmuje pani intencje pana Strange’a. Nic nie ucieszyłoby go bardziej niż możliwość zademonstrowania światu nienawiści do pani prześladowców. Jedynie z pani powodu jest tak ostrożny. Obawia się…
Dama jednak nigdy nie poznała obaw pana Strange’a. Drawlight urwał nagle i rozejrzał się dookoła z wyrazem najwyższego zdumienia na twarzy.
— Co to, na Boga? — wyszeptał.
A było tak, jakby gdzieś otworzyły się drzwi, i to więcej niż jedne. Oboje odnieśli wrażenie, że do pokoju wpadł wiatr, przynosząc z sobą na wpół zapomniane zapachy z dzieciństwa. Zamigotało światło, a cienie na ścianach zatańczyły. Nie doszło do żadnej bardziej znaczącej zmiany, mimo to — jak to zwykłe bywa w związku z działaniem magii — zarówno Drawlight, jak i dama pomyśleli, że nic już nie jest pewne. Było tak, jakby to, czego chcieli dotknąć w pokoju, znikało zaraz po wyciągnięciu ręki.
Na ścianie nad sofą wisiało wysokie zwierciadło. Odbijał się w nim olbrzymi biały księżyc, widoczny w wielkim ciemnym oknie, i pogrążony w półmroku pokój. Drawlighta jednak ani damy w lustrze nie było. Zamiast nich widniał tam pewien nieokreślony obraz, który przekształcił się w cień, a następnie w mroczny kształt kogoś, kto ku nim zmierzał. Ścieżka, którą podążała nieznajoma osoba, jednoznacznie świadczyła o tym, że pokój w zwierciadle w niczym nie przypomina oryginału, a podobieństwo opiera się wyłącznie na chytrych sztuczkach związanych z oświetleniem i perspektywą. Zdawało się, że pomieszczenie w zwierciadle jest w gruncie rzeczy długim korytarzem. Włosami i płaszczem tajemniczej postaci poruszał wiatr, niewyczuwalny w pokoju, w którym wisiało lustro. Chociaż nieznajomy osobnik energicznie zmierzał ku szybie oddzielającej pomieszczenia, dotarcie do niej zajęło mu dłuższą chwilę. W końcu jednak postać doszła do tafli i przez chwilę stała tuż za nią, w mroku, rzucając ogromny cień.
Strange — gdyż był to on — zręcznie wyskoczył z lustra, uśmiechnął się czarująco i przywitał z Drawlightem i damą. Zamilkł na chwilę, jakby czekając, aż któreś z nich przemówi. Tak się jednak nie stało.
— Mam nadzieję, że wybaczy mi pani tak późną wizytę — oznajmił wobec tego. — Prawdę mówiąc, błądziłem trochę dłużej, niż się spodziewałem. Skręciłem w niewłaściwą stronę i prawie dotarłem do… hm, sam nie wiem dokąd. — Znowu umilkł, czekając, aż ktoś go poprosi, by usiadł. Nie doczekał się, ale i tak spoczął. — Poznałem pana Tantony’ego — oznajmił, patrząc na Drawlighta: — Wyjątkowo miły dżentelmen, choć niezbyt rozmowny. Jego przyjaciel zaś, pan Gatcombe, powiedział mi wszystko, co pragnąłem wiedzieć.
— Pan Strange? — zapytała dama w czerwonej sukni.
— Owszem, szanowna pani.
— Doskonale się składa. Pan Drawlight właśnie wyjaśniał mi, dlaczego nie możemy się spotkać.
— To prawda, do dzisiaj okoliczności nie sprzyjały naszemu spotkaniu. Szanowny panie, proszę nas sobie przedstawić.
Drawlight wymamrotał, że dama w czerwonej sukni to pani Bullworth. Strange wstał, ukłonił się pani Bullworth i ponownie usiadł.
— Rozumiem, że pan Drawlight przedstawił panu moją sytuację? — zapytała gospodyni.
Strange lekko poruszył głową, co mogło oznaczać potwierdzenie albo zaprzeczenie, ale też nie musiało niczego oznaczać.
— Przedstawienie sprawy przez postronnego obserwatora nie może się równać z opowieścią osoby zaangażowanej w wydarzenia. Być może pan Drawlight z takiej czy innej przyczyny ominął pewne zasadnicze punkty. Proszę mnie wtajemniczyć, droga pani. Niech usłyszę wszystko z pani ust.
— Wszystko?
— Wszystko.
— Znakomicie. Jestem, jak pan wie, córką dżentelmena z hrabstwa Northampton. Mój ojciec, majętny człowiek, ma ogromną posiadłość i pieniądze. Zalicza się nas do najważniejszych rodzin w kraju. Bliscy zawsze jednak sugerowali, że z moją urodą i gracją mogę zająć nawet lepsze miejsce w świecie. Dwa lata temu bardzo dobrze wyszłam za mąż. Pan Bullworth jest bogaty, obracaliśmy się w najmodniejszych kręgach, jednakże nie byłam usatysfakcjonowana. Na swoje nieszczęście latem zeszłego roku spotkałam człowieka, który miał wszystko to, czego brak panu Bullworthowi: był przystojny, mądry, zabawny. Po kilku tygodniach znajomości zrozumiałam, że wolę go od wszystkich innych. — Lekko wzruszyła ramionami. — Dwa dni przed Bożym Narodzeniem opuściłam dom męża w towarzystwie owego dżentelmena. Miałam nadzieję — wręcz oczekiwałam — że wyjdę za niego za mąż po rozwodzie z panem Bullworthem. Mój przyjaciel miał jednak inne plany. Pod koniec stycznia pokłóciliśmy się i ze mną zerwał. Powrócił do swego domu i swych starych rozrywek, ja jednak nie mogłam uczynić tego samego. Mąż mnie wypędził. Przyjaciele nie chcieli mnie przyjmować. Musiałam błagać ojca o zmiłowanie. Powiedział, że będzie mnie utrzymywał do końca życia, ale w zamian za to muszę żyć w całkowitym odosobnieniu. Żadnych balów, żadnych przyjęć, żadnych przyjaciół, niczego. — Przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń, jakby kontemplując wszystko, co utraciła, ale szybko otrząsnęła się z melancholii i dodała: — Przejdźmy do interesów. — Skierowała się do niewielkiego biureczka, otworzyła szufladę i wyciągnęła kartkę, którą następnie podała Strange’owi. — Tak jak pan sugerował, sporządziłam listę wszystkich osób, które mnie zdradziły.
— Kazałem pani to przygotować, tak? — Strange wziął kartkę. — Ależ jestem skrupulatny. Długa lista.
— O tak, na każdego jest inne zlecenie, oczywiście osobno płatne. Pozwoliłam sobie przy każdym nazwisku dopisać rodzaj kary, jaka powinna spotkać daną osobę. Oczywiście dzięki znajomości magii może pan zaproponować coś bardziej stosownego. Chętnie wysłucham pańskich sugestii.