Выбрать главу

— Sir James Southwell. Podagra.

— To mój ojciec — wyjaśniła pani Bullworth. — Śmiertelnie mnie nudzi przemowami na temat mego niegodziwego charakteru, poza tym skazał mnie na odosobnienie. Pod wieloma względami to on jest winien wszystkich mych nieszczęść. Chciałabym mieć twardsze serce i wymyślić mu straszliwszą chorobę, jednak nie potrafię. To pewnie ta słynna słabość kobiecej natury.

— Podagra jest niezwykle bolesna — zauważył Strange. — Przynajmniej tak mi mówiono.

Pani Bullworth niecierpliwie machnęła ręką.

— Panna Elizabeth Church — ciągnął Strange. — Zerwanie zaręczyn. Kim jest panna Elizabeth Church?

— To moja kuzynka, nudna dziewczyna, interesuje ją tylko wyszywanie. Nikt nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, póki nie wyszłam za pana Bullwortha. Nagle dowiaduję się, że ma poślubić duchownego, a mój ojciec dał jej weksel, by opłaciła suknię ślubną i nowe meble. Do tego obiecał Lizzie i duchownemu, że zapewni im wszelkie dostatki. Czeka ich słodkie życie. Mieszkają w Yorku, gdzie będą chodzili na kolacje, przyjęcia i bale i radowali się wszystkimi przyjemnościami, które powinny być moim udziałem. Szanowny panie! — wykrzyknęła z ożywieniem. — Z pewnością istnieje jakieś zaklęcie, by duchowny z obrzydzeniem patrzył na Lizzie? By wzdragał się na sam dźwięk jej głosu?

— Nie wiem — odparł Strange. — Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Przypuszczam, że istnieje. — Powrócił do listy. — Pan Bullworth…

— Mój mąż.

— …pogryzienie przez psy.

— Ma siedem wielkich bestii i darzy je większym uczuciem niż jakiekolwiek ludzkie istoty.

— Pani Bullworthowa starsza… Rozumiem, że to matka pani męża. Ma utonąć w balii. Zakrztusić się śmiertelnie własną konfiturą morelową. Przypadkiem upiec się w piecu. To trzy rodzaje śmierci dla jednej kobiety. Proszę wybaczyć, droga pani, ale nawet największy mag świata nie zdołałby zabić jednego człowieka na trzy sposoby.

— Proszę zrobić tyle, ile pan zdoła — burknęła pani Bullworth. — Stara jest niesłychanie dumna ze swych umiejętności prowadzenia domu. Zanudzała mnie tym na śmierć.

— Rozumiem. Bardzo to wszystko szekspirowskie. I tu dochodzimy do ostatniego nazwiska. Henry Lascelles. Znam tego dżentelmena. — Strange popatrzył pytająco na Drawlighta.

— To właśnie osoba, z którą opuściłam dom mego męża — wyjaśniła pani Bullworth.

— Ach! I jaki los go czeka?

— Bankructwo — odparła ponurym, niskim głosem. — Szaleństwo. Pożar. Choroba zniekształcająca ciało. Niech koń go stratuje. Niech zaczai się na niego niegodziwiec i potnie mu twarz nożem! Niech noc po nocy prześladują go koszmary! — Wstała i zaczęła krążyć po pokoju. — Niech każdy jego niegodny i haniebny czyn opiszą gazety! Niech nie przyjmuje go nikt w Londynie! Niech uwiedzie jakąś wieśniaczkę, która pokocha go na zabój. Niech go tropi całymi latami. Niech stanie się przez nią obiektem drwin. Niech ta dziewczyna nigdy nie zostawi go w spokoju. Niech przez omyłkę jakiegoś uczciwego człowieka zostanie oskarżony o popełnienie zbrodni. Niech cierpi wszystkie upokorzenia procesu i aresztu. Niech zostanie napiętnowany! Pobity! Wybatożony! Ścięty!

— Droga pani, proszę się uspokoić — przerwał tę litanię Strange.

Pani Bullworth przystanęła. Przestała rzucać gromy na głowę Lascellesa, ale raczej się nie uspokoiła. Oddychała bardzo szybko, trzęsła się, a na jej twarzy wciąż widniała furia.

Strange patrzył na nią dopóty, dopóki nie uznał, że dama panuje nad sobą do tego stopnia, żeby zrozumieć, co miał jej do powiedzenia.

— Bardzo mi przykro, droga pani, ale padła pani ofiarą okrutnego oszusta. Ta osoba… — tu spojrzał na Drawlighta — panią zwiodła. Pan Norrell i ja nigdy nie przyjmowaliśmy prywatnych zleceń. Nie zatrudnialiśmy tego człowieka do wynajdywania nam klientów. Do dzisiejszego wieczoru nie słyszałem pani nazwiska.

Pani Bullworth wpatrywała się w niego przez moment, po czym odwróciła się do Drawlighta.

— Czy to prawda?

Drawlight wbił smętne spojrzenie w dywan i wymamrotał jakieś wytłumaczenie. Dało się słyszeć jedynie słowa „pani” i „szczególna sytuacja”. Pani Bullworth wyciągnęła rękę i zadzwoniła. Natychmiast w progu stanęła pokojówka, ta sama, która wprowadziła Drawlighta.

— Haverhill, usuń stąd pana Drawlighta — przykazała jej pani Bullworth.

W przeciwieństwie do zatrudnianych w modnych domach służących, których najważniejszym atutem jest ładna buzia, niemłoda Haverhill o krzepkich rękach i nieubłaganym wyrazie twarzy wyglądała na rzeczową niewiastę. Tym razem nie musiała się szczególnie wysilać, gdyż Drawlight skwapliwie sam się usunął. Złapał laskę i truchtem opuścił pokój, w chwili gdy Haverhill otworzyła drzwi.

Pani Bullworth spojrzała na Strange’a.

— Pomoże mi pan? Zrobi pan, o co proszę? Jeśli ta suma pana nie satysfakcjonuje…

— Ach, pieniądze! — Strange machnął lekceważąco ręką. — Przykro mi, ale tak jak powiedziałem, nie przyjmuję prywatnych zleceń.

Popatrzyła na niego przeciągle.

— Czy moja rozpaczliwa sytuacja w ogóle pana nie poruszyła? — spytała ze zdumieniem.

— Wręcz przeciwnie, droga pani, obca mi i wstrętna jest moralność, która za błędy wini wyłącznie kobietę. Ale tylko tyle. Nie zamierzam krzywdzić niewinnych ludzi.

— Niewinnych! — wykrzyknęła. — Niewinnych! Kto jest niewinny? Nikt!

— Droga pani, powiedziałem już wszystko. Nic nie mogę dla pani zrobić. Przykro mi.

— No cóż. — Popatrzyła na niego ponuro. — Przynajmniej ma pan dość przyzwoitości, by nie proponować mi wyrażania skruchy, zajęcia się dobrymi uczynkami lub haftem, ewentualnie czymś innym, co rozmaici głupcy podsuwają mi jako remedium na nudne życie i złamane serce. Tak czy inaczej, najlepiej będzie, jeśli zakończymy to spotkanie. Życzę dobrej nocy.

Strange się ukłonił. Spojrzał tęsknie na zwierciadło nad sofą, jakby wolał wyjść właśnie tamtędy, ale Haverhill trzymała otwarte drzwi. Uprzejmość nakazywała, by z nich skorzystał.

Nie mając ani konia, ani powozu, przeszedł piechotą osiem kilometrów z Hampstead na Soho Square. Gdy przybył pod drzwi swego domu, odkrył, że choć jest już prawie druga w nocy, we wszystkich oknach palą się światła. Zanim zdążył sięgnąć po klucz, drzwi otworzył mu Colquhoun Grant.

— Dobry Boże! A co ty tu robisz?! — wykrzyknął Strange.

Grant nawet nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć, tylko odwrócił się plecami do Strange’a i zawołał:

— Przyszedł, droga pani! Nic mu nie jest. Arabella przygnała na złamanie karku prosto z salonu, a po chwili nadbiegł za nią sir Walter. W korytarzu prowadzącym do kuchni pokazali się Jeremy Johns i kilku innych służących.

— Stało się coś? Coś złego? — Strange spoglądał na nich wszystkich ze zdumieniem.

— Ty zakuta pało! — zaśmiał się Grant, klepiąc go czule po głowie. — Martwiliśmy się o ciebie! Gdzie byłeś, u licha?

— W Hampstead.

— W Hampstead! — powtórzył sir Walter ze zdumieniem. — Bardzo nas cieszy twój widok! — Popatrzył na Arabellę i dodał nerwowo: — Obawiam się, że niepotrzebnie niepokoiliśmy panią Strange.

— Chyba się nie bałaś, prawda? — zapytał Strange żonę. — Nic mi nie było, jak zawsze.

— No i proszę, a nie mówiłem?! — wykrzyknął radośnie pułkownik Grant. — W Hiszpanii pan Strange często był w olbrzymim niebezpieczeństwie, nigdy jednak nie baliśmy się o niego. Ma zbyt dużo sprytu, by cokolwiek mu się stało.