— Czy musimy stać w progu? — spytał Strange.
Po drodze z Hampstead myślał o magii i wcale nie skończył swych rozważań. Niestety, zastał dom pełen rozgadanych ludzi, co go wytrąciło z równowagi. Poprowadził gości do salonu i nakazał Jeremy’emu przynieść wino i coś do jedzenia.
— Było tak, jak przypuszczałem — powiedział, gdy wszyscy usiedli. — Drawlight usiłował przekonywać ludzi, że pan Norrell i ja paramy się czarną magią. Zastałem go z bardzo podekscytowaną młodą kobietą, która chciała, bym zadał cierpienia jej krewnym.
— Okropność — westchnął pułkownik Grant.
— A co powiedział Drawlight? — chciał wiedzieć sir Walter. — Jak się tłumaczył?
— Ha! — Strange zaśmiał się niewesoło. — Nic nie mówił. Po prostu uciekł, a szkoda, bo miałem wielką ochotę wyzwać go na pojedynek.
— O, teraz gustujesz w pojedynkach, tak? — odezwała się znienacka Arabella.
Sir Walter i Grant popatrzyli na nią z niepokojem, ale Strange był zbyt zaabsorbowany własnymi słowami, by zauważyć gniewny wyraz twarzy żony.
— Zapewne nie przyjąłby wyzwania, ale chętnie bym go postraszył. Bóg wie, że na to zasłużył.
— Ale nic nie mówisz o tym królestwie czy ścieżce po drugiej stronie lustra — przypomniał pułkownik Grant. — Czy spełniła twoje oczekiwania?
Strange pokręcił głową.
— Brak mi słów, by to opisać. Wszystko, co Norrell i ja zrobiliśmy, jest przy tym błahostką. Mamy jednak czelność nazywać się magami! Szkoda, że nie potrafię wam opowiedzieć jak należy o wspaniałościach tej krainy! O jej wielkości i zawiłościach! O wielkich kamiennych korytarzach, które rozchodzą się we wszystkich kierunkach! Początkowo korciło mnie, by oszacować ich długość i liczbę, ale wkrótce zrezygnowałem. Odniosłem wrażenie, że nie mają końca. Widziałem obwałowane kanały pełne stojącej wody, która w ponurym świetle wydawała się niemal czarna. Widziałem schody, które wznosiły się tak wysoko, że nie dostrzegałem ich szczytu, a także inne, prowadzące w kompletną ciemność. Nagle przeszedłem pod łukiem i znalazłem się na kamiennym moście, który wiódł przez mroczną i pustą okolicę. Był tak potężny, że nie widziałem jego końca. Wyobraźcie sobie most, który łączy Islington z Twickenham! Albo York z Newcastle! A wszędzie — w tych korytarzach i na moście — widniały jego podobizny.
— Czyje? — spytał sir Walter.
— Człowieka, którego Norrell i ja zniesławialiśmy we wszystkich naszych tekstach. Człowieka, o którym Norrell w ogóle nie chce słyszeć. Człowieka, który wybudował te korytarze, kanały, most, wszystko. Johna Uskglassa, Króla Kruków! Rzecz jasna, przez wieki konstrukcja popadła w ruinę. Nie wiem, w jakich okolicznościach John Uskglass używał tych dróg, ale najwyraźniej już ich nie potrzebuje. Posągi i kamieniarka legły w gruzach. Bóg raczy wiedzieć, skąd pada światło. Niektóre korytarze są zawalone, inne zalane. Powiem wam jeszcze coś dziwnego. Dokądkolwiek poszedłem, natrafiałem na mnóstwo porzuconych butów, zapewne własność innych podróżnych. Były bardzo stare i zniszczone. Wnioskuję z tego, że w ostatnich latach rzadko korzystano z tych przejść. Podczas całej wędrówki dostrzegłem tylko jednego człowieka.
— Widziałeś kogoś? — spytał sir Walter.
— O tak! Przynajmniej wydaje mi się, że był to człowiek. Dostrzegłem cień sunący po białej drodze, która przecinała ciemne moczary. Musicie zrozumieć, że wtedy stałem na moście znacznie wyższym niż jakikolwiek most w naszym świecie. Ziemia znajdowała się chyba kilka tysięcy metrów pode mną. Spojrzałem w dół i kogoś zobaczyłem. Gdyby nie to, że z taką desperacją poszukiwałem Drawlighta, z pewnością znalazłbym drogę na dół i poszedł za tym kimś, gdyż mag koniecznie powinien porozmawiać z taką istotą.
— A czy istota ta była niegroźna? — spytała Arabella.
— „Niegroźna” — powtórzył Strange lekceważąco. — O nie, nie sądzę. Pochlebiam sobie jednak, że i ja nie jestem szczególnie „niegroźny”. Mam nadzieję, że nie straciłem okazji. Wrócę tam jutro. Liczę na to, że wykoncypuję, dokąd poszła tajemnicza postać.
— Chcesz wrócić?! — zawołał sir Walter. — Jesteś pewien?
— Och, wiem, jak to się skończy! — przerwała mu Arabella. — Będziesz łaził po tych drogach w każdej chwili, którą podaruje ci pan Norrell, a ja tymczasem będę się zamartwiała i zachodziła w głowę, czy cię jeszcze kiedyś zobaczę.
Strange popatrzył na nią ze zdumieniem.
— Arabello, o co chodzi?
— O co chodzi? Narażasz się na straszliwe niebezpieczeństwa i oczekujesz, że wyrażę na to zgodę?
Strange wykonał gest łączący prośbę i bezradność, zupełnie jakby wzywał sir Waltera i Granta na świadków tak niesłychanie irracjonalnego zachowania.
— Kiedy powiedziałem, że jadę do Hiszpanii, byłaś całkiem spokojna, choć przecież wtedy szalała wojna. To zaś jest zupełnie…
— Całkiem spokojna? Zapewniam cię, że wręcz przeciwnie. Potwornie się o ciebie bałam — tak samo jak wszystkie żony, matki i siostry bały się o mężczyzn walczących w Hiszpanii. Zgadzałam się jednak z tobą, że obowiązek cię wzywa. Poza tym w Hiszpanii miałeś wsparcie całej armii, a tam będziesz całkiem sam. Mówię „tam”, choć nikt z nas nawet nie wie, gdzie „tam” jest!
— Bardzo przepraszam, ale ja dobrze wiem. To Królewskie Trakty. Doprawdy, Arabello, nieco późno doszłaś do wniosku, że nie podoba ci się moja profesja!
— To niesprawiedliwe! Nigdy nie powiedziałam złego słowa o twojej profesji. Myślę, że jest jedną z najszlachetniejszych w świecie. Przepełnia mnie wielka duma na myśl o tym, czego dokonałeś wraz z panem Norrellem, i nigdy nie sprzeciwiałam się temu, byś uczył się takiej magii, jakiej zapragniesz. Ale do dzisiaj zawsze zadowalało cię dokonywanie odkryć w księgach.
— Dość tego. Ograniczanie prac badawczych maga do czytania ksiąg w bibliotece! Równie dobrze mogłabyś powiedzieć odkrywcy, że może sobie szukać źródła, źródła… — nie pamiętam, jak się nazywają te afrykańskie rzeki — pod warunkiem że nigdy nie opuści Tunbridge Wells!
Arabella prychnęła z oburzeniem.
— Myślałam, że chcesz być magiem, nie odkrywcą!
— To jedno i to samo. Odkrywca nie może siedzieć w domu i tylko oglądać map sporządzonych przez innych. Mag nie może pogłębiać ogólnych zasobów wiedzy magicznej, wyłącznie czytając dzieła innych autorów. Jest dla mnie całkiem jasne, że prędzej czy później Norrell i ja musimy wychylić nosy poza księgi!
— O, to jest dla ciebie jasne, tak? No cóż, Jonathanie, bardzo wątpię, czy jest to równie jasne dla pana Norrella.
Podczas tej wymiany zdań sir Walter i pułkownik Grant wydawali się zakłopotani, jak osoby, które nie ze swojej winy zostały świadkami małżeńskiej kłótni. Sytuacji nie poprawiała świadomość, że ani Arabella, ani Strange nie byli w tamtym momencie zbyt im przychylni. Goście już usłyszeli kilka ostrych słów od Arabelli, gdy wyznali, że zachęcili Strange’a do niebezpiecznej magii. Teraz mag rzucał im gniewne spojrzenia, jakby się zastanawiał, jakim prawem przychodzą tu w środku nocy i denerwują jego zazwyczaj łagodną żonę. Gdy nastąpiła krótka przerwa w rozmowie, pułkownik Grant wymamrotał coś na temat późnej pory oraz nadużywania gościnności państwa Strange’ów i życzył im dobrej nocy. Ponieważ nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi, tkwił w miejscu jak kołek w płocie.
Sir Walter miał bardziej stanowczy charakter. Doszedł do wniosku, że popełnił błąd, wysyłając Strange’a na zwierciadlany szlak, pragnął zatem naprawić sytuację. Jako polityk przywykł do dzielnego wygłaszania własnych opinii, nawet jeśli nikt nie chciał ich słuchać.