Выбрать главу

— Nie, ja… A może jednak. Ciągle chcę o coś zapytać sir Waltera i ciągle zapominam. Pewnie nie zna pan dżentelmena, który mieszka w jego domu?

— W czyim domu?

— Sir Waltera.

Pan Moorcock zmarszczył brwi.

— Dżentelmen w domu sir Waltera? Nie wiem, kogo może mieć pan na myśli. Jak on się nazywa?

— Właśnie to chciałbym wiedzieć. Nigdy nie widziałem tego jegomościa, ale pani Strange spotyka go chyba za każdym razem, gdy wystawi nogę za próg naszego domu. Widuje go od lat, ale nie poznała jego imienia. Ten pan musi być strasznym ekscentrykiem, skoro robi z tego tajemnicę. Pani Strange nazywa go dżentelmenem o srebrnym nosie lub dżentelmenem z cerą jak płatek śniegu. Albo równie dziwnie.

Pan Moorcock wydawał się jeszcze bardziej zdumiony.

— Bardzo mi przykro, proszę pana, ale chyba nigdy go nie widziałem — powiedział.

Rozdział osiemnasty

„Proszę mi wierzyć. Takie miejsce nie istnieje!”

czerwiec 1815 roku

Napoleona zesłano na wyspę Elbę. Jego cesarska mość miał jednak wątpliwości, czy odpowiada mu cichy żywot na wyspie — ostatecznie był przyzwyczajony do rządzenia sporą częścią świata. Nim opuścił Francję, oznajmił paru osobom, że powróci, kiedy ponownie zakwitną fiołki. Dotrzymał słowa.

Tuż po przybyciu na francuską ziemię zebrał armię i pomaszerował na północ, do Paryża, ku swojemu przeznaczeniu czyli wojnie ze wszystkimi narodami świata. Rzecz jasna, gorąco pragnął ponownie zasiąść na cesarskim tronie, lecz nikt nie wiedział jeszcze, którymi ziemiami chce rządzić. Zawsze stawiał sobie Aleksandra Wielkiego za wzór, więc sądzono, że podąży na wschód. Niegdyś najechał Egipt i odniósł tam sukces. Mógł również skierować się na zachód: pojawiły się pogłoski o flotylli okrętów nieopodal Cherbourga, gotowej płynąć do Ameryki na podbój nowego świata.

Cokolwiek jednak by wybrał, wszyscy się zgadzali, że z całą pewnością zacznie od inwazji na Belgię. Wobec tego książę Wellington ruszył do Brukseli, by tam czekać na przybycie Wielkiego Nieprzyjaciela Europy.

W angielskiej prasie zaroiło się od pogłosek: Bonaparte zbiera armię; błyskawicznie podąża do Belgii; jest na miejscu; zwycięża! Następnego dnia okazywało się, że wciąż tkwi w paryskim pałacu, nie ruszywszy się stamtąd ani na krok.

Pod koniec maja Jonathan Strange ruszył z Wellingtonem i armią do Brukseli. Poprzednie trzy miesiące spędził w zaciszu Shropshire na rozmyślaniach o magii, trudno się zatem dziwić, że początkowo był nieco zagubiony. Po godzinie lub dwóch spaceru doszedł jednak do wniosku, że wina nie leżała po jego stronie. Rzecz miała związek z Brukselą. Wiedział, jak wygląda miasto w czasie wojny, a tym razem wszystko prezentowało się zgoła odmiennie od jego oczekiwań. Na ulicach spodziewał się maszerujących kompanii wojsk, wozów z aprowizacją, zaniepokojonych twarzy. Tymczasem mijał modnie urządzone sklepy i damy zażywające przejażdżki w eleganckich powozach. Prawda, wszędzie kręciły się gromadki oficerów, lecz żaden z nich nie wyglądał na zaabsorbowanego żołnierskimi sprawami (jednego na przykład pochłonęła naprawa parasolki zabawki dla jakiejś dziewczynki). Wokół rozlegały się radosne śmiechy osób najwyraźniej pogodzonych z nieuchronnym najazdem Napoleona.

Ktoś zawołał Strange’a po nazwisku. Mag się odwrócił i ujrzał pułkownika Manninghama, swojego znajomego, który z miejsca zaprosił go do domu lady Charlotte Greville (była to angielska dama mieszkająca w Brukseli). Strange zaprotestował ze względu na brak oficjalnego zaproszenia, poza tym uznał, że powinien ruszyć na poszukiwania księcia. Manningham obwieścił jednak, że nie ma problemu, Strange z pewnością będzie mile widziany u lady Greville, książę zaś może równie dobrze być w jej bawialni, jak w każdym innym miejscu.

Dziesięć minut później Strange znalazł się w luksusowym apartamencie pełnym ludzi. Część z nich znał. Byli tu oficerowie, piękne damy, modni dżentelmeni, brytyjscy politycy oraz przedstawiciele, jak się zdawało, wszystkich kręgów brytyjskiej arystokracji. Głośno rozprawiali o wojnie i opowiadali sobie o niej dowcipy. Było to całkiem nowe doświadczenie dla Strange’a: wojna jako modna rozrywka. W Hiszpanii i Portugalii żołnierze zwyczajowo postrzegali siebie w kategoriach wzgardzonych i zapomnianych męczenników. Brytyjskie gazety zaś zawsze usiłowały odmalować sytuację w najbardziej ponurych barwach. Tutaj, w Brukseli, służba oficera pod rozkazami księcia była najszlachetniejszym zajęciem pod słońcem, a drugą w hierarchii szlachetności służbę pełnił książęcy mag.

— Czy Wellington naprawdę nie ma nic przeciwko temu, by ci wszyscy ludzie tu tkwili? — szepnął zdumiony Strange do Manninghama. — A jeśli Francuzi zaatakują? Żałuję, że przyjechałem. Jestem pewien, że lada moment ktoś zagadnie mnie o spór z Norrellem, a ja naprawdę nie mam ochoty mówić o tej sprawie.

— Nonsens! — odszepnął Manningham. — Tutaj nikt się tym nie przejmuje! Zresztą książę właśnie nadchodzi.

Pojawieniu się księcia towarzyszyło niewielkie zamieszanie.

— Ach, Merlin! — wykrzyknął Wellington, gdy jego wzrok spoczął na Strange’u. — Cieszę się, że pana widzę! Proszę pozwolić uścisnąć sobie prawicę. Z pewnością zna pan księcia Richmondu. Nie? Wobec tego was zapoznam.

Do tego momentu na przyjęciu panowała ożywiona atmosfera, lecz po przybyciu księcia zebrani rozruszali się jeszcze bardziej. Wszyscy obserwowali, z kim rozmawia i (co jeszcze ciekawsze) z kim flirtuje. Zgromadzeni najwyraźniej doszli do wniosku, że Wellington przybył do Brukseli wyłącznie po to, by się zabawić. Za każdym razem, kiedy Strange usiłował odejść, książę mroził go spojrzeniem, jakby mówił: „Nie, naprawdę musi pan zostać! Chcę, by pan przy mnie był!”. W końcu, nie przestając się uśmiechać, pochylił głowę i mruknął prosto do ucha maga:

— Już, to powinno wystarczyć. Chodźmy! W drugim końcu pokoju jest oranżeria. Tam się skryjemy przed tłumem.

Zajęli miejsca wśród palm i innych egzotycznych roślin.

— Słowo ostrzeżenia — podjął książę. — Nie jesteśmy w Hiszpanii, gdzie każdy mężczyzna, każda kobieta i każde dziecko uważało Francuzów za znienawidzonych wrogów. Tutaj sprawy mają się inaczej. Przyjaciele Bonapartego krążą po wszystkich ulicach i bez trudu można ich napotkać w armii. W mieście roi się od szpiegów. W takiej sytuacji naszym obowiązkiem — pańskim i moim — jest zachowywać się tak, jakby nic na świecie nie było równie pewne jak jego porażka. Uszy do góry, Merlinie! Proszę się napić herbaty, ukoi pańskie nerwy.

Strange usiłował uśmiechnąć się beztrosko, lecz na jego twarzy pojawił się niespokojny grymas. By odwrócić uwagę księcia, mag spytał, jak głównodowodzący znajduje armię.

— Och! — westchnął Wellington. — Najłagodniej mówiąc, wojsko jest kiepskie. Nigdy nie dowodziłem taką zbieraniną. Brytyjczycy, Belgowie, Holendrzy i Niemcy, wszyscy wymieszani — całkiem, jakbym miał wznieść mur z kilku rodzajów budulca. Każdy materiał jest doskonały na swój sposób, ale czy taka konstrukcja ma szansę się utrzymać? Pruska armia zobowiązała się walczyć po naszej stronie. Blucher to wspaniały staruszek, uwielbia walkę. — Chodziło o pruskiego generała. — Niestety, poza tym jest także szalony. Żyje w przekonaniu, że zaszedł w ciążę.

— Ach!

— I spodziewa się słoniowego oseska.

— Ach!

— Musimy natychmiast znaleźć panu zajęcie! Ma pan swoje księgi? Srebrne naczynie? Kąt do pracy? Jestem przekonany, że Bonaparte przybędzie z zachodu, od strony Lilie. Z całą pewnością sam wybrałbym tę trasę. Od tamtejszych przyjaciół otrzymałem listy, w których zapewniano mnie, iż spodziewają się go w Lilie lada moment. Oto pańskie zadanie: proszę się rozejrzeć po zachodniej granicy w poszukiwaniu śladów francuskich wojsk. Jeśli ujrzy pan coś niepokojącego, niech pan natychmiast da mi znać.