Выбрать главу

— Skoro zachęca ich pan takimi pochwałami, na pewno lepiej się uczą pod pańskim kierunkiem niż przy innych pedagogach — zauważyła uprzejmie pani Blake.

— Nie jestem pewien — odparł pan Segundus.

— Nie sądziłam, że nauka magii jest tak popularna — powiedziała pani Lennox z zadumą. — Myślałam, że zajmują się nią tylko ci dwaj panowie w Londynie. Jakże się oni nazywają? Zapewne pańskim następnym posunięciem będzie założenie szkoły dla magów?

— Szkoły! — powtórzył pan Segundus. — Och! To wymagałoby mnóstwa pieniędzy, sam nie wiem, jakiej sumy, no i siedziby.

— Pewnie byłyby też problemy ze znalezieniem uczniów? — zasugerowała pani Lennox.

— Och, nie! Już teraz przychodzi mi na myśl czterech młodych ludzi.

— A gdyby miał pan zareklamować…

— Och, nigdy bym tego nie zrobił! — oświadczył pan Segundus nieco zaskoczony. — Magia to najszlachetniejsza profesja w świecie, może druga w kolejności, po stanie duchownym. Nikt nie powinien jej kalać komercjalizacją. Nie, przyjmowałbym tylko młodych ludzi z polecenia.

— Czyli pozostaje tylko znalezienie pewnej sumy i siedziby. Nic prostszego. Sądzę, że pański przyjaciel, pan Honeyfoot, o którym wypowiada się pan z takim szacunkiem, chętnie pożyczy panu pieniądze. Zapewne wręcz tego pragnie.

— O nie! Pan Honeyfoot ma trzy córki, najmilsze dziewczęta pod słońcem. Jedna z nich jest zamężna, druga zaręczona, a trzecia nie może się zdecydować. Nie, pan Honeyfoot musi myśleć o swojej rodzinie. Jego pieniądze mają ściśle określone przeznaczenie.

— Wobec tego z czystym sumieniem złożę panu propozycję! Dlaczego ja nie miałabym udzielić panu pożyczki?

Zdumiony pan Segundus nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

— Bardzo pani uprzejma — wyjąkał w końcu.

— Ależ skąd. — Pani Lennox uśmiechnęła się do niego. — Jeszcze to sprawdzę, ale jeśli magia jest tak popularna, jak pan twierdzi, zyski z pewnością będą spore.

— Ale moje doświadczenie w interesach jest znikome — oświadczył pan Segundus. — Bałbym się popełnić błąd i stracić pani pieniądze. Jestem pani bardzo wdzięczny i z całego serca dziękuję, muszę jednak odmówić.

— Skoro nie podoba się panu wizja zaciągania długu — a wiem, że niektórzy tego nie lubią — łatwo obejść problem. Szkoła będzie moja, wyłącznie moja. Ja poniosę koszty i ryzyko. Pan zostanie dyrektorem, nasze nazwiska wspólnie pojawią się w informatorze. W końcu ten dom znakomicie nadaje się na szkołę dla magów. Jako rezydencja ma sporo wad, lecz jako szkoła mnóstwo zalet. To ustronna okolica, nie urządza się tu większych polowań. Młodzi ludzie raczej nie znajdą okazji ani do nich, ani do hazardu, więc skupią się na nauce.

— Nie wybrałbym młodzieży, która uprawia hazard! — Pan Segundus raz jeszcze się zdziwił.

Pani Lennox uśmiechnęła się do niego.

— Zapewne nigdy nie dał pan swym przyjaciołom najmniejszych powodów do niepokoju poza jednym: że ten niegodziwy świat szybko wykorzysta kogoś tak szlachetnego.

Po obiedzie pan Segundus z obowiązku powrócił do biblioteki i wczesnym wieczorem pożegnał obie damy. Rozstali się w wielkiej przyjaźni, a pani Lennox obiecała, że wkrótce zaprosi pana Segundusa do Bath.

W drodze powrotnej pan Segundus zakazał sobie surowo snucia cudownych planów dotyczących Satysfakcjonującej Pracy i Prawdziwego Szczęścia. Wciąż jednak wyobrażał sobie, jak naucza młodych ludzi, obserwuje ich niesłychane postępy; marzył o odwiedzinach Jonathana Strange’a w szkole i o zachwycie uczniów, gdy odkryją, że ich dyrektor jest przyjacielem i powiernikiem najsłynniejszego maga naszych czasów. Niemal słyszał Strange’a, który mówi do niego: „Doskonale, mój panie. Sam nie zrobiłbym tego lepiej. Dobra robota!”

Do domu dotarł po północy. Ledwie zdołał się powstrzymać od pobiegnięcia do pana Honeyfoota i podzielenia się z nim nowinami. Następnego dnia przybył do domu przyjaciela o bardzo wczesnej godzinie, a gdy powiedział państwu Honeyfootom, co zaszło, rozpływali się w zachwytach. Byli pełni radości, którą Segundus sam bał się okazywać. Pani Honeyfoot wciąż miała w sobie wiele z pensjonarki. Chwyciła męża za ręce i wirowała z nim wokół stołu, chcąc w ten sposób wyrazić radość. Potem złapała za ręce pana Segundusa, a kiedy obaj magowie zaprotestowali przeciwko tańcom, kręciła się sama. Pan Segundus żałował tylko (choć niezbyt głęboko), że państwo Honeyfootowie nie zdumieli się tak, jak tego oczekiwał. Cieszył się w ich oczach tak dobrą opinią, że nie dostrzegli nic niezwykłego w tym, że wielka dama pragnie wyłącznie ze względu na niego założyć szkołę.

— Miała szczęście, że pana znalazła! — oznajmił pan Honeyfoot. — Któż lepiej nadaje się do kierowania szkołą magów? Nikt!

— Poza tym, co zrobiłaby z pieniędzmi? — snuła rozważania pani Honeyfoot. — Biedna, bezdzietna dama.

Pan Honeyfoot był przekonany, że świat stoi otworem przed panem Segundusem. Wrodzony optymizm nie pozwalał mu w to wątpić. Był jednak człowiekiem praktycznym, więc powiedział panu Segundusowi, że popyta o panią Lennox i dowie się, kim jest i czy rzeczywiście jest tak bogata, jak utrzymuje.

Napisali do Bath, do przyjaciela pana Honeyfoota. Na szczęście pani Lennox okazała się wielką damą, nawet jak na Bath, ukochane miejsce ludzi majętnych i ważnych. Urodziła się zamożna i wyszła za mąż za jeszcze bogatszego dżentelmena. Umarł młodo, ona zaś mogła bez przeszkód wykorzystywać swe aktywne usposobienie i bystry umysł. Krótko opłakiwała męża, a później powiększyła fortunę, dobrze inwestując i zarządzając posiadłościami. Słynęła z odwagi i stanowczości, przedsięwzięć charytatywnych i lojalności wobec przyjaciół. Miała domy we wszystkich częściach królestwa, ale zazwyczaj rezydowała w Bath, razem z panią Blake.

Tymczasem pani Lennox również rozpytywała o pana Segundusa. Zasłyszane informacje najwyraźniej ją zadowoliły, gdyż wkrótce zaprosiła go do Bath, gdzie omówili szczegóły dotyczące przyszłej szkoły.

Przez następne miesiące reperowano i modernizowano Starecross Hali. Dach ciekł, dwa kominy były zapchane, część kuchni się zapadła. Pan Segundus przeżył szok, gdy odkrył, ile wszystko kosztuje. Wyliczył sobie, że jeśli nie wyczyści drugiego komina, pozostawi stare wiejskie ławy oraz drewniane krzesła, zamiast kupować nowe meble, oraz ograniczy liczbę sług do trzech, to zaoszczędzi sześćdziesiąt funtów. Wysłał list w tej sprawie i nie czekał długo na odpowiedź od pani Lennox — dama nakazała mu zwiększyć wydatki. Jego uczniowie z dobrych rodzin będą oczekiwali ciepła i wygody. Poradziła mu zatrudnić dziewięciu służących, a do tego lokaja i francuskiego kucharza, całkiem zmienić umeblowanie i zakupić piwniczkę dobrych francuskich win. Sztućce muszą być ze srebra, a serwis od Wedgwooda.

Na początku grudnia pan Segundus otrzymał list z gratulacjami od Jonathana Strange’a, który obiecał na wiosnę przyjechać do Starecross. Niezależnie jednak od dobrych intencji i wysiłków wszystkich pan Segundus nie mógł się pozbyć wrażenia, że szkoła nigdy nie powstanie. Ta myśl wciąż go dręczyła, choć starał się ją wyrzucić z głowy.

Pewnego ranka w połowie grudnia przybył do Starecross Hali i ujrzał jakiegoś człowieka siedzącego na schodkach. Choć nigdy wcześniej go nie widział, natychmiast jednak rozpoznał: było to uosobienie pecha, kres marzeń i nadziei pana Segundusa. Mężczyzna miał na sobie płaszcz o staroświeckim kroju, równie stary i wystrzępiony jak płaszcz pana Segundusa, a na nogach ubłocone buty. Z długimi potarganymi włosami wyglądał jak zwiastun zagłady w kiepskiej sztuce.