— Nie może pan tego zrobić! — powiedział z północnym akcentem nieznajomy.
— Słucham?
— Chodzi o szkołę, proszę pana. Proszę zaniechać tej myśli.
— Co takiego?! — krzyknął pan Segundus, dzielnie udając, że nie wie, iż przybysz mówi nieuchronną prawdę.
— Zna mnie pan i dobrze wie, że kiedy coś powiem, tak musi być — choć obaj możemy się z tym w duchu nie zgadzać.
— Myli się pan — powiedział pan Segundus. — Nie znam pana. Wątpię, czy się kiedykolwiek spotkaliśmy.
— Nazywam się John Childermass, jestem sługą pana Norrella. Rozmawialiśmy niemal dziewięć lat temu przed katedrą w Yorku. Kiedy ograniczał się pan do kilku uczniów, mogłem przymknąć na to oko. Milczałem i pan Norrell nie miał pojęcia, co pan robi. Jednakże prawdziwa szkoła dla dorosłych magów to całkiem inna sprawa. Jest pan zbyt ambitny. On wie, szanowny panie. Wie i pragnie, by pan natychmiast z tym skończył.
— Ale co pan Norrell i jego pragnienia mają ze mną wspólnego? Nie podpisałem umowy. Zapewne nie jest dla pana tajemnicą, że to nie tylko moje przedsięwzięcie. Teraz mam przyjaciół.
— O tak — przytaknął Childermass, lekko rozbawiony. — Pani Lennox to bardzo bogata kobieta, doskonale zna się na interesach. Czy jednak cieszy się przyjaźnią ministrów jak pan Norrell? Czy ma podobne wpływy? Proszę pamiętać o Uczonym Towarzystwie Magów Yorku, drogi panie! Proszę pamiętać, jak się z nimi rozprawił!
Childermass odczekał chwilę, a ponieważ rozmowa najwyraźniej dobiegła końca, odszedł w kierunku stajni. Pięć minut później pokazał się ponownie na dużym brązowym koniu. Pan Segundus ciągle stał w tym samym miejscu, ze skrzyżowanymi ramionami i spojrzeniem utkwionym w bruku.
— Przykro mi, że tak to się kończy — Childermass popatrzył na niego. — Ale chyba nie wszystko stracone? Ten dom nada się przecież na siedzibę innej instytucji. Może na takiego nie wyglądam, ale jestem wykształconym człowiekiem i mam rozliczne znajomości. Proszę wybrać inny rodzaj szkoły, a gdy tylko usłyszę, że jakiś lord lub dama potrzebują stosownej placówki dla swojego potomka, natychmiast ich do pana przyślę.
— Nie chcę innej szkoły! — burknął pan Segundus opryskliwie.
Childermass uśmiechnął się półgębkiem i odjechał.
Pan Segundus udał się do Bath i powiadomił patronkę o problemach. Pani Lennox była bardzo niezadowolona, że jakiś dżentelmen, którego nawet nie zna, uznał za stosowne pouczać ją, co powinna robić. Napisała do pana Norrella pełen oburzenia list. Nie odpowiedział, lecz bankierzy, prawnicy i partnerzy pani Lennox w interesach nagle zaczęli otrzymywać dziwne pisma od znanych sobie ludzi z towarzystwa. Zawierały one liczne skargi na szkołę pana Segundusa. Jeden z tych bankierów, kłótliwy i uparty staruszek, był na tyle nierozsądny, by dziwić się publicznie (w westybulu Izby Gmin), co szkoła dla magów w hrabstwie York ma z nim wspólnego.
W rezultacie kilka osób z towarzystwa, zaprzyjaźnionych z panem Norrellem, natychmiast zrezygnowało z usług jego banku.
Parę dni później pan Segundus siedział w salonie państwa Honeyfootów, z twarzą ukrytą w dłoniach.
— Zupełnie jakby prześladował mnie pech; podtyka mi pod nos nagrody tylko po to, by je raptownie zabrać — rozpaczał.
Pani Honeyfoot cmoknęła współczująco, poklepała go po ramieniu, po czym potępiła pana Norrella tymi samymi słowami, którymi przez ostatnich dziewięć lat potępiała go w obecności pana Segundusa i swojego męża: oświadczyła, że pan Norrell jest bardzo osobliwym dżentelmenem i że nigdy go nie zrozumie.
— Może napisze pan do Strange’a? — powiedział nagle pan Honeyfoot. — On będzie wiedział, co robić.
— Och! — Pan Segundus uniósł wzrok. — Wiem, że panowie Strange i Norrell się rozstali, lecz mimo to nie chciałbym być powodem kłótni między nimi.
— Nonsens! — wykrzyknął pan Honeyfoot. — Nie czytał pan ostatnich numerów „Maga Nowoczesnego”? Właśnie tego pragnie Strange — przykładu magii norelickiej, którą będzie mógł otwarcie zaatakować i w ten sposób zniszczyć cały system. Proszę mi wierzyć, będzie panu zobowiązany. Im więcej o tym myślę, tym bardziej podoba mi się ten plan!
Pan Segundus w końcu ustąpił.
— Tylko skontaktuję się z panią Lennox, a jeśli i ona wyrazi zgodę, zrobię to, co pan sugeruje — powiedział.
Pani Lennox zupełnie nie miała pojęcia o ostatnich wydarzeniach w świecie magii. O Jonathanie Strange’u wiedziała jedynie, że istnieje i że coś go łączy z księciem Wellingtonem. Zapewniła jednak pana Segundusa, że brak sympatii do pana Norrella przemawia na korzyść Strange’a. I tak dwudziestego grudnia pan Segundus wysłał Strange’owi list z informacją o postępowaniu Gilberta Norrella w związku ze szkołą w Starecross Hill.
Niestety, Jonathan Strange nie tylko nie wziął w obronę pana Segundusa, ale nawet nie odpisał.
Rozdział dwudziesty
Strange postanawia napisać książkę
czerwiec–grudzień 1815
Łatwo można sobie wyobrazić, jak ucieszył się pan Norrell na wieść, że po powrocie do Anglii Strange pojechał prosto do Shropshire.
— Na wsi raczej nie opublikuje tych szkodliwych artykułów o magii Króla Kruków — powiedział do Lascellesa.
— Rzeczywiście — przytaknął Lascelles. — Wątpię, by miał na to czas.
Pan Norrell przez chwilę zastanawiał się, cóż to może oznaczać.
— Nie słyszał pan? — ciągnął Lascelles. — Strange pisze książkę. Ciągle wspomina o tym w listach do przyjaciół. Zaczął całkiem niespodziewanie, mniej więcej dwa tygodnie temu, i podobno robi postępy. Wszyscy zresztą wiemy, z jaką łatwością pisze. Obiecał sobie, że księga ta będzie kompendium wiedzy o angielskiej magii. Mówił sir Walterowi, że zapewne nie zdoła się ograniczyć do dwóch tomów. Uważa, że potrzebne będą trzy. Księga ma nosić tytuł Historia i zastosowanie angielskiej magii. Murray obiecał ją opublikować.
Była to chyba najgorsza wiadomość ze wszystkich możliwych. Pan Norrell zawsze sam planował napisać książkę Wstęp do nauki sztuki magicznej. Zaczął nad nią pracować, gdy został nauczycielem pana Strange’a. Jego notatki wypełniały już dwie półki niewielkiego, pełnego książek gabinetu na drugim piętrze. Ciągle jednak odkładał pisanie na daleką przyszłość, gdyż odczuwał całkiem niezrozumiały strach przed przelewaniem wiedzy na papier. Nie wyleczyło go nawet osiem lat bezkrytycznego podziwu całego Londynu. Nikt (poza Strange’em i Childermassem) nie widział jego prywatnych notatek ani dzienników. Pan Norrell uważał, że nie jest jeszcze gotowy na publikację, nie miał pewności, czy dotarł do prawdy. Nie wierzył też, że wystarczająco przemyślał sprawy, i nie wiedział, czy jego wnioski nadają się do zaprezentowania czytelnikom.
Po wyjściu Lascellesa pan Norrell zażądał, by do gabinetu na drugim piętrze przyniesiono srebrne naczynie z czystą wodą.
W Shropshire Strange siedział nad swą książką. Nie uniósł wzroku, lecz nagle uśmiechnął się z lekką drwiną i pomachał palcem w powietrzu, jakby chciał pogrozić jakiejś niewidzialnej istocie. Wszystkie lustra w pokoju Strange’a były odwrócone do ściany i choć pan Norrell spędził kilka godzin nad srebrną misą, niczego się nie dowiedział.
Na początku grudnia Stephen Black czyścił srebra w pokoju na końcu korytarzyka, nieopodal kuchni. Nagle spuścił wzrok i zobaczył, że tasiemki jego fartucha się rozwiązują. Węzełek wcale się nie poluzował (Stephen zawsze wiązał go niezwykle starannie), lecz tasiemki same się rozplątywały, i to w odważny, zdecydowany sposób, jakby — wiedziały, co robią. Następnie zarękawki i rękawiczki do polerowania ześliznęły się z jego przedramion i dłoni, po czym schludnie złożyły się na stole. Potem frak sfrunął z oparcia krzesła i włożył się na Stephena. Na koniec pokoik kamerdynera zniknął.