Stephen znowu zaczął śnić. Tym razem w jego śnie wzgórza wędrowały, a niebo tonęło we łzach. Drzewa przemówiły, zdradzając mu swe sekrety i deklarując przyjaźń lub wrogość. Ważne losy skrywały się w kamykach i zwiędłych liściach. Śnił, że wszystko na świecie ma określone przeznaczenie, ale rozumiał też, że kamienie i rzeki, liście i ogień czasem można przekonać do innych zadań.
Obudził się nad ranem, przynajmniej tak sądził. Światło było rozmyte, wodniste i niesłychanie smutne. Dookoła wznosiły się potężne, szare, ponure wzgórza, a między nimi znajdowały się rozległe moczary. Stephen nigdy wcześniej nie widział krajobrazu, który z takim powodzeniem potrafiłby błyskawicznie wpędzić obserwatora w czarną rozpacz.
— To zapewne jedno z pańskich królestw, tak? — zapytał.
— Moich królestw? — powtórzył zdumiony dżentelmen. — Ależ skąd! To Szkocja!
Dżentelmen nagle zniknął i po chwili pojawił się z naręczem narzędzi. Wśród nich była siekiera i rożen, i trzy przedmioty, których Stephen nigdy wcześniej nie widział. Jeden przypominał motykę, drugi łopatę, a trzeci był bardzo dziwną krzyżówką łopaty i kosy. Dżentelmen wręczył je wszystkie Stephenowi, który przyglądał się im ze zdumieniem.
— Czy są nowe? Tak mocno lśnią…
— No cóż, do magicznego zadania nie można użyć narzędzi ze zwykłego metalu. Zrobiono je ze stopu żywego srebra i blasku gwiazd. A teraz, Stephenie, musisz poszukać kawałka ziemi, na którym nie osiadła rosa. Jeśli tam pokopiemy, z pewnością natrafimy na pniak dębiny torfowej!
W całej dolince trawa i małe kolorowe rośliny z moczarów pokryte były rosą. Na ubraniu Stephena, jego dłoniach, włosach i skórze pojawił się aksamitny szary nalot, a włosy dżentelmena, i tak niezwykłe, dodatkowo rozświetlały miliony błyszczących kropelek wody. Wyglądał, jakby wokół głowy miał wysadzaną klejnotami aureolę.
Dżentelmen przeszedł powoli przez dolinkę ze wzrokiem wbitym w ziemię. Stephen kroczył tuż za nim.
— Ach! — wykrzyknął nagle dżentelmen. — Tutaj! Stephen nie miał pojęcia, skąd on to wiedział.
Stali pośrodku rozległego torfowiska, które wyglądało dokładnie tak samo jak każda inna część dolinki. Nie wyróżniały go żadne drzewo ani głaz. Dżentelmen szedł jednak pewnie przed siebie, aż dotarł do płytkiego wgłębienia. W jego środku widniał podłużny, szeroki pas ziemi wolnej od rosy.
— Kop tutaj, Stephenie!
Dżentelmen okazał się zadziwiająco dobrze poinformowany w kwestii krojenia torfu. Nie ruszył nawet palcem, za to dokładnie instruował Stephena, jak za pomocą jednego z narzędzi zerwać wierzchnią warstwę trawy i mchu, potem innym przyrządem wykroić odpowiedni kawałek torfu i wreszcie, używając trzeciego narzędzia, ten kawałek wydobyć.
Stephen nie przywykł do ciężkiej pracy, więc wkrótce zabrakło mu tchu i czuł ból w każdej części ciała. Na szczęście nie musiał bardzo głęboko kopać, nim natrafił na coś znacznie twardszego niż torf.
— Ach! — wykrzyknął zadowolony dżentelmen. — To właśnie dębina torfowa. Doskonale! Teraz, Stephenie, tnij dokoła.
Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Nawet gdy Stephen wyciął wystarczająco dużo torfu, by całkiem odsłonić dębinę, wciąż bardzo trudno było odróżnić ją od gleby — i jedna, i druga miały czarną barwę, były wilgotne i śliskie. Kopał jeszcze chwilę. Miał dziwne przeczucie, że choć dżentelmen wspomniał jedynie o kłodzie dębiny torfowej, być może w torfie zanurzone było całe drzewo.
— Nie mógłby pan wydobyć tego mocą magii? — spytał Stephen.
— Nie, nie! Ależ skąd! Będę miał wielką prośbę do tego drzewa, więc naszym obowiązkiem jest sprawić, by jego przejście z trzęsawiska do szerokiego świata było jak najłatwiejsze! Weź tę siekierę, Stephenie, i wyrąb mi stosowny pniak. Potem za pomocą rożna i ciośnika wydźwigniemy go na ziemię.
Zajęło im to kolejne trzy godziny. Stephen porąbał drewno do odpowiednich rozmiarów, ale wyciągnięcie go przekraczało możliwości jednego człowieka. Dżentelmen musiał zejść w błotnistą, śmierdzącą dziurę i razem się męczyli. Już po wszystkim, niemal całkowicie wyczerpany, Stephen padł na ziemię, a dżentelmen stał i z wyraźnym ukontentowaniem wpatrywał się w pniak.
— No cóż — powiedział. — Okazało się to o wiele prostsze, niż przypuszczałem.
Stephen nagle odkrył, że ponownie trafili do górnej izby kawiarni Jerozolimskiej. Popatrzył na siebie i na dżentelmena. Ubrania mieli w strzępach, od stóp do głów pokrywało ich błoto. Po raz pierwszy też mógł się dobrze przyjrzeć dębinie torfowej. Była czarna jak smoła, niezwykle gładka i ciekła z niej czarna woda.
— Musi wyschnąć, nim się do czegoś nada — powiedział.
— O nie — oświadczył dżentelmen z promiennym uśmiechem. — Do moich celów potrzebna jest właśnie taka!
Rozdział dwudziesty pierwszy
Dziwna przygoda pana Hydea
grudzień 1815
Pewnego ranka na początku grudnia Jeremy zapukał do drzwi biblioteki Strange’a w Ashfair House i oznajmił, że pan Hyde prosi o chwilę rozmowy.
Strange nie był zachwycony, że mu się przeszkadza. Od czasu przeprowadzki na wieś zagustował w spokoju i samotności niemal tak jak Norrell.
— No dobrze — mruknął.
Napisał jeszcze jeden akapit, sprawdził trzy lub cztery rzeczy w biografii Valentine’a Greatrakesa, osuszył bibułką tekst, poprawił błędy w pisowni, znowu osuszył całość, po czym udał się do salonu.
Przy kominku siedział samotnie pewien dżentelmen i z zadumą wpatrywał się w ogień. Był dziarskim pięćdziesięciolatkiem w skromnym stroju i obuwiu. Na stoliku obok stał kieliszek wina i talerzyk herbatników. Najwyraźniej Jeremy doszedł do wniosku, że gość czeka dość długo i potrzebuje wzmocnienia.
Pan Hyde i Jonathan Strange byli sąsiadami przez całe życie, jednak różnice w majątku i upodobaniach sprawiły, że ich stosunki nigdy nie wyszły poza zwykłą uprzejmość. Dziś spotkali się po raz pierwszy od momentu, gdy Strange został magiem. Uścisnęli sobie dłonie.
— Zapewne zastanawia się pan, co mnie sprowadza do pana w taką pogodę — zaczął pan Hyde.
— Pogodę?
— Tak. Jest bardzo brzydko.
Strange wyjrzał przez okno. Wysokie wzgórza wokół Ashfair oraz drzewa przed domem pokrywał śnieg. Nawet powietrze wydawało się białe od mrozu i mgły.
— Rzeczywiście. Nie zauważyłem. Nie opuszczałem domu od niedzieli.
— Pański sługa wspominał, że jest pan bardzo zajęty. Proszę wybaczyć, że przeszkadzam, muszę jednak donieść panu o sprawie nie cierpiącej zwłoki.
— Och, nie ma potrzeby się tłumaczyć. Jak tam… — Strange urwał i usiłował sobie przypomnieć, czy pan Hyde ma żonę, dzieci, braci, siostry lub przyjaciół. Odkrył, że zupełnie nic mu nie wiadomo na ten temat. — …pańska farma? Jeśli dobrze pamiętam, leży w Aston.
— Bliżej Clunbury.
— Clunbury. Tak.
— Wszystko w porządku, poza jedną niepokojącą rzeczą, która wydarzyła się trzy dni temu. Zastanawiałem się długo, czy przyjść do pana i o tym porozmawiać. Prosiłem o radę przyjaciół i żonę — doszliśmy do wniosku, że powinienem panu powiedzieć, co zobaczyłem. Trzy dni temu miałem sprawę do załatwienia po walijskiej stronie granicy. Z Davidem Evansem, zapewne pan go zna?