Выбрать главу

Kapitan Ayrton zmarszczył brwi i żądał, by wyjaśnili, skąd wiedzieli, że jest dziewiąta, skoro w przeciwieństwie do pana Hyde’a żaden z nich nie dysponował zegarkiem. Oakley odparł, że musiała być dziewiąta, gdyż dobiegło ich bicie dzwonów z kościoła St George w Clun. Bullbridge powiedział jednak, że to niemożliwe, gdyż słyszał wiele dzwonów, a w St George mają tylko jeden. Jego zdaniem był to smutny dźwięk, dzwony biły na pogrzeb. Poproszony o wyjaśnienia, nie potrafił wytłumaczyć, skąd mu to przyszło do głowy.

Inne szczegóły się zgadzały. Tym razem nie było żadnych nonsensów na temat czarnych sukien. Wszyscy trzej mężczyźni zgodzili się, że Arabella miała na sobie białą suknię i szła żwawym krokiem. Żaden z nich nie widział jej twarzy.

Kapitan Ayrton wyznaczył do przeszukiwania lasów cztero — i pięcioosobowe grupy mężczyzn. Kobietom nakazał znalezienie latarni i ciepłych ubrań, wysłał też jeźdźców na wysokie wzgórza wokół Castle Idris. Ich dowódcą ustanowił pana Hyde’a, który był z tego bardzo zadowolony. Dziesięć minut po tym, jak Oakley i Bullbridge zakończyli swą relację, wszyscy się rozeszli. Szukali do zmroku, ale zapadł on wcześnie — do przesilenia zimowego brakowało zaledwie pięciu dni. O trzeciej po południu zaczęło zmierzchać, o czwartej było już całkiem ciemno.

Ekipy poszukiwawcze wróciły do domu Strange’a, gdzie kapitan Ayrton zamierzał podsumować dotychczasowe działania i ustalić dalszą strategię. Przybyło również kilka pań z sąsiedztwa. Usiłowały czekać we własnych domach na nowiny o losie pani Strange, ale doszły do wniosku, że to zbyt męczące. Wyruszyły więc do Ashfair — jak twierdziły, na wypadek gdyby okazały się potrzebne, ale przede wszystkim po to, by czerpać pociechę z towarzystwa sąsiadek.

Ostatni zjawili się Strange i Jeremy Johns. Przyszli w ubłoconych butach prosto ze stajni. Strange był śmiertelnie blady, miał podkrążone oczy. Wyglądał i poruszał się jak lunatyk. Pewnie nawet by nie usiadł, gdyby Jeremy Johns nie popchnął go na krzesło.

Kapitan Ayrton rozłożył na stole mapy i zaczął przepytywać każdą ekipę poszukiwawczą, gdzie była i co znalazła — ale ani jedna nie natrafiła na żaden ślad.

Wszyscy obecni popatrzyli na starannie wyrysowane linie i słowa wypisane na mapie. Pomyśleli o pokrytych lodem stawach i rzekach, cichych lasach, zamarzniętych rowach, wysokich nagich wzgórzach… Pomyśleli też, że w tym roku zdechło wiele owiec i bydła.

— Chyba obudziłem się w nocy… — rozległ się nagle zachrypnięty głos.

Wszyscy rozejrzeli się dookoła.

Strange ciągle siedział na krześle, na którym posadził go Jeremy. Ręce zwisały mu po bokach, wpatrywał się w podłogę.

— Chyba obudziłem się w nocy. Nie wiem dokładnie, o której. Arabella siedziała w nogach łoża. Ubrana.

— Wcześniej pan tego nie mówił — zauważył pan Hyde.

— Bo nie pamiętałem. Myślałem, że mi się to śniło.

— Nie rozumiem — wtrącił kapitan Ayrton. — Chce pan powiedzieć, że pani Strange mogła opuścić dom nocą?

Strange gorączkowo szukał odpowiedzi na to całkiem rozsądne pytanie, ale bez powodzenia.

— Z pewnością się pan orientuje, czy była tu rankiem, czy też nie? — zapytał pan Hyde.

— Była. Naturalnie, że była. To idiotyczne, żeby… Przynajmniej — Strange umilkł. — Chciałem powiedzieć, że wstając, myślałem o książce, a w pokoju było ciemno.

Kilkoro obecnych pomyślało, że jeśli nawet Jonathan Strange nie zaniedbuje wszystkich mężowskich obowiązków, to przynajmniej jest dziwnie mało spostrzegawczy. Patrzyli na niego z powątpiewaniem, zastanawiając się, dlaczego pozornie oddana żona nagle ucieka w taką pogodę. Czyżby powodem były okrutne słowa jej męża?

Jego gwałtowne usposobienie? Potworne widoki towarzyszące pracy maga — duchy, demony, okropieństwa? Niespodziewane odkrycie, że ma gdzieś kochankę i pół tuzina nieślubnych dzieci?

Nagle w westybulu rozległ się wrzask. Potem nikt już nie potrafił powiedzieć, kto krzyczał. Kilkoro sąsiadów Strange’a, tych znajdujących się najbliżej drzwi, poszło sprawdzić, co się dzieje. Ich wrzaski wywabiły z pokoju resztę ludzi.

Początkowo westybul był całkiem ciemny, ale po chwili przeniesiono świece i wszyscy zobaczyli postać stojącą u stóp schodów.

Była to Arabella.

Henry rzucił się ku siostrze, by ją wyściskać. Pan Hyde i pani Ayrton powiedzieli, że bardzo się cieszą na jej widok. Inni wyrazili zdumienie i informowali każdego, kto chciał słuchać, iż nie mieli pojęcia ojej obecności. Otoczyło ją kilka dam i pokojówek, zadając pytania: Czy coś się jej stało? Gdzie była? Czy zabłądziła? Czy coś ją zasmuciło?

I tak, jak to czasem bywa, kilka osób jednocześnie zdało sobie sprawę z pewnej dziwnej rzeczy: Strange nic nie powiedział, nie wykonał żadnego ruchu. Ona również do niego nie przemówiła ani nie podeszła. Mag stał i patrzył w milczeniu na żonę.

— Dobry Boże, Arabello! — wykrzyknął nagle. — Co ty włożyłaś?

Nawet w wątłym, migotliwym blasku świec było oczywiste, że Arabella ma na sobie czarną suknię.

Rozdział dwudziesty drugi

Arabella

grudzień 1815

— Musiała pani przemarznąć do szpiku kości! — oznajmiła pani Ayrton, ujmując dłoń Arabelli. — Moja droga! Jest pani zimna jak lód.

Inna dama pospieszyła do salonu po jeden z szalów Arabelli. Był to niebieski hinduski kaszmir oblamowany złotą i różową nicią. Kiedy pani Ayrton otuliła nim Arabellę, okazało się, że piękna tkanina na czarnej sukni prezentuje się wyjątkowo nieciekawie.

Arabella splotła dłonie na brzuchu i patrzyła na wszystkich ze spokojną, obojętną miną. Nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć na uprzejme pytania. Nie wydawała się ani zdumiona, ani zakłopotana obecnością tylu osób w domu.

— Gdzieś ty była? — zapytał Strange.

— Na spacerze — odparła zupełnie normalnym głosem.

— Na spacerze?! Arabello, oszalałaś? Spacer w śniegu po pas? Gdzie?

— W ciemnych lasach wśród mych pogrążonych we śnie sióstr i braci. Na wysokich wrzosowiskach wśród słodko pachnących duchów mych dawno zmarłych sióstr i braci. Pod szarym niebem, gdzie narodzą się sny i szepty moich sióstr i braci.

— Co? — Strange gapił się na nią.

To subtelne pytanie sprawiło, że zamilkła na dobre (czemu nikt się nie dziwił). Co najmniej jedna dama doszła do wniosku, że to mężowska szorstkość była przyczyną milczenia i dziwnych odpowiedzi Arabelli.

Pani Ayrton łagodnie objęła Arabellę i delikatnie popchnęła ją ku schodom.

— Pani Strange jest zmęczona — powiedziała stanowczo. — Chodźmy, moja droga, pójdziemy do…

— O nie! — przerwał Strange. — Jeszcze nie. Chcę wiedzieć, skąd się wzięła ta suknia. Bardzo panią przepraszam, ale jestem zdecydowany…

Ruszył ku nim, lecz nagle się zatrzymał. Popatrzył ze zdumieniem na podłogę. Potem starannie ominął jakąś przeszkodę.

— Jeremy! Skąd się wzięła ta woda? W miejscu, w którym stała pani Strange?

Jeremy Johns przybliżył świecę do stóp schodów. Była tam spora kałuża. Potem i on, i Strange popatrzyli na sufit i ściany. Problemem zainteresowali się inni służący oraz dżentelmeni, a tymczasem pani Ayrton i reszta pań dyskretnie zaprowadziły Arabellę na górę.

Westybul Ashfair był równie staroświecki jak reszta domu, wyłożony kremowym wiązem. Podłogę ułożono z brukowych kamieni. Któryś służący uznał, że woda wydobywa się właśnie spod nich, więc przyniósł pogrzebacz, by je podważyć. Chciał udowodnić, że jeden się obluzował. Nawet nie drgnęły. Nikt nie miał pojęcia, skąd się wzięła woda. Ktoś zasugerował, że może z sierści dwóch psów kapitana Ayrtona, więc je dokładnie obejrzano. Były całkiem suche.