Выбрать главу

Rozciągał się przed nim posępny krajobraz. Widział go bardzo wyraźnie, jakby dobrze znał to miejsce lub widywał ten obraz codziennie przez całe lata. Brunatne puste pola i ruiny budynków pod smutnym szarym niebem…

…czy mosty na Stour i Orwell wytrzymają o wiele gwałtowniejszy napór wody, której poziom z pewnością się podniesie podczas intensywnych opadów. Pan Leeves zaleca natychmiastową i dokładną inspekcję mostów, młynów i brodów w Suffolku, od Stour i Orwell począwszy. Mówiono mi, że pisał już do Waszej Lordowskiej Mości w tej sprawie…

Już nie tylko myślał o pejzażu. Wydawało mu się, że właśnie doń trafił. Stał na pokrytej koleinami wiekowej drodze, która wiła się po czarnym wzgórzu ku niebu. Na wzgórzu zbierało się wielkie stado czarnych ptaków…

…Pan Norrell odmówił wydania gwarancji trwałości zaklęć. Jego zdaniem przetrwają one równie długo jak same rzeki, choć pan Norrell prosi Waszą Lordowską Mość o pozwolenie na skontrolowanie zaklęć za dwadzieścia lat. W następny wtorek zamierza użyć tej samej magii w hrabstwie Norfolk…

Ptaki były niczym czarne litery na szarym niebie. Pomyślał, że za moment zrozumie, co oznacza to pismo. Kamienie na starej drodze były symbolami przepowiadającymi drogę wędrowca.

Childermass drgnął, zaniepokojony. Pióro wypadło mu z ręki, a atrament poplamił list.

Rozejrzał się, zdezorientowany. Chyba nie śnił. Widział wszystkie dobrze mu znane przedmioty: półki pełne książek, zwierciadło, kałamarz, przybory do kominka, porcelanową figurkę Martina Pale’a. Nie ufał już jednak własnym zmysłom. Nie wierzył, że książki, lustra, porcelanowa figurka naprawdę się tutaj znajdują. Czuł, że to wszystko jest jak bibuła, że gdyby ją rozdarł, znalazłby pod nią zimne pustkowie.

Brunatne pola byty częściowo zalane. Pokrywały je łańcuszki lodowatych szarych kałuż. Ich układ na polach miał znaczenie. Kałuże zostały wypisane przez deszcz. Były magią deszczu, tak jak stado czarnych ptaków było zaklęciem rzuconym przez niebo, a ruch szaro-brązowych traw zaklęciem wiatru. Wszystko miało ukryte znaczenie.

Childermass zerwał się od biurka i zadrżał. Obiegł cały pokój i zadzwonił po służącego, ale magia ponownie dała mu się we znaki. Gdy przyszedł Lucas, Childermass nie wiedział już, czy przebywa w bibliotece pana Norrella, czy też stoi na starej drodze…

Gwałtownie pokręcił głową i kilkakrotnie zamrugał.

— Gdzie pan Norrell? — zapytał. — Coś się nie zgadza.

— Proszę pana? — Lucas patrzył na niego z niepokojem. — Jest pan chory?

— Nieważne. Gdzie pan Norrell?

— W admiralicji. Myślałem, że pan wie. Przed godziną przyjechała kareta. Sądzę, że niedługo wróci.

— Nie, to niemożliwe — odparł Childermass. — Nie mógł wyjść. Na pewno nie czaruje na górze?

— Na pewno nie, proszę pana. Widziałem, jak odjeżdża kareta z panem Norrellem. Poślę Matthew po medyka. Wygląda pan bardzo niezdrowo.

Childermass otworzył usta, by zaprotestować, że wcale nie jest chory, ale w tej samej chwili…

… niebo spojrzało na niego. Ziemia wzruszyła ramionami, gdyż poczuła go na swym grzbiecie.

Niebo przemówiło.

Nigdy wcześniej nie słyszał tego języka. Nawet nie był pewien, czy to słowa. Zapewne przemówiło do niego czarnym pismem stworzonym przez ptaki. Był mały, bezbronny, nie mógł uciekać. Uwiązł pomiędzy ziemią a niebem, jakby zamknięty w dwóch dłoniach. Mogły go zmiażdżyć, gdyby tylko chciały.

Niebo znowu przemówiło.

— Nie rozumiem — odparł.

Zamrugał oczyma i zobaczył nad sobą Lucasa. Childermass oddychał z trudem. Wyciągnął rękę, dotknęła czegoś u jego boku. Odwrócił głowę i ze zdumieniem ujrzał nogę krzesła. Leżał na podłodze.

— Co…? — zaczął.

— Jest pan w bibliotece — wyjaśnił Lucas. — Chyba pan zemdlał.

— Pomóż mi wstać. Muszę porozmawiać z Norrellem.

— Mówiłem już panu…

— Nie, mylisz się — przerwał Childermass. — Musi tu być. Musi. Prowadź mnie na górę.

Lucas pomógł mu wyjść z pomieszczenia, ale kiedy dotarli do schodów, Childermass ponownie omal nie zemdlał. Lucas zawołał Matthew, drugiego lokaja, i razem na wpół zanieśli, na wpół zawlekli Childermassa do małego gabinetu na drugim piętrze, gdzie pan Norrell odprawiał swą najbardziej sekretną magię.

Lucas otworzył drzwi. W pokoju płonął ogień. Pióra, nożyki do piór, obsadki spoczywały na niewielkiej tacy, kałamarz był pełen i zamknięty srebrnym korkiem. Książki i notatniki leżały w schludnych kupkach albo stały na półkach. Wszystko odkurzono i wypolerowano. Najwyraźniej pan Norrell nie wchodził tu dzisiejszego ranka.

Childermass odepchnął lokajów i w zdumieniu oglądał pokój.

— Widzi pan? — spytał Lucas. — Tak jak mówiłem. Pan przebywa w admiralicji.

— Tak — powiedział Childermass.

To nie miało sensu. Jeśli nie Norrell był autorem tej dziwnej magii, to kto?

— Czy Strange tu był? — zapytał.

— Ależ skąd! — odparł Lucas z oburzeniem. — Zbyt dobrze znam swoje obowiązki, nie wpuściłbym pana Strange’a do domu. Nadal dziwnie pan wygląda. Proszę mi pozwolić posłać po medyka.

— Nie, nie. Już mi lepiej. Znacznie lepiej. Pomóż mi usiąść. — Childermass z westchnieniem opadł na krzesło. — Na co się obaj gapicie, u licha? — Niecierpliwie machnął ręką. — Matthew, brak ci zajęć? Lucas, przynieś szklankę wody.

Wciąż był oszołomiony i kręciło mu się w głowie, ale mdłości ustąpiły. Dobrze przypominał sobie krajobraz, utrwalił się w jego umyśle. Wyczuwał jego pustkę, jego nieziemskość, ale już nie przerażało go, że się w nim zgubi. Mógł myśleć.

Lucas powrócił z tacą, na której stał kieliszek do wina i karafka z wodą. Nalał wody do kieliszka.

Childermass znał pewne zaklęcie, które odkrywało magię. Nie mówiło, co to za magia ani kto ją odprawia; po prostu pozwalało rozpoznać, czy w pobliżu ktoś ją stosuje.

Przynajmniej tak brzmiała teoria. Childermass wypróbował je tylko raz, nic wtedy nie zaszło, nie wiedział zatem, czy zadziałało.

— Nalej jeszcze wody — nakazał Lucasowi. Lucas wypełnił polecenie.

Childermass nie opróżnił kieliszka. Wymamrotał do niego kilka słów, potem podniósł go do światła i obejrzał przez szkło wszystkie kąty pokoju.

Nic.

— Nawet nie wiem, czego szukam — mruknął i rzucił do Lucasa: — Podejdź, potrzebna mi twoja pomoc.

Wrócili do biblioteki. Childermass znowu uniósł kieliszek, wypowiedział zaklęcie i ponownie się rozejrzał.

Nic.

Podszedł do okna. Wydawało mu się, że dojrzał na dnie kieliszka coś, co wyglądało jak perła białego światła.

— To jest na placu — powiedział.

— Co jest na placu? — zainteresował się Lucas. Childermass nie odpowiedział. Zamiast tego wyjrzał przez okno. Kocie łby na Hanover Square pokrył śnieg. Czarne balustrady, które ogradzały środkową część placu, wyraźnie odcinały się od bieli. Śnieg wciąż padał, wiał silny wiatr, mimo to na dole znajdowało się kilka osób. Było powszechnie wiadomo, że pan Norrell mieszka na Hanover Square, więc mnóstwo ludzi przychodziło tu w nadziei, że go zobaczą. Teraz również jakiś dżentelmen i dwie młode damy (bez wątpienia fanatycy magii) stali przed domem, patrząc nań z zainteresowaniem. Nieco dalej ciemnowłosy młodzieniec opierał się o barierki. Obok niego stał sprzedawca atramentu w podartym paltocie i z beczułką inkaustu na plecach. Po prawej Childermass ujrzał jakąś kobietę. Odwrócona plecami do domu, szła powoli ku Hanover Street, ale Childermass odniósł wrażenie, że przed chwilą znajdowała się wśród gapiów. Była w modnej i drogiej ciemnozielonej pelisie zdobionej gronostajami, a ręce ukryła w obszernej mufce z takiego samego futra.