Childermass dobrze znał sprzedawcę atramentu, często się u niego zaopatrywał.
Wszyscy inni byli mu obcy.
— Rozpoznajesz kogoś? — zapytał.
— Tego o ciemnych włosach. — Lucas wskazał młodzieńca opartego o barierki. — To Frederick Marston. Był tu kilka razy prosić, by pan Norrell przyjął go na ucznia, ale nasz pan nie chciał go widzieć.
— Tak. Chyba mi o nim wspominałeś. — Childermass jeszcze przez chwilę przyglądał się ludziom na placu, po czym powiedział: — Choć wydaje się to zupełnie nieprawdopodobne, ktoś z nich czaruje. Muszę zejść i to sprawdzić. Chodź. Nie dam sobie rady bez ciebie.
Na placu działanie magii było jeszcze silniej wyczuwalne. W głowie Childermassa zabił smutny dzwon. Za zasłoną śniegu oba światy migotały na przemian jak obrazy w magicznej latarni — w jednej chwili Hanover Square, w następnej posępne pola i czarne pismo na niebie.
Childermass wyciągnął kieliszek, by wypowiedzieć słowa zaklęcia, ale nie było takiej potrzeby. Szkło zalśniło miękkim białym światłem, najjaśniejszym w tym zimowym dniu. Było ono czystsze niż światło jakiejkolwiek lampy — rzucało przy tym dziwne cienie na twarze Childermassa i Lucasa.
Niebo przemówiło do niego raz jeszcze. Tym razem uznał, że to pytanie. Od jego odpowiedzi zależało bardzo wiele. Gdyby tylko rozumiał, czego od niego chcą, i znalazł właściwe słowa odpowiedzi, coś by się okazało — coś, co na zawsze zmieniłoby angielską magię, coś, czego Strange i Norrell nawet nie podejrzewali.
Przez długą chwilę usiłował zrozumieć. Język czy zaklęcie wydawało się teraz zwodniczo znajome. Pomyślał, że lada chwila wszystko pojmie. W końcu świat przemawiał do niego przez całe życie — tyle że wcześniej tego nie dostrzegał…
Lucas coś mówił. Childermass musiał ponownie zasłabnąć, bo uświadomił sobie, że lokaj go podtrzymuje i stawia na nogi. Kieliszek leżał strzaskany na bruku, białe światło rozlało się na śniegu.
— …bardzo dziwne — oznajmił Lucas. — O tak, proszę pana. Proszę się wyprostować. Nigdy nie widziałem pana w takim stanie. Na pewno nie chce pan wrócić do domu? O, jest pan Norrell. Będzie wiedział, co robić.
Childermass spojrzał w prawo. Kareta pana Norrella właśnie wjeżdżała na plac od strony George Street.
Sprzedawca atramentu też ją dostrzegł. Natychmiast podszedł do dżentelmena i obu młodych dam. Ukłonił się im z szacunkiem i przemówił do mężczyzny, a wtedy cała trójka odwróciła głowy i spojrzała na powóz. Dżentelmen sięgnął do kieszeni i wręczył sprzedawcy atramentu monetę. Sprzedawca raz jeszcze złożył im ukłon i odszedł.
Pan Marston, ciemnowłosy młodzian, także rozpoznał karetę pana Norrella. Na jej widok oderwał się od barierek i ruszył przed siebie.
Nawet dama w modnym stroju zawróciła i szła teraz ku nim, zapewne z zamiarem zerknięcia na pierwszego maga Anglii.
Kareta stanęła pod domem. Lokaj zszedł z kozła i otworzył drzwi. Pan Norrell wysiadł. Był tak okutany szalami, że jego drobna sylwetka wydawała się niemal barczysta. Natychmiast zatrzymał go pan Marston i zaczął coś mówić. Pan Norrell pokręcił głową i niecierpliwie machnął ręką.
Dama w modnym stroju minęła Childermassa i Lucasa. Była bardzo blada i poważna. Childermass pomyślał, że ludzie, których interesują tego typu sprawy, zapewne uważają ją za przystojną. Teraz jednak, gdy dokładniej jej się przyjrzał, zdało mu się, że ją zna.
— Lucas — mruknął. — Kim jest ta kobieta?
— Przykro mi, proszę pana, chyba nigdy jej nie widziałem.
Pan Marston był coraz natarczywszy, pan Norrell coraz bardziej się złościł. Rozejrzał się dookoła i ujrzawszy w pobliżu Lucasa i Childermassa, skinął na nich.
Właśnie w tej samej chwili dama w modnym stroju zrobiła krok ku panu Norrellowi.
Przez chwilę wydawało się, że przemówi do niego, ale nie to było jej zamiarem. Wyjęła z mufki pistolet i z zimną krwią wycelowała w serce maga.
Obaj panowie, Norrell i Marston, gapili się na nią.
Wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Lucas puścił Childermassa, który runął jak kamień na ziemię, i ruszył na pomoc swemu panu. Pan Marston chwycił damę w pasie. Davey, stangret pana Norrella, zeskoczył z kozła i złapał ją za rękę, w której trzymała pistolet.
Childermass leżał w śniegu, wśród szkła. Widział, jak kobieta z niezwykłą łatwością oswobadza się z uścisku pana Marstona. Popchnęła go na ziemię z taką siłą, że już nie wstał. Drobną dłoń w rękawiczce przyłożyła do piersi Davey’a i stangret poleciał kilka metrów do tyłu. Lokaj pana Norrella, ten, który otworzył drzwi karety, usiłował ją obalić, ale jego cios nie zrobił na niej najmniejszego wrażenia. Przyłożyła dłoń do jego twarzy. Wydawało się, że to najlżejszy dotyk na świecie, ale lokaj osunął się na bruk. Lucasa zdzieliła pistoletem.
Childermass niewiele z tego rozumiał. Zdołał wstać i przejść kilka metrów, lecz nie wiedział, czy wędruje po bruku Hanover Square, czy też starej drodze w Faerie.
Pan Norrell wpatrywał się w damę zbyt przerażony, by krzyknąć czy uciec.
Childermass dotknął kobiety pojednawczym gestem.
— Proszę pani… — zaczął.
Nawet na niego nie spojrzała.
Białe, padające z nieba płatki go rozpraszały. Mimo wysiłku nie mógł pozostać na Hanover Square. Nieziemski pejzaż go wzywał. Pan Norrell miał zginąć, a on nie mógł temu zapobiec.
I wtedy zdarzyła się dziwna rzecz.
I wtedy zdarzyła się dziwna rzecz. Hanover Sguare zniknął. Pan Norrell, Lucas i cała reszta również.
Dama jednak pozostała.
Patrzyła na niego, stojąc na starej drodze, pod niebem pełnym kłębiących się i niespokojnych czarnych ptaków. Uniosła pistolet i wycelowała z Faerie do Anglii, wprost w serce pana Norrella.
— Proszę pani — powiedział Childermass ponownie.
Popatrzyła na niego z zimną, żarliwą furią w oczach. Żadne na świecie słowa nie mogły jej powstrzymać, ani na tym świecie, ani na innym. Zrobił zatem jedyną rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Chwycił za lufę pistoletu.
Rozległ się wystrzał, nieprawdopodobnie głośny.
Childermass pomyślał, że to właśnie huk wystrzału wepchnął go na powrót do Anglii.
Teraz ni to siedział, ni to leżał na Hanover Square, plecami do stopni karety. Zastanawiał się, gdzie jest Norrell i czy już nie żyje. Pomyślał, że powinien to sprawdzić, ale uświadomił sobie, że niewiele go to obchodzi, więc pozostał na miejscu.
Dopiero po przybyciu chirurga zrozumiał, że dama faktycznie kogoś postrzeliła i że tym kimś jest właśnie on.
Reszta dnia i większa część następnego upłynęły mu w bólu i na snach wywołanych opiatami. Czasem Childermass myślał, że stoi na starej drodze pod mówiącym niebem, ale to Lucas opowiadał mu o pannach z fraucymeru i wiadrach na węgiel. Na niebie rozpięto linę akrobatyczną, po której wędrował tłum ludzi. Byli wśród nich Strange i Norrell, każdy ze stosikiem książek w rękach. Childermass widział tam też wydawcę Johna Murraya, Vinculusa i wielu innych. Czasem ból w ramieniu uciekał, biegał po drodze i się ukrywał. Kiedy tak się działo, Childermass myślał, że ból zamienił się w małe zwierzątko. A ponieważ nikt nie był tego świadom, uznał, że powinien się podzielić tą informacją z innymi, żeby mogli zwierzątko wypędzić. Czasami je widział; miało futerko koloru płomienia, bardziej jaskrawe niż lis…