Wieczorem drugiego dnia leżał w łóżku już jako tako zorientowany, kim jest, gdzie przebywa i co zaszło. Około siódmej wieczorem do pokoju wszedł Lucas z krzesłem z jadalni. Ustawił je przy łóżku. Po chwili nadszedł pan Norrell i usiadł na krześle.
Przez kilka minut nic nie mówił, jedynie z niepokojem wpatrywał się w narzutę. Potem wymamrotał pytanie. Childermass nie dosłyszał, ale naturalnie założył, że pan Norrell pyta go o zdrowie, zaczął zatem tłumaczyć, że lada dzień mu się poprawi.
— Dlaczego rzuciłeś Oko Belasisa? — przerwał mu ostro pan Norrell.
— Co?
— Lucas powiedział, że czarowałeś — wyjaśnił pan Norrell. — Opisał mi, jak. Natychmiast rozpoznałem Oko Belasisa. — Zerknął podejrzliwie na dysponenta. — Dlaczego je rzuciłeś? I co ważniejsze, gdzie, u licha, się tego nauczyłeś? Jak mam pracować, skoro wciąż jestem zdradzany? Zdumiewa mnie, że w ogóle zdołałem cokolwiek osiągnąć, skoro otaczają mnie słudzy uczący się zaklęć za moimi plecami i uczniowie stawiający sobie za cel zniweczenie wszystkich moich sukcesów.
Childermass popatrzył na niego z lekką irytacją.
— Sam mnie go pan nauczył.
— Ja?! — wykrzyknął pan Norrell, a jego głos był o kilka tonów wyższy niż zwykle.
— Zanim przyjechał pan do Londynu, w czasach, gdy przesiadywał pan w bibliotece w Hurtfew, a ja jeździłem po kraju i skupowałem dla pana cenne księgi. Nauczył mnie pan tego zaklęcia na wypadek, gdybym natknął się na kogoś, kto będzie się podawał za praktykującego maga. Obawiał się pan, że jakiś inny mag mógłby…
— Tak, tak — przerwał pan Norrell niecierpliwie. — Teraz pamiętam. Ale to nie wyjaśnia, po co wczorajszego ranka rzuciłeś to zaklęcie na placu.
— Bo wszędzie odczuwało się działanie magii.
— Lucas niczego nie zauważył.
— To nie należy do jego obowiązków, tylko do moich. To najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem. Wydawało mi się, że jestem zupełnie gdzie indziej. Sądzę, że przez chwilę groziło mi prawdziwe niebezpieczeństwo. Nie bardzo wiem, co to było za miejsce. Z pewnością nie w Anglii. Miało kilka dziwnych cech, zaraz je panu opiszę. To było chyba Faerie. Jakie zaklęcia dają taki rezultat? Skąd pochodziły? Czy ta kobieta mogła być magiem?
— Która kobieta?
— Ta, która mnie postrzeliła. Pan Norrell mruknął z irytacją.
— Kula zraniła cię dotkliwiej, niż przypuszczałem — powiedział lekceważąco. — Czy gdyby ta kobieta była wielkim magiem, poradziłbyś sobie z nią tak łatwo? Na placu nie było maga. A już ona z pewnością nim nie jest.
— Więc któż to taki?
Pan Norrell przez chwilę milczał.
— Żona sir Waltera Pole’a — odparł w końcu. — Dama, którą sprowadziłem z krainy umarłych.
Teraz zamilkł Childermass.
— Zdumiewa mnie pan! — wykrztusił po chwili. — Przychodzi mi na myśl kilka osób, które miałyby powód mierzyć do pana z pistoletu, ale za nic nie potrafię zrozumieć, czemu ta kobieta jest jedną z nich.
— Mówiono mi, że jest szalona — mruknął pan Norrell. — Uciekła ludziom, którzy mieli jej strzec, i przybyła tu, by mnie zabić. Zgodzisz się chyba ze mną, że to dowód szaleństwa. — Małe oczka maga wpatrywały się w przestrzeń. — W końcu każdy wie, że jestem jej dobroczyńcą.
Childermass prawie go nie słuchał.
— Skąd wzięła pistolet? Sir Walter to rozsądny człowiek. Trudno mi wierzyć, że zostawił broń na wierzchu.
— To był pistolet do pojedynków, jeden z dwóch należących do sir Waltera. Trzyma je w zamkniętej szkatułce w zamkniętej szufladzie biurka w gabinecie. Mówi, że mógłby przysiąc, iż nic o nich nie wiedziała. Skąd wzięła klucz — oba klucze — jest zagadką dla wszystkich.
— A dla mnie nie. Żony, nawet te szalone, potrafią wyciągnąć od męża wszystko, czego pragną…
— Ale sir Walter nie miał tych kluczy. To właśnie najdziwniejsze. Te pistolety to jedyna broń w domu, a sir Walter bardzo dbał o bezpieczeństwo żony i swej własności, gdyż często bywa nieobecny. Klucze miał kamerdyner — ten wysoki czarnoskóry mężczyzna, na pewno wiesz, o kogo mi chodzi. Sir Walter nie rozumie, jak mógł popełnić taki błąd. Twierdzi, że ten kamerdyner to najbardziej solidny i godny zaufania człowiek pod słońcem. Rzecz jasna, nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę myśli sobie służba — ciągnął pan Norrell beztrosko, zapominając najwyraźniej, z kim rozmawia. — Trudno jednak zakładać, że ten kamerdyner ma coś przeciwko mnie. Nigdy w życiu nie zamieniłem z nim słowa. Oczywiście mógłbym wnieść oskarżenie przeciwko lady Pole. Wczoraj byłem nawet gotów to zrobić. Kilka osób uświadomiło mi jednak, że muszę wziąć pod uwagę dobro sir Waltera. Twierdzą tak zarówno lord Liverpool, jak i pan Lascelles. Moim zdaniem mają rację. Sir Walter to przyjaciel angielskiej magii. Nie mogę mu dawać powodu do tego, by kiedykolwiek żałował swej przyjaźni ze mną. Obiecał mi solennie, że jego żona zostanie umieszczona w jakimś odległym zakładzie, gdzie nie będzie nikogo widywała ani też nikt nie będzie widywał jej.
Pan Norrell nie zadał sobie trudu, by zapytać Childermassa o zdanie w tym względzie. Było jasne, że pan Norrell uważał się za ofiarę, mimo iż to Childermass leżał w łóżku osłabiony z bólu i utraty krwi, a obrażenia pana Norrella sprowadzały się do lekkiego bólu głowy i rozcięcia na palcu.
— Więc kto rzucał zaklęcia? — spytał Childermass.
— Ja, naturalnie! — odparł pan Norrell ze złością. — A niby kto? To magia, której użyłem, żeby przywrócić lady Pole do życia. To odczułeś i to ujawniło Oko Belasisa. Ponieważ zaklęcie rzuciłem na początku mojej kariery, przyznaję, że przez pewne nieprawidłowości skutkuje dziwnymi konsekwencjami…
— Dziwnymi konsekwencjami…?! — wykrzyknął szorstko Childermass i w tym momencie chwycił go atak kaszlu. Kiedy ustał, Childermass powiedział: — W każdej chwili mogłem trafić do krainy całkowicie przesiąkniętej magią. Niebo przemówiło do mnie! Wszystko do mnie mówiło! Jak to możliwe?
— Nie wiem. — Pan Norrell uniósł brew. — Może byłeś pijany.
— Czy kiedykolwiek widział pan, abym był pijany podczas wykonywania obowiązków? — zapytał Childermass lodowato.
Pan Norrell wzruszył ramionami.
— Nie mam pojęcia, co robisz. Wydaje mi się, że od chwili, gdy zagościłeś w moim domu, nie liczysz się z nikim ani z niczym.
— Ale z pewnością nie jest to takie dziwne w świetle dawnej angielskiej magii — upierał się Childermass. — Czyż nie mówił mi pan, że aureaci uważali drzewa, wzgórza, rzeki i tak dalej za żywe stworzenia obdarzone rozumem, wspomnieniami i pragnieniami? Aureaci sądzili, że cały świat przesiąknięty jest magią.
— Niektórzy rzeczywiście tak uważali. Tę wiarę przejęli od swych elfich służących, którzy przypisywali część swojej niezwykłej magii umiejętnościom rozmawiania z drzewami i rzekami; potrafili też zawierać z nimi sojusze. Nie ma jednak powodu przypuszczać, że mieli rację. Moja magia nie opiera się na tak nonsensownych podstawach.
— Niebo przemówiło do mnie — powiedział Childermass. — Jeśli to, co widziałem, jest prawdą… — urwał.
— To co? — spytał pan Norrell.
Osłabiony Childermass myślał na głos. Chciał powiedzieć, że jeśli wszystko, co widział, jest prawdą, wtedy dokonania Strange’a i Norrella można przyrównać do dziecięcej zabawy, a magia jest o wiele silniejsza i bardziej przerażająca, niż ktokolwiek podejrzewał. Strange i Norrell ciskali papierowe rzutki po salonie, prawdziwa magia zaś szybowała, nurkowała i wyginała swoje wielkie skrzydła na bezkresnym niebie, wysoko, wysoko nad ich głowami.