— Jego małżonka jest bardzo zmęczona podróżą.
— Wszystko gotowe na jej przyjazd. — Pan Segundus zaprowadził Stephena do domu.
— Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to lokum bardzo się różni od tego, do czego przywykła…
Przeszli przez kamienny korytarzyk i weszli do pokoju, który przyjemnie kontrastował z ponurym otoczeniem. Był wyjątkowo przytulny i miły. Wyposażono go w obrazy i ładne meble, miękkie dywany i lampy, które rzucały ciepłe światło. Znalazły się tu również podnóżki dla zmęczonych stóp damy, parawany mające ją chronić od przeciągów, książki dla jej rozrywki, gdyby życzyła sobie poczytać.
— Pokój nie jest odpowiedni? — spytał pan Segundus. — Wnioskuję z pańskiej miny, że nie.
Stephen otworzył usta, żeby poinformować gospodarza, że widzi coś zupełnie innego niż on. Dojrzał to, co miała zobaczyć lady Pole po wejściu do pokoju. Fotele, obrazy, lampy były wręcz widmowe. Za nimi znajdowały się o wiele solidniejsze i bardziej namacalne kształty ponurych sal i schodów Utraconej Nadziei.
Tłumaczenie tego nie miało jednak sensu. Słowa zmieniłyby się w jego ustach w brednie o piwie warzonym z gniewu i pragnienia zemsty; o dziewczętach, których łzy zmieniały się w opale i perły, gdy przybywało księżyca, i których ślady stóp wypełniały się krwią, gdy go ubywało. Wobec tego powiedział jedynie:
— Nie, nie. Jest zadowalający. Lady Pole nie potrzeba niczego więcej.
Wiele osób uznałoby ten komentarz za niezbyt entuzjastyczny, zwłaszcza gdyby pracowały tak ciężko jak pan Segundus, ale ten się nie obruszył.
— Czy to dama, którą pan Norrell sprowadził z krainy umarłych? — spytał.
— Tak — potwierdził Stephen.
— Oto czyn, na którym opiera się cała odnowa angielskiej magii!
— Tak.
— Ale próbowała go zabić! Bardzo to wszystko dziwne! Bardzo dziwne!
Stephen milczał. Jego zdaniem nie był to odpowiedni temat do rozmowy z dyrektorem domu wariatów. Nie sądził, by pan Segundus cokolwiek wniósł do sprawy. Żeby odciągnąć jego myśli od lady Pole i jej domniemanej zbrodni, powiedział:
— Sir Walter sam wybrał to miejsce. Nie wiem za czyją radą. Od dawna jest pan dyrektorem tego przytułku dla obłąkanych?
Pan Segundus wybuchnął śmiechem.
— Nie, od niedawna. Mniej więcej od dwóch tygodni. Lady Pole to moja pierwsza podopieczna.
— Coś podobnego!
— Zapewne sir Walter uważa mój brak doświadczenia za atut. Inni dżentelmeni parający się tą profesją są przyzwyczajeni do swobodnego dysponowania losem swoich pacjentów i narzucają im najrozmaitsze ograniczenia. Sir Walter jest bardzo temu przeciwny, a ja, jak pan widzi, nie mam takich nawyków. Małżonka sir Waltera spotka się tu wyłącznie z uprzejmością i szacunkiem. I poza podstawowymi środkami ostrożności, które dyktuje zdrowy rozsądek — chodzi o ukrywanie przed nią broni i noży — będzie tu traktowana jak gość. Zrobimy wszystko, by czuła się szczęśliwa.
Stephen skłonił głowę, przyjmując to do wiadomości.
— Jak pan trafił w to miejsce?
— Jak znalazłem ten dom?
— Nie, tę posadę.
— Och! Przez przypadek. We wrześniu miałem szczęście poznać pewną damę, lady Lennox, moją dobrodziejkę. Dom należy do niej. Przez lata szukała odpowiedniego lokatora, ale bez powodzenia. Polubiła mnie i chciała mi wyświadczyć przysługę. Postanowiła wykorzystać to miejsce do prowadzenia interesów, a mnie postawić na czele przedsięwzięcia. Najpierw pragnęliśmy założyć szkołę dla magów, ale…
— Magów?! — wykrzyknął Stephen ze zdumieniem. — Ale co pan ma wspólnego z magami?
— Sam jestem magiem. Od lat.
— Coś podobnego!
Stephen wydawał się tak rozgniewany tą nowiną, że pan Segundus poczuł się w obowiązku przeprosić, choć zupełnie nie wiedział, dlaczego ma się kajać.
— Pan Norrell jednak sprzeciwił się naszym planom — ciągnął. — Wysłał tu Childermassa, by mnie ostrzegł. Zna pan Childermassa?
— Z widzenia — odparł Stephen. — Nigdy z nim nie rozmawiałem.
— Początkowo pani Lennox i ja pragnęliśmy stawić mu czoło — naturalnie mam na myśli pana Norrella, nie Childermassa. Napisałem do pana Strange’a, ale mój list dotarł tego ranka, gdy zaginęła jego żona. Jak pan zapewne wie, biedna dama zmarła po kilku dniach.
Stephen chyba zamierzał coś powiedzieć, ale tylko pokręcił głową, więc pan Segundus ciągnął:
— Było jasne, że bez wsparcia pana Strange’a musimy porzucić myśl o szkole, więc udałem się do Bath, by zawiadomić o tym panią Lennox. Była bardzo miła i powiedziała, że wkrótce obmyśli nowy plan. Przyznaję, że opuściłem jej dom bardzo przygnębiony. Szedłem przed siebie i po pewnym czasie ujrzałem coś niezwykłego. Na środku drogi stała dziwna postać w czarnych łachmanach. Podrażnione zaczerwienione oczy tego nieszczęśnika były pozbawione rozumu i nadziei; wywijał rękoma, opędzając się od upiorów, które go dręczyły, i krzyczał, żeby się nad nim zlitowały. Biedak! Chorzy na ciele mogą czasem znaleźć ukojenie we śnie, ale od razu pojąłem, że tego człowieka demony prześladują nawet nocą. Wcisnąłem mu w dłoń kilka monet i ruszyłem dalej. Nie jestem pewien, czy w ogóle o nim myślałem podczas powrotnej podróży, jednak gdy tylko stanąłem na progu tego domu, zdarzyło się coś dziwnego. Chyba muszę nazwać to wizją… Ujrzałem tego szaleńca, dokładnie takiego jak w Bath, w tym westybulu, i uświadomiłem sobie, że ów cichy dom na odludziu mógłby być przystanią dla ludzi dotkniętych chorobą umysłu. Napisałem do pani Lennox, a ona zaaprobowała nowy plan. Wspominał pan, że nie wie, kto polecił mnie sir Walterowi. To Childermass. Childermass obiecał, że mi pomoże, jeśli zdoła.
— Chyba będzie najlepiej, jeśli nie wspomni pan o swej profesji ani o szkole, przynajmniej na początku — powiedział Stephen. — Nie ma na tym świecie — na tym ani na innych — niczego, co sprawiłoby lady Pole większą przykrość niż świadomość, że znowu tkwi w niewoli maga.
— W niewoli?! — powtórzył pan Segundus zdumiony. — Co za dziwny pomysł! Naprawdę, mam nadzieję, że nikt nigdy nie uzna się za mojego niewolnika, a już z pewnością nie ta dama!
Stephen przez chwilę się w niego wpatrywał.
— Jestem pewien, że bardzo się pan różni od pana Norrella — oświadczył w końcu.
— Mam nadzieję — odparł pan Segundus z powagą. Godzinę później dobiegły ich hałasy z podwórza.
Stephen i pan Segundus wyszli po lady Pole. Konie i kareta nie mogły przejechać przez most towarowy, więc dama zmuszona była przejść pieszo ostatnich pięćdziesiąt metrów. Z wahaniem weszła na podwórze, rozglądając się po ponurej, przysypanej śniegiem okolicy. Stephen pomyślał, że tylko ludzie o wyjątkowo okrutnych sercach mogliby popatrzeć na nią, na jej młodość, urodę i smutną przypadłość i nie zechcieć natychmiast pośpieszyć jej z pomocą. W duchu przeklął pana Norrella.
Coś w wyglądzie damy poruszyło pana Segundusa. Popatrzył na jej lewą rękę, ale była okryta rękawiczką. Szybko odzyskał równowagę i powitał lady Pole w Starecross Hall.
Stephen przyniósł im herbatę do salonu.
— Mówiono mi, że bardzo przygnębiła panią śmierć pani Strange — powiedział pan Segundus. — Czy wolno mi złożyć kondolencje?
Odwróciła głowę, by ukryć łzy.
— Kondolencje należałoby raczej złożyć jej, nie mnie — westchnęła. — Mój mąż zaproponował, że napisze do pana Strange’a z prośbą o wypożyczenie portretu jego małżonki, by ofiarować mi kopię na pociechę. Co to da? Trudno przecież, bym zapomniała jej oblicze… Wszak każdej nocy spotykamy się na tych samych balach i w tych samych orszakach. Tak będzie aż do końca naszego żywota. Stephen wie. Stephen rozumie.