— O tak — westchnął pan Segundus. — Dręczą panią koszmary związane z tańcem i muzyką, wiem. Zapewniam panią, że tutaj złe sny się nie pojawią. Nie zdarzy się nic smutnego, co by panią unieszczęśliwiło.
Zaczął opowiadać jej o książkach, które wspólnie przeczytają, i o spacerach, które odbędą na wiosnę, jeśli lady Pole wyrazi takie życzenie.
Stephenowi, zajętemu przynoszeniem podwieczorku, ta rozmowa wydawała się całkiem nieszkodliwa, tyle że raz czy dwa zauważył, że pan Segundus przenosi spojrzenie z lady Pole na niego — spojrzenie uważne i świdrujące, które jednocześnie go zdumiewało i wprawiało w zakłopotanie.
Kareta, stangret, pokojówka i lokaj mieli pozostać w Starecross Hall wraz z lady Pole, Stephen jednak wracał na Harley Street. Wczesnym rankiem, gdy jego pani spożywała śniadanie, poszedł się z nią pożegnać. Złożył jej ukłon, ona zaś roześmiała się melancholijnie.
— Pożegnanie to nonsens, skoro oboje wiemy, że za kilka godzin znów się spotkamy. Nie martw się o mnie, Stephenie. Będzie mi tu dobrze. Wiem to.
Stephen poszedł do stajni, gdzie czekał na niego koń. Właśnie wkładał rękawice, kiedy usłyszał za sobą głos:
— Bardzo przepraszam!
Był to pan Segundus, nieśmiały i skromny jak zawsze.
— Czy mogę o coś zapytać? Jaka magia otacza pana i lady Pole? — Wyciągnął rękę, jakby zamierzał musnąć palcami twarz Stephena. — W pańskich ustach tkwi czerwono-biała róża. Taka sama jak w jej. Cóż to oznacza?
Stephen przyłożył palce do warg. Nic tam nie było. Przyszedł mu do głowy szalony pomysł, by wyznać panu Segundusowi prawdę o zaklęciu, przez które cierpiał on sam i obie damy. Wyobraził sobie, że pan Segundus go zrozumie, że okaże się wielkim magiem, znacznie potężniejszym od Strange’a i Norrella, i zdoła pokonać dżentelmena o włosach jak puch ostu. Była to jednak mrzonka. Po chwili powróciła wrodzona nieufność Stephena do Anglików i angielskich magów w szczególności.
— Nie rozumiem, o co panu chodzi — powiedział szybko.
Wsiadł na konia i odjechał bez słowa.
Nigdy nie miał do czynienia z równie parszywymi drogami jak tamtego zimowego dnia. Błoto pozamarzało, tworząc koleiny i wybrzuszenia twardością dorównujące żelazu. Pola i drogi pokrywała gruba warstwa białego szronu, a mroźna mgła spowiła całą okolicę, przez co krajobraz prezentował się nad wyraz przygnębiająco.
Koń Stephena był jednym z niezliczonych darów dżentelmena. Kamerdyner dosiadał mlecznobiałej klaczy, pozbawionej nawet jednego czarnego włoska, chyżej, wytrzymałej i tak przywiązanej do Stephena, jak to tylko możliwe w wypadku konia. Nadał jej imię Florencja i wątpił, czy sam książę regent albo książę Wellington mieli lepszego wierzchowca. Jedną z osobliwości jego dziwacznego, zaczarowanego życia był fakt, że niezależnie od tego, dokąd pojechał, nikt nie komentował tej niestosowności: czarny służący na najszlachetniejszym rumaku w królestwie.
Stephen dotarł do małej wioski położonej około trzydziestu kilometrów na południe od Starecross Hall. W pewnym miejscu droga skręcała pod kątem prostym między dużym eleganckim domem oraz ogrodem z prawej strony i zrujnowanymi budynkami stajennymi z lewej. Kiedy Stephen mijał wejście do posiadłości, zza rogu nagle wyjechał powóz, niemalże się z nim zderzając. Woźnica rozejrzał się, by sprawdzić, co spłoszyło konie i zmusiło go do ściągnięcia lejców. Widząc jedynie czarnego człowieka, zamachnął się na niego batem.
Chybił, a bat trafił Florencję tuż nad prawym okiem. Czując przenikliwy ból, przerażona klacz stanęła dęba i straciła równowagę na oblodzonej drodze.
Był to moment, w którym wszystko wywróciło się do góry nogami. Kiedy Stephen odzyskał świadomość, dostrzegł, że leży na ziemi. Florencja upadła, wysadzając jeźdźca z siodła, lecz jego lewa noga pozostała uwięziona w strzemieniu i teraz spoczywała nieruchomo, wykręcona w nader niepokojący sposób. Stephen był pewien, że jest złamana.
Uwolnił stopę i przez chwilę siedział oszołomiony, walcząc z nudnościami. Czuł, że po twarzy spływa mu coś wilgotnego. Podczas upadku jego dłonie pokaleczyły się do żywego mięsa. Z ulgą zorientował się jednak, że zdoła utrzymać równowagę. Jego noga była potłuczona, ale kość ocalała.
Florencja rzęziła, szaleńczo wywracając ślepiami. Zastanawiał się, czemu klacz nie próbuje się podnieść, a przynajmniej wierzgać. Wstrząsały nią dreszcze, ale poza tym była całkiem nieruchoma. Jej zesztywniałe nogi dziwacznie sterczały na wszystkie strony. Dopiero po chwili zrozumiał, że miała złamany kręgosłup.
Spojrzał na dom w nadziei, że ktoś wyjdzie i mu pomoże. W oknie na moment pojawiła się kobieta. Stephen dostrzegł elegancki strój i zimną, wyniosłą minę. Kiedy jednak nieznajoma nabrała pewności, że w wypadku nikt nie ucierpiał ani nie zniszczono niczego, co uważała za swoją własność, zniknęła i Stephen więcej jej nie ujrzał.
Ukląkł przy Florencji, pogłaskał ją po łbie i karku. Z sakwy dobył pistolet, prochownicę, pobojczyk i nabój. Załadował i odbezpieczył broń. Potem wstał i odciągnął kurek.
Okazało się jednak, że nic więcej uczynić nie może. Zwierzę było dla niego zbyt bliskim przyjacielem, nie potrafił go uśmiercić. Zrozpaczony, już miał dać za wygraną, kiedy na drodze za sobą usłyszał stukot. Zza zakrętu wyjechał dyliżans, ciągnięty przez wielkiego, niezgrabnego i na pierwszy rzut oka spokojnego konia. Na koźle siedział przewoźnik w wytartym paltocie — potężny, korpulentny mężczyzna o okrągłej twarzy. Na widok Stephena ściągnął lejce.
— Ejże, chłopcze! — zawołał. — Co tu się dzieje?!
Stephen pistoletem wskazał Florencję.
Przewoźnik zsunął się z wozu i podszedł bliżej.
— Ładne było z niej zwierzę — oznajmił uprzejmym tonem. Poklepał kamerdynera po ramieniu i życzliwie chuchnął mu w twarz kapustą. — Dalej, chłopcze! Nie zdołasz jej uratować.
Przeniósł spojrzenie z twarzy Stephena na jego pistolet. Wyciągnął rękę i powoli uniósł lufę, nakierowując ją na podrygujący łeb Florencji. Gdy Stephen nadal nie naciskał spustu, spytał:
— Mam cię wyręczyć, chłopcze?
Stephen skinął głową.
Przewoźnik wziął od niego pistolet, Stephen odwrócił wzrok. Rozległ się wystrzał, straszliwie głośny, a potem szaleńcze krakanie i szum skrzydeł, kiedy wszystkie ptaki w okolicy nagle poderwały się do lotu. Stephen obejrzał się za siebie. Florencja drgnęła gwałtownie i znieruchomiała.
— Dziękuję — powiedział Stephen do przewoźnika. Usłyszał kroki i pomyślał, że grubas odchodzi, ale za chwilę przewoźnik powrócił. Trącił Stephena i podał mu czarną butelkę. Był to gin najgorszego sortu. Stephen wypił łyk i gwałtownie zakaszlał.
Mimo że wartość ubrania i butów Stephena dwukrotnie przewyższała wartość powozu i koni przewoźnika, ten ostatni traktował kamerdynera z pobłażliwą wyższością, jaką biały zazwyczaj okazuje czarnym. Rozważył sprawę i oznajmił Stephenowi, że teraz należy się zająć usunięciem padliny.
— To piękne stworzenie, nawet po śmierci. Twój pan nie będzie zachwycony, kiedy się dowie, że ktoś inny zgarnął konia i nabił kabzę.
— To nie jest koń mojego pana, tylko mój — odparł Stephen.
— Patrz! — rzekł nagle przewoźnik.