Na mlecznobiałym boku Florencji usiadł kruk.
— Nie! — krzyknął Stephen i ruszył przed siebie, żeby odpędzić ptaka, przewoźnik jednak go powstrzymał.
— Nie, chłopcze! Nie! To dobry znak! Chyba nigdy nie widziałem lepszego!
— Dobry znak? — powtórzył Stephen. — Jak to?
— To znak starego króla, prawda? Kruk na białym tle. Proporzec starego Johna.
Przewoźnik poinformował Stephena, że nieopodal można wynająć ludzi, którzy pomogą usunąć z drogi Florencję. Stephen wsiadł na kozła, a przewoźnik zawiózł go na farmę.
Farmer nigdy wcześniej nie widział czarnego człowieka i był zdumiony obecnością tak niezwykłej istoty na swym podwórzu. Mimo dowodów nie mógł uwierzyć, że Stephen mówi po angielsku. Przewoźnik, który współczuł farmerowi, stał obok kamerdynera i grzecznie powtarzał wszystkie jego słowa, by ułatwić gospodarzowi zrozumienie. Nie miało to jednak znaczenia. Farmer nie słuchał żadnego z przybyszów, tylko gapił się na Stephena i obgadywał go z jednym ze swych parobków, który również zachowywał się jak zahipnotyzowany. Farmer zastanawiał się, czy czerń schodzi, gdy Stephen dotyka przedmiotów, czynił również inne bardzo impertynenckie uwagi. Wszystkie szczegółowe polecenia Stephena dotyczące usunięcia truchła Florencji zdałyby się psu na budę, gdyby z pobliskiego targu nie wróciła żona farmera. Jej zdaniem człowiek w porządnym stroju, właściciel kosztownego (choć martwego) konia był dżentelmenem, niezależnie od barwy skóry. Opowiedziała Stephenowi o człowieku skupującym padlinę na mięso dla zwierząt, który zabiera końskie zwłoki z farmy, usuwa tkanki, a kości i kopyta sprzedaje na klej.
Powiedziała mu także, że sama zorganizuje wszystko za jedną trzecią sumy zapłaconej przez handlarza padliną. Stephen przystał na te warunki.
Stephen i przewoźnik wyszli z podwórza na drogę.
— Dziękuję — powiedział Stephen. — Bez pana byłoby mi bardzo ciężko. Rzecz jasna, zapłacę za pańskie trudy. Obawiam się jednak, że to nie koniec — nie mam jak dotrzeć do domu. Byłbym zobowiązany, gdyby mógł mnie pan podwieźć do najbliższej stacji pocztowej.
— Schowaj tę sakiewkę, chłopcze! — prychnął przewoźnik. — Zawiozę cię do Doncasteru za darmo.
Stephen wolałby trafić do najbliższej stacji pocztowej, ale przewoźnik wydawał się tak uradowany perspektywą towarzystwa, że po prostu wypadało z nim pojechać. Wóz potoczył się do Doncasteru. Sunął wiejskimi drogami i zatrzymywał się w gospodach oraz różnych miejscowościach, gdzie zaskakiwali lokalną społeczność. Tu dostarczyli ramę łóżka, tam placek owocowy, a zabierali z sobą niezliczone paczki o dziwacznych kształtach. Przystanęli przy domku, który samotnie stał pośrodku lasu, ogrodzony wysokim, ogołoconym z liści żywopłotem. Tam otrzymali z rąk wiekowej służącej ażurową, starą, pomalowaną na czarno klatkę na ptaki z maleńkim kanarkiem w środku. Przewoźnik poinformował Stephena, że ptak należał do pewnej starej damy, która zmarła, i obecnie trzeba go dostarczyć wnuczce jej siostry mieszkającej na południe od Selby.
Niedługo po załadowaniu kanarka na tył wozu Stephen usłyszał zdumiewającą serię dobiegających stamtąd donośnych pochrapywań. Wydawało się niemożliwe, by tak straszliwy hałas wydobywał się z gardła tak małego ptaszka, dlatego Stephen doszedł do wniosku, że wozem musi podróżować osoba, której jeszcze nie miał okazji ujrzeć.
Przewoźnik wyciągnął z koszyka duży placek z nadzieniem z wieprzowiny oraz ser. Wielkim nożem odkroił kawał placka i już miał go podać Stephenowi, kiedy nagle ogarnęły go wątpliwości.
— Czy czarni jadają to samo co my? — spytał, jakby uważał, że może żywią się trawą albo poświatą księżyca.
— Tak — odparł Stephen. Przewoźnik podał mu placek i trochę sera.
— Dziękuję. Czy drugi pasażer niczego nie chce?
— Pewnie zechce. Jak się obudzi. Zabrałem go w Ripon. Nie miał pieniędzy. Pomyślałem, że sobie z nim pogawędzę. Na początku był rozmowny, ale w Boroughbridge zasnął i do tej pory śpi.
— Bardzo irytujące.
— Wszystko jedno. Teraz mam z kim gadać.
— Musi być bardzo zmęczony — zadumał się Stephen. — Przespał strzał, który dobił mojego konia, wizytę u niemądrego farmera, dostawę ramy łóżka i kanarka — wszystkie dzisiejsze wydarzenia. Dokąd jedzie?
— On? Donikąd. Włóczy się po całym kraju. Prześladuje go jakiś słynny człowiek w Londynie i dlatego ten wagabunda nigdzie nie może zagrzać miejsca, bo mógłby go złapać sługa owego człowieka.
— Doprawdy?
— Jest niebieski — zauważył przewoźnik.
— Niebieski? — powtórzył Stephen zaintrygowany.
Przewoźnik skinął głową.
— Jak to? Może siny z zimna? Albo ktoś go pobił?
— Nie, chłopcze. Jest tak niebieski, jak ty jesteś czarny. Ech! Mam w dyliżansie czarnego i niebieskiego pasażera. Nie słyszałem, żeby komuś się to przytrafiło. Jeśli czarny przynosi szczęście — a na pewno przynosi, jak koty — to obecność czarnego młodziana i niebieskiego jegomościa w jednym miejscu z pewnością coś znaczy. Ale co?
— Może znaczy, ale nie dla pana — podsunął mu Stephen. — Może znaczy coś dla niego. Albo dla mnie.
— Nie, niemożliwe — zaprotestował przewoźnik. — Przecież to mnie spotkało.
Stephen zastanawiał się nad nietypowym kolorem nieznanego człowieka.
— Czy jest na coś chory?
— Może — odparł przewoźnik, nieoczekiwanie zniechęcony do rozmowy.
Po posiłku mężczyzna zaczął się kiwać i wkrótce przysnął z lejcami w dłoniach. Wóz jechał spokojnie, ciągniony przez stworzenie o znakomitym zmyśle orientacji.
Podróż, bardzo męczyła Stephena. Przymusowe wygnanie i utrata Florencji niesłychanie go przygnębiły. Cieszył się, że mógł zająć myśli rozmową z przewoźnikiem.
W pewnej chwili usłyszał jakieś mamrotanie, sugerujące, że niebieski pasażer się przebudził. Początkowo Stephen nie słyszał, co mówi, lecz nagle dobiegły go słowa:
— Bezimienny niewolnik będzie królem w obcym kraju.
Zadrżał; przypomniał sobie obietnicę dżentelmena, że ten uczyni z niego króla Anglii.
Zapadał zmierzch. Stephen wstrzymał konia, zsiadł z kozła i zapalił trzy stare lampy, przymocowane do wozu. Już miał z powrotem usiąść na koźle, gdy niechlujny obdartus wyskoczył na skutą lodem ziemię i stanął przed nim. Przyjrzał się Stephenowi w świetle latarni.
— Jesteśmy już na miejscu? — wychrypiał.
— Czyli gdzie? — spytał Stephen.
Nieznajomy zastanawiał się przez chwilę, po czym postanowił nieco zmodyfikować pytanie:
— Gdzie jesteśmy?
— Nigdzie. Między miejscem o nazwie Ulleskelf i innym miejscem zwanym Thorpe Willoughby.
Choć mężczyzna domagał się informacji, odpowiedź najwyraźniej go nie interesowała. Brudną koszulę rozpiął do pasa i Stephen zorientował się, że opis przewoźnika był nieprecyzyjny. Mężczyzna nie miał niebieskiej skóry tak jak Stephen czarną. Był to chudy, nędzny obszarpaniec, którego skóra miała taki sam kolor jak skóra każdego Anglika, pokrywały ją jednak dziwne niebieskie wzory, zawijasy oraz kropki i koła.
— Znasz Johna Childermassa, sługę maga? — zapytał.
Stephen był poruszony tak jak każdy, komu dwaj nieznajomi zadaliby jednego dnia to samo pytanie.
— Znam go z widzenia. Nigdy z nim nie rozmawiałem.
Mężczyzna uśmiechnął się i mrugnął.
— Szuka mnie od ośmiu lat i jeszcze nie znalazł. Wpadłem popatrzeć na dom jego pana w hrabstwie York. Stoi w wielkim parku. Miałem ochotę coś zwędzić. W jego domu w Londynie zjadłem kilka pasztecików.