Выбрать главу

Przebywanie w towarzystwie zdeklarowanego złodzieja było nieco niepokojące, jednakże Stephen nie mógł nie czuć odrobiny życzliwości dla kogoś, kto usiłował ograbić maga. W końcu gdyby nie pan Norrell, ani on, ani lady Pole nie byliby teraz pod wpływem zaklęcia. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwie korony.

— Proszę — powiedział.

— A to za co? — spytał nieznajomy podejrzliwie (ale przyjął monety).

— Żal mi ciebie.

— A to dlaczego?

— Bo jeśli to, co słyszałem, jest prawdą, nie masz domu.

Mężczyzna znów się uśmiechnął i podrapał po brudnym policzku.

— A jeśli to, co ja słyszałem, jest prawdą, ty nie masz imienia!

— Co?

— Ja mam imię. Zwę się Vinculus. — Złapał Stephena za rękę. — Dlaczego odsuwasz się ode mnie?

— Weale nie — zaprotestował Stephen.

— Próbowałeś. Przed chwilą.

Stephen wyraźnie się zawahał.

— Twoja skóra jest oszpecona i ma dziwną barwę. Pomyślałem, że to może być jakaś choroba.

— Nie to oznacza moja skóra — powiedział Vinculus.

— Oznacza? — powtórzył Stephen. — Dziwnie dobrane słowo. Ale masz rację, skóra może oznaczać wiele rzeczy. Moja oznacza, że każdy może mnie publicznie uderzyć i nie poniesie żadnych konsekwencji. Oznacza, że moi przyjaciele nie zawsze chcą się pokazywać ze mną na ulicy. Oznacza, że niezależnie od tego, ile ksiąg przeczytam czy języków opanuję, nigdy nie będę niczym innym jak tylko dziwadłem, takim samym jak gadająca świnia lub koń, który rachuje.

Vinculus uśmiechnął się szeroko.

— A moja oznacza coś wręcz przeciwnego. Oznacza, że wysoko zajdziesz, bezimienny królu. Oznacza, że twoje królestwo czeka na ciebie, a twój wróg poniesie klęskę. Oznacza, że niedługo wybije właściwa godzina. Bezimienny niewolnik srebrną włoży koronę; bezimienny niewolnik królem będzie w obcym kraju…

Trzymając Stephena za rękę, Vinculus wyrecytował całą przepowiednię.

— No, proszę — mruknął, gdy skończył. — Teraz zdradziłem ją obu magom i tobie. Pierwsza część mojego zadania zakończona.

— Ale ja nie jestem magiem — zauważył Stephen.

— Nigdy tak nie twierdziłem — odparł Vinculus. Puścił rękę Stephena, otulił się podartym płaszczem, zanurkował w ciemności za poświatą latarni i zniknął.

Kilka dni później dżentelmen o włosach jak puch ostu nagle zapragnął obejrzeć polowanie na wilki, czego najwyraźniej nie robił od kilku stuleci.

Tego typu impreza trwała właśnie w południowej Szwecji, dlatego niezwłocznie przeniósł tam siebie oraz Stephena. Ten ostatni odkrył, że stoi na konarze prastarego dębu, który rósł pośrodku zaśnieżonego lasu. Ze swojego stanowiska doskonale widział niewielką polanę, gdzie z ziemi sterczał wysoki drewniany słup. Na jego szczycie zamocowano koło od wozu, a na nim pozostawiono solidnie przywiązane koźlę. Zwierzę meczało żałośnie.

Spomiędzy drzew wychynęła wilcza rodzina. Futra zwierząt były pokryte szronem i śniegiem; wilki skierowały wygłodniały wzrok na młodą kozę. Gdy tylko zjawiła się wataha, ze wszystkich stron lasu rozległo się ujadanie psów. W kierunku polany pędzili widoczni w oddali jeźdźcy. Stado ogarów wpadło na polanę; pierwsze dwa psy skoczyły na jednego z wilków, zmieniając się w kłębowisko kłapiących, warczących, gryzących, ciskających się ciał, nóg i zębów. Przygalopowali myśliwi i zastrzelili wilka. Reszta watahy umknęła w mrok drzew, psy i łowcy pognali jej tropem.

Gdy tylko zabrakło rozrywki w jednym miejscu, dżentelmen magicznym sposobem przeniósł siebie i Stephena tam, skąd mogli lepiej śledzić przebieg zdarzeń. Przeskakiwali z jednego wierzchołka drzewa na drugie, ze wzgórza na skałę. W pewnej chwili dotarli nawet na szczyt kościelnej wieży w wiosce pełnej drewnianych domków, w których okna i drzwi miały bajkowe kształty, a dachy przykrywała cienka warstwa puszystego, lśniącego w słońcu śniegu.

Czekali w cichej części lasu na pojawienie się myśliwych, kiedy ich kryjówkę minął samotny wilk. Prezentował się nad wyraz wspaniale, miał piękne ciemne oczy i ciemnoszarą okrywę. Stanął pod drzewem i podniósł wzrok, zwracając się do dżentelmena w języku przypominającym bulgot wody na kamieniach, westchnienie wiatru wśród nagich gałęzi i trzask ognia, trawiącego martwe liście.

Dżentelmen odpowiedział mu w tej samej mowie, po czym zaśmiał się lekceważąco i odgonił zwierzę ręką.

Wilk rzucił mu ostatnie pełne wyrzutu spojrzenie i uciekł.

— Błagał, bym go ocalił — wyjaśnił dżentelmen.

— Nie mógł pan tego zrobić? Nie znoszę, gdy te szlachetne stworzenia giną!

— Stephen o miękkim sercu — powiedział dżentelmen z czułością. Nie uratował jednak wilka.

Polowanie w ogóle nie przypadło Stephenowi do gustu. To prawda, że myśliwi byli dzielni, a ich psy wierne i posłuszne, ale zbyt mało czasu minęło od utraty Florencji, by radowała go śmierć jakiegokolwiek stworzenia, zwłaszcza tak pięknego i silnego jak wilk. Myśl o Florencji przypomniała mu, że jeszcze nie powiedział dżentelmenowi o spotkaniu z niebieskoskórym mężczyzną ani o przepowiedni. Uczynił to teraz.

— Naprawdę? To bardzo zaskakujące — oznajmił dżentelmen.

— Słyszał już pan tę przepowiednię?

— W rzeczy samej! Znam ją dobrze, jak cała moja rasa. To przepowiednia… — Tu dżentelmen użył słowa, którego Stephen nie zrozumiał. — …lepiej znanego jako John Uskglass. Nie pojmuję jednak, jak uchowała się w Anglii. Sądziłem, że Anglików nie obchodzą już takie sprawy.

— „Bezimienny niewolnik”! To ja, panie, prawda? A to proroctwo tłumaczy chyba, jak zostanę królem.

— Naturalnie, że zostaniesz królem! Przecież ci mówiłem, a w takich sprawach nigdy się nie mylę. Ale choć bardzo cię kocham, Stephenie, obawiam się, że przepowiednia nie ciebie dotyczy. Chodzi w niej o odnowę angielskiej magii, a fragment wyrecytowany przez ciebie w ogóle nie jest proroctwem. Król wspomina, jak przyszedł do swych trzech królestw, jednego w Anglii, drugiego w Faerie, trzeciego w Piekle. Bezimiennym niewolnikiem nazywał siebie. Był bezimiennym niewolnikiem w Faerie, chrześcijańskim dzieckiem ukrytym w brugh, sprowadzonym tam przez niegodziwego elfa, który wykradł go z Anglii.

Stephen poczuł rozczarowanie, choć nie rozumiał dlaczego. W końcu nie pragnął zostać królem. Nie był Anglikiem. Nie był Afrykaninem. Wszędzie był obcy. Słowa Vinculusa na chwilę dały mu poczucie, że do czegoś pasuje, że jest częścią większej całości i ma cel. Była to jednak tylko ułuda.

Rozdział czwarty

Ryciny

koniec lutego–marzec 1816

— Zmieniłeś się. Jestem zaskoczony.

— Naprawdę? Może trochę zeszczuplałem, ale nie widzę w sobie innych zmian.

— Chodzi o twoją twarz, wygląd, jakąś… inność. Strange się uśmiechnął czy też raczej wykrzywił usta, a sir Walter wziął to za uśmiech. Nie mógł sobie przypomnieć, jak wcześniej wyglądał uśmiech przyjaciela.

— To przez te ciemne ubrania — odparł Strange. — Wyglądam jak zagubiony członek konduktu pogrzebowego, skazany na spacery po mieście i zmuszający ludzi do rozmyślań nad własną śmiertelnością.

Znajdowali się w kawiarni u Bedforda na Covent Garden. Sir Walter wybrał to miejsce, gdyż niegdyś znakomicie się tutaj bawili, a chciał poprawić humor przyjacielowi. Jednakże w wieczór taki jak ten nawet u Bedforda nie było wesoło. Na zewnątrz zimny ponury wiatr spychał ludzi z drogi i wciskał im w oczy gęsty deszcz. Pomieszczenia pełne wilgotnych i niezadowolonych dżentelmenów przesycał ponury ziąb, który kelnerzy usiłowali rozproszyć dodatkowymi szuflami węgla dorzucanymi do ognia i darmowymi szklanicami gorącego wina korzennego.