Po wejściu do sali sir Walter odkrył, że Strange zawzięcie skrobie w niewielkim notesie. Sir Walter wskazał głową książkę i zapytał:
— Nie porzuciłeś zatem magii?
Strange parsknął śmiechem.
Sir Walter potraktował to jako potwierdzenie swych słów i nawet się ucieszył. Bardzo szanował ludzi, którzy mają zawód, i uważał, że pożyteczne stałe zajęcie może wyleczyć wiele przypadłości, z jakimi nie poradzą sobie lekarstwa. Nie spodobał mu się jednak ten śmiech Strange’a — gorzki i hałaśliwy.
— W końcu sam mówiłeś… — zaczął.
— Mówiłem wiele rzeczy! Do mojego mózgu zakradają się rozmaite dziwactwa. Nadmiar żałoby może spowodować taki sam atak szaleństwa jak nadmiar czegokolwiek innego. Prawdę mówiąc, przez pewien czas nie byłem sobą. Zachowywałem się nieco dziwnie. Jak widzisz, wszystko minęło.
Prawdę mówiąc, sir Walter wcale tego nie widział.
Nie chodziło wyłącznie o zmiany w wyglądzie. Pod pewnymi względami zresztą Strange nie zmienił się wcale. Uśmiechał się równie często jak niegdyś (choć inaczej). Mówił tak samo ironicznym tonem (choć sprawiał wrażenie, że właściwie nie słucha sam siebie).
Jego komentarze i miny były właśnie takie, jak zapamiętali je przyjaciele, choć z pewną różnicą: ich sprawca zdawał się jedynie odgrywać jakąś rolę, podczas gdy jego myśli i serce były zupełnie gdzie indziej. Patrzył na nich zza swego sarkastycznego uśmiechu i nikt nie wiedział, o czym myślał. Teraz bardziej niż dawniej wyglądał na maga. Było to dziwne i nie mieli pojęcia, co o tym sądzić, ale pod pewnymi względami Strange zaczął przypominać Norrella.
Na serdecznym palcu lewej ręki nosił żałobną obrączkę z ukrytym w środku pasemkiem brązowych włosów. Sir Walter zauważył, że wciąż jej dotykał.
Zamówili porządny obiad złożony z żółwia, trzech lub czterech befsztyków, sosu z gęsiego tłuszczu, kilku minóg, ostryg pieczonych w muszlach i buraków.
— Cieszę się, że wróciłem — powiedział Strange. — Skoro już tu jestem, zamierzam jak najwięcej narozrabiać. Norrell za długo wszystkim rządził.
— Dostaje drgawek, gdy tylko ktoś wspomni o twojej książce. Wciąż wypytuje ludzi, czy wiedzą, co w niej zamieścisz.
— Och! Książka to zaledwie początek. Poza tym ukończę ją dopiero za kilka miesięcy. Potrzeba nam nowego periodyku. Murray jak najszybciej chce go wprowadzić na rynek. Rzecz jasna, będzie to bardzo nieprzeciętne pismo. Ma nosić nazwę „Famulus” i prezentować moje poglądy na magię.
— A one bardzo różnią się od poglądów Norrella, prawda?
— Oczywiście! Przede wszystkim zamierzam racjonalnie analizować temat, bez ograniczeń i restrykcji wprowadzonych przez Norrella. Jestem pewien, że ponowne zbadanie problemu szybko otworzy przed nami nowe nieznane ścieżki. Bo do czego tak naprawdę sprowadza się dotychczasowa tak zwana odnowa angielskiej magii? Co osiągnęliśmy, ja i Norrell? Tworzenie iluzji chmur, deszczu, dymu i tak dalej to rzecz najłatwiejsza pod słońcem! Podarowaliśmy przedmiotom nieożywionym mowę — no cóż, to akurat wymaga nieco wprawy. Ale zsyłanie burzy i złej pogody na wrogów…? Nawet nie umiem wyrazić, jaka to prosta magia. Cóż jeszcze? Przywoływanie wizji mogłoby robić wrażenie, gdyby się do tego umiejętnie zabrać, ale żaden z nas tego nie potrafi. I co? Porównaj te żałosne dokonania z magią aureatów. Przekonali jawory i dęby, aby dołączyły do nich, by walczyć z nieprzyjaciółmi, wyczarowywali żony i służących z kwiatów, przybierali postać myszy, lisa, drzewa, rzeki i tak dalej, budowali statki z pajęczych sieci, domy z krzewów róż…
— Tak, tak — przerwał mu sir Walter. — Rozumiem, że bardzo chciałbyś wypróbować te wszystkie rodzaje magii. Z przykrością to mówię, jednak sądzę, że Norrell może mieć rację. Nie wszystkie rodzaje magii są odpowiednie w dzisiejszych czasach. Zmiany kształtów i temu podobne świetnie sprawdzały się w przeszłości. To bardzo spektakularne działanie, rzecz jasna, ale, Strange, chyba nie chciałbyś tego praktykować? Dżentelmen nie może zmieniać kształtu. Dżentelmen nie zniży się do tego, by wyglądać inaczej, niż wygląda. Sam nie chciałbyś się zmienić w kuchcika ani latarnika…
Strange wybuchnął śmiechem.
— A pomyśl, jak straszne byłoby zostać psem lub świnią — ciągnął sir Walter.
— Specjalnie wybierasz takie przykłady.
— Doprawdy? No to lwem! Chciałbyś zostać lwem?
— Kto wie? Możliwe. Pewnie nie. Ale nie o to chodzi. Zgadzam się, że magia transformacyjna wymaga ostrożności, co nie znaczy, że jest całkiem nieprzydatna. Spytaj księcia Wellingtona, czy zmieniłby swych oficerów zwiadowczych w lisy albo myszy i kazał im krążyć po francuskich obozowiskach. Zapewniam cię, że jaśnie oświecony książę nie miałby skrupułów.
— Wątpię, byś zdołał przekonać Cokjuhouna Granta do zmiany w lisa.
— Och! Grant nie miałby nic przeciwko temu, pod warunkiem że byłby lisem w mundurze. Nie, musimy skupić się na magii aureatów. Należy poświęcić o wiele więcej energii studiom nad życiem i magią Johna Uskglassa, a kiedy zdołamy…
— Tego nie wolno nam robić. Nawet o tym nie myśl.
— O czym ty mówisz?
— Poważnie, Strange. Nie mam nic przeciwko aureatom. Najogólniej mówiąc, moim zdaniem masz rację. Anglicy są bardzo dumni ze swej magicznej przeszłości — z Godblessa, Stokesey’a, Pale’a i całej reszty. Nie lubią czytać w gazetach o tym, że Norrell lekceważy ich dokonania. Ale ty możesz popełnić błąd. Zbyt dużo gadania o innych królach na pewno zdenerwuje rządzących. Zwłaszcza że lada chwila mogą ich napaść johannici.
— Johannici?
— Co? Dobry Boże, Strange! Czy ty nie zaglądasz do gazet?
Strange wydawał się nieco urażony.
— Studia zajmują mi mnóstwo czasu. Właściwie cały czas. Poza tym, jak wiesz, w ostatnim miesiącu pochłonęły mnie sprawy osobiste.
— Nie mówiłem o ostatnim miesiącu. Johannici działają na północy już od czterech lat.
— Tak, ale któż to taki?
— To rzemieślnicy, którzy nocą zakradają się do zakładów przemysłowych i je niszczą. Palą domy właścicieli fabryk. Organizują tajne zebrania, zachęcają ludzi do urządzania awantur i pustoszą targi.
— Aa… niszczyciele maszyn. Tak, teraz rozumiem. Zmyliła mnie ta nazwa. Ale co oni mają wspólnego z Królem Kruków?
— Wielu z nich jest zwolennikami króla, tak przynajmniej twierdzą. Malują kruka w locie na ścianie każdej zniszczonej własności. Ich dowódcy noszą mandaty rzekomo wystawione przez Johna Uskglassa i głoszą, że wkrótce ponownie zasiądzie on na tronie w Newcastle.
— A rząd im wierzy? — spytał Strange ze zdumieniem.
— Naturalnie, że nie! Nie jesteśmy idiotami. Obawiamy się czegoś o wiele bardziej przyziemnego — rewolucji. Proporzec Johna Uskglassa powiewa wszędzie na północy, od Nottinghamu do Newcastle. Oczywiście mamy swoich szpiegów i informatorów, którzy mówią nam, co robią i myślą ci ludzie. I nie twierdzę, że wszyscy wierzą w powrót Johna Uskglassa. Większość z nich to realiści, tacy jak ty czy ja, ale znają siłę jego imienia wśród ludu. Rowley Fisher-Drake, poseł z Hampshire, przedłożył projekt ustawy, w którym proponuje delegalizację symbolu kruka w locie. Nie możemy jednak zabronić ludziom wywieszania własnych flag, sztandarów ich prawnego króla. — Sir Walter westchnął i dziabnął widelcem befsztyk na talerzu. — W innych krajach krążą legendy o królach, którzy powrócą w ciężkich czasach. Tylko w Anglii jest to zagwarantowane w konstytucji.