Выбрать главу

Strange zamachał widelcem na ministra.

— Przecież to wszystko polityka. Nie ma nic wspólnego ze mną. Nie zamierzam wzywać do restauracji królestwa Johna Uskglassa. Pragnę jedynie zbadać, spokojnie i naukowo, jego dokonania jako maga. Jak możemy odtworzyć angielską magię, jeśli nie rozumiemy, co właściwie odtwarzamy?

— To studiuj sobie dokonania aureatów, ale nie wyciągaj Johna Uskglassa z mroków historii, gdzie umieścił go Norrell.

Strange pokręcił głową.

— Norrell zatruł twój umysł. Norrell wszystkich was zaczarował.

Przez pewien czas jedli w milczeniu, aż w końcu Strange powiedział:

— Mówiłem ci kiedyś, że w zamku w Windsorze widziałem jego portret?

— Kogo?

— Uskglassa. Dziwaczna scenka namalowana przez jakiegoś Włocha na ścianie jednej z sal recepcyjnych. Przedstawia Edwarda III i Johna Uskglassa — króla wojownika i króla maga — siedzących obok siebie. Minęło niemal czterysta lat, od kiedy John Uskglass opuścił Anglię, a Anglicy wciąż nie mogą się zdecydować, czy go podziwiać, czy też nienawidzić.

— Ha! — wykrzyknął sir Walter. — Na północy dobrze wiedzą, co o nim myśleć. Zmieniliby prawo westminsterskie na jego nawet jutro, gdyby mogli.

Mniej więcej tydzień później wyszedł pierwszy numer „Famulusa”. Ze względu na pewien sensacyjny artykuł cały nakład sprzedał się w dwa dni. Pan Murray, który wkrótce miał opublikować Historię i zastosowanie angielskiej magii, radośnie liczył na niesłychane zyski. Artykuł, który tak poruszył czytelników, opisywał, jak magowie mogą wzywać zmarłych, by uzyskać od nich pożyteczne informacje. Ten szokujący (choć niezwykle ciekawy) temat spowodował takie poruszenie, że kilka młodych dam podobno zemdlało na wieść, iż egzemplarz „Famulusa” znajduje się w ich domach. Wszyscy podejrzewali, że pan Norrell nigdy nie zaakceptuje takiej publikacji, więc każdy, kto nie pałał szczególną sympatią do niego, z wielką przyjemnością kupował „Famulusa”.

Na Hanover Square pan Lascelles przeczytał głośno na życzenie pana Norrella:

— „…Gdy magowi brakuje umiejętności i wiedzy — a dotyczy to wszystkich współczesnych magów, nasza narodowa mądrość w tego typu sprawach niestety nie dorównuje tej z dawnych czasów — wówczas najlepszym rozwiązaniem może się okazać zawezwanie ducha kogoś, kto za życia był magiem, a przynajmniej przejawiał pewne talenty w tej dziedzinie. Jeśli jesteśmy niepewni, jaką drogą zmierzamy, najlepiej przywołać kogoś choćby z niewielką wiedzą, aby wyszedł nam naprzeciw i spotkał nas w pół drogi”.

— Wszystko przeinaczył! — wykrzyknął Norrell z wściekłością. — Postanowił mnie zniszczyć!

— Bardzo irytujące — zauważył Lascelles z niezwykłym spokojem. — I to po tym, jak przysięgał sir Walterowi, że po śmierci żony zaniecha magii.

— Och! My wszyscy moglibyśmy umrzeć, pół Londynu mogłoby zniknąć z powierzchni ziemi, ale Strange nadal zajmowałby się magią. Nie potrafi przestać. Za bardzo się wciągnął, by teraz się wycofać. A magia, którą zgłębia, jest zła. Nie wiem, jak mam go powstrzymać!

— Proszę się uspokoić — powiedział Lascelles. — Na pewno pan coś wymyśli.

— Kiedy opublikują jego książkę?

— W ogłoszeniu Murraya napisano, że pierwszy tom ukaże się w sierpniu.

— Pierwszy tom?!

— O tak! Nie wiedział pan? To trzytomowe dzieło. Pierwszy tom przedstawi całą historię angielskiej magii. Drugi pomoże czytelnikowi dobrze zrozumieć jej naturę, a trzeci położy fundamenty pod przyszłe zastosowania.

Pan Norrell jęknął, zwiesił głowę i ukrył twarz w dłoniach.

— Rzecz jasna — zaczął Lascelles z namysłem — choć tekst z pewnością będzie miał zgubne skutki, jeszcze bardziej niepokoją mnie ryciny…

— Ryciny?!!! — Pan Norrell osłupiał. — Jakie znowu ryciny?

— Och, Strange znalazł jakiegoś emigranta, który studiował pod kierunkiem największych mistrzów włoskich, francuskich i hiszpańskich — odparł Lascelles. — Teraz płaci temu człowiekowi ogromne pieniądze za ryciny.

— Ale co to za ryciny? Co przedstawiają?

— Ano właśnie. — Lascelles ziewnął. — Nie mam pojęcia.

Wziął do ręki „Famulusa” i wrócił do lektury.

Pan Norrell siedział przez pewien czas pogrążony w myślach i obgryzał paznokcie. W końcu posłał po Childerraassa.

Po wschodniej stronie Londynu leży Spitalfields, które słynie z wytwarzanych tam cudownych jedwabi. Nie ma i nigdy nie będzie w Anglii jedwabiu tak wspaniałej jakości jak ten ze Spitalfields. W przeszłości budowano tu porządne domy dla kupców, doskonałych tkaczy i farbiarzy, którzy żyli dostatnio dzięki swojej pracy. Obecnie jednak Spitalfields podupadło, choć jedwab stąd pochodzący nadal jest wspaniały. Domy są brudne i zaniedbane, bogaci kupcy przenieśli się do Islington, Clerkenwell i (ci rzeczywiście bardzo bogaci) parafii Mary Le Bonę na zachodzie. Dziś Spitalfields zamieszkuje biedota i pełno tu wyrostków, złodziei i innych osób zakłócających spokój porządnych obywateli.

Pewnego szczególnie paskudnego dnia, kiedy zimny deszcz zalewał brudne ulice i w błocie zbierał się w kałuże, na Elder Street w Spitalfields pojawiła się kareta. Przystanęła przed wysokim, wąskim domem. Stangret i lokaj byli w żałobie. Lokaj zeskoczył z kozła, wyciągnął czarny parasol, otworzył drzwi i przytrzymał parasol nad głową Jonathana Strange’a.

Strange przystanął na chwilę, by włożyć rękawiczki i rozejrzeć się po Elder Street. Poza dwoma kundlami, pracowicie grzebiącymi w stercie odpadków, ulica była pusta, ale on wciąż się rozglądał, aż wreszcie zauważył wejście po drugiej stronie ulicy.

Wyglądało najzwyczajniej w świecie, jak wejście do składu kupieckiego lub czegoś w tym rodzaju. Trzy zniszczone kamienne schodki wiodły do olbrzymich czarnych drzwi, zwieńczonych wielkim, wystającym frontonem. Prawie całe drzwi oklejono podartymi plakatami teatralnymi oraz obwieszczeniami informującymi czytelnika, że tego a tego dnia w takim a takim pubie zostanie wystawiony na sprzedaż cały dobytek pana takiego a takiego (w stanie upadłości).

— George — powiedział Strange do lokaja, który trzymał parasol. — Umiesz rysować?

— Słucham, proszę pana?

— Czy ktokolwiek uczył cię rysować? Rozumiesz zasady? Pierwszy plan, tło, perspektywa, tego typu zagadnienia?

— Ja, proszę pana? Nie, proszę pana.

— Szkoda. Mnie tego uczono. Mógłbym ci namalować pejzaż lub portret idealnie udany i idealnie nieciekawy. Podobnie jak każdy inny wykształcony amateur. Twoja zmarła pani nie pobierała lekcji malunku jak ja, miała jednak więcej talentu. Jej akwarele przedstawiające ludzi i dzieci przeraziłyby modnego nauczyciela rysunku. Uznałby, że postaci są zbyt sztywne, a kolory zbyt jaskrawe. Ale pani Strange potrafiła uchwycić zarówno wyraz twarzy, jak i pozę, znajdowała urok i dowcip w najzwyklejszych sytuacjach. W jej obrazach jest coś żywotnego i ładnego, co… — urwał i przez chwilę milczał. — Co takiego mówiłem? A tak. Rysowanie wyrabia nawyk bacznej obserwacji, zawsze przydatny. Weźmy choćby to wejście…

Lokaj posłusznie spojrzał we wskazanym kierunku.

— Dziś jest zimno, ciemno, pada. Nie wyszło słońce, brak zatem cienia. Można by pomyśleć, że wnętrze będzie ponure i pogrążone w półmroku. Trudno spodziewać się tam cienia — jednak jest, tam, od lewej do prawej, pogrążył lewą stronę wejścia w całkowitym mroku. Mam chyba rację, twierdząc, że nawet gdyby dziś było jasno i słonecznie, światło padałby z drugiej strony. Ten cień budzi moje podejrzenia. Coś takiego nie występuje w naturze.