Lokaj zerknął na stangreta, szukając wsparcia, ten jednak postanowił nie brać udziału w dyskusji i tylko patrzył przed siebie.
— Rozumiem, proszę pana — powiedział lokaj. Strange wciąż oglądał wejście z taką samą zamyśloną i zainteresowaną miną.
— Childermass! — krzyknął nagle. — To ty?!
Przez chwilę nic się nie działo. Potem mroczny cień, który tak niepokoił Strange’a, drgnął. Odlepił się od wejścia jak mokre prześcieradło zdarte z łóżka i w tej samej chwili skurczył się, zmienił i stał człowiekiem: Johnem Childermassem.
Childermass uśmiechnął się drwiąco.
— No cóż, mogłem przewidzieć, że nie zdołam się zbyt długo przed panem ukrywać.
Strange prychnął.
— Spodziewałem się ciebie w tygodniu. Gdzie byłeś?
— Mój pan posłał po mnie dopiero wczoraj.
— Jak on się miewa?
— Bardzo źle, proszę pana, bardzo źle. Trapią go przeziębienia, migreny, drżą mu kończyny. Jak zawsze, gdy ktoś go rozdrażni, a nikt nie drażni go tak jak pan.
— Miło mi to słyszeć.
— Przy okazji, chciałem panu powiedzieć, że na Hanover Square czeka na pana honorarium z Ministerstwa Skarbu i admiralicji za ostatni kwartał 1814 roku.
Strange szeroko otworzył oczy.
— Norrell naprawdę chce się ze mną podzielić? Byłem pewien, że te pieniądze przepadły na dobre.
— Pan Norrell nic o nich nie wie. — Childermass uśmiechnął się do niego. — Mam przynieść pieniądze wieczorem?
— Naturalnie. Nie będzie mnie w domu, ale przekaż je Jeremy’emu. Powiedz mi coś, Childermass. Czy Norrell wie, że potrafisz być niewidzialny i zamieniać się w cień?
— Och, liznąłem tego i owego. W końcu służę panu Norrellowi od dwudziestu sześciu lat. Musiałbym być bardzo głupi, gdybym niczego się nie nauczył.
— No tak, naturalnie. Ale nie o to pytałem. Czy Norrell wie?
— Nie, proszę pana. Podejrzewa, ale woli nie wiedzieć. Mag, który spędza całe życie w pokoju pełnym ksiąg, musi zatrudniać kogoś, kto będzie załatwiał za niego rozmaite sprawy. Nie wszystko można znaleźć w srebrnym naczyniu z wodą. Sam pan o tym wie.
— Hm… Chodź, kolego. Zobaczysz to, co miałeś zobaczyć.
Dom wydawał się bardzo zaniedbany, wręcz opuszczony. Ramy okienne i farba były brudne, okiennice pozamykane. Strange i Childermass czekali na chodniku, podczas gdy lokaj pukał do drzwi. Strange miał parasol, Childermass zaś nie zwracał uwagi na deszcz.
Przez dłuższy czas nic się nie działo. W pewnym momencie jednak lokaj zrobił krok do przodu i zaczął rozmawiać z kimś ukrytym w cieniu drzwi. Ktokolwiek to był, lokaj Strange’a nie darzył go szczególnym poważaniem: jego zmarszczone brwi, poza (obie ręce na biodrach), sposób, w jaki zwracał się do rozmówcy, sugerowały ogromne zniecierpliwienie.
Po chwili drzwi otworzyła bardzo mała, bardzo brudna i bardzo przestraszona służąca.
Jonathan Strange, Childermass i lokaj weszli do środka, a potem każdy spojrzał z góry na dziewczynę. Biedaczka śmiertelnie się przeraziła, że patrzy na nią tylu wysokich i wyglądających na bardzo ważnych panów.
Strange nie zawracał sobie głowy przedstawianiem się — było mało prawdopodobne, by dziewczyna powtórzyła jego nazwisko. Ruchem głowy dał Childermassowi do zrozumienia, by za nim podążył, po czym wbiegł po schodach i bez ceregieli wszedł do jednego z pokojów. Tam, w nikłym świetle wielu świec płonących w dziwnej mgle (wydawało się, że w domu panuje całkiem odmienna pogoda), stali rytownik monsieur Minervois i jego asystent monsieur Forcalquier.
Monsieur Minervois był niewysoki i raczej wątły. Miał długie włosy, cienkie, ciemne, błyszczące i miękkie jak pasma brązowego jedwabiu. Opadały mu na ramiona i twarz za każdym razem, gdy pochylał się nad ryciną, czyli niemal bez przerwy. Jego oczy też były niezwykłe — duże, łagodne i brązowe, sugerujące południowe pochodzenie. Rysy monsieur Forcalquiera tworzyły uderzający kontrast z niezwykłą urodą jego pana. Asystent miał kościstą twarz, zapadnięte oczy i głowę porośniętą jasną szczeciną. Nieco przypominał upiora, a raczej trupa; na szczęście zdradzał niezwykle dobre maniery.
Obaj panowie uciekli z Francji, jednakże rozróżnienie uchodźcy i wroga było zbyt trudne dla mieszkańców Spitalfields. Monsieur Minervois i monsieur Forcalquiera powszechnie uznawano za francuskich szpiegów. Wiele musieli wycierpieć z powodu tego niesprawiedliwego osądu: hordy dzieciaków ze Spitalfields uważały, że najlepszym zajęciem jest czajenie się na obu Francuzów, a następnie bicie ich i tarzanie w piachu, którego w Spitalfields było pod dostatkiem. Sąsiedzi okazywali Francuzom swoją niechęć poprzez opryskliwe traktowanie i odmowę sprzedaży wszystkiego, co było im potrzebne. Strange nieco pomógł, prowadząc mediacje między monsieur Minervois i jego gospodarzem, dzięki czemu ten nieco lepiej zrozumiał sytuację lokatora. Ponadto Strange wysyłał Jeremy’ego Johnsa do okolicznych pubów, by służący pił tam gin i wdawał się w rozmowy, dzięki czemu okoliczni mieszkańcy dowiedzieli się, że obaj Francuzi są protegowanymi jednego z dwóch angielskich magów.
— I — oświadczył Strange, unosząc palec — jeśli powiedzą ci, że Norrell jest potężniejszy, puść to mimo uszu, ale poinformuj ich, że ja mam mniej cierpliwości i że łatwiej mnie zdenerwować, obrażając mych przyjaciół.
Monsieur Minervois i monsieur Forcalquier byli wdzięczni Strange’owi, ale tak ponure okoliczności sprawiły, iż już dawno doszli do wniosku, że ich najlepszą przyjaciółką jest brandy, popijana regularnie od samego rana.
Nie opuszczali domu na Elder Street. Okiennice pozostawały zamknięte dniem i nocą ze względu na niegościnne sąsiedztwo. Żyli i mieszkali przy blasku świec i już dawno zerwali wszelkie kontakty z zegarami. Przybycie Strange’a i Childermassa ich zdumiało, gdyż byli przekonani, że jest środek nocy. Mieli jedną służącą — łatwowierną sierotkę, która ich nie rozumiała, czuła przed nimi lęk i której imienia nie znali. Ale na swój sposób obaj byli dla niej dobrzy i dali jej własny pokój z łóżkiem, z piernatami i pościelą, więc uważała ten ponury dom za raj. Jej obowiązki polegały na kupowaniu pożywienia, brandy i opium. Brandy i opium Francuzi zatrzymywali dla siebie, dziewczyna zaś dostawała większość jedzenia. Przynosiła im również i podgrzewała wodę do kąpieli i golenia. Obaj byli raczej próżni, jednakże zdradzali całkowitą obojętność na brud i nieporządek panujące w domu, no i bardzo dobrze, gdyż sierotka tak się znała na prowadzeniu gospodarstwa jak na klasycznym hebrajskim.
Wszędzie leżały płachty grubego papieru i szmaty poplamione atramentem. W pokoju piętrzyły się cynowe naczynia z wyschniętymi skórkami sera oraz garnki z piórami do rysowania i kawałkami węgla drzewnego. Znajdował się tam też zeschnięty pęk selera, który z korzyścią dla siebie rósł zbyt długo i zbyt swobodnie w bliskim sąsiedztwie węgla drzewnego. Cała boazeria była pokryta pociemniałą, brudną tapetą oraz rycinami i rysunkami przypiętymi bezpośrednio do drewna. Jeden z wizerunków wyjątkowo wiernie przedstawiał Strange’a.
Z tyłu domu, na brudnym i małym podwórku rosła jabłoń, która niegdyś była drzewem wiejskim. Sytuacja się zmieniła, gdy nadciągnął szary Londyn i wchłonął ładną zieloną okolicę. Kilka lat temu ktoś w przypływie przedsiębiorczości zerwał z drzewa wszystkie jabłka i poukładał na parapetach, gdzie spoczywały do dziś. Z początku zmieniły się w stare jabłka, potem w napuchnięte jabłkowe truchła, a na koniec w nieledwie duchy jabłek. Miejsce miało wyrazisty zapach, w którym mieszała się woń atramentu, papieru, węgla, brandy, opium, wyschniętych jabłek, świec, kawy. Wszystko to razem tworzyło wyjątkowe perfumy, wydzielane przez pracujących dniem i nocą na niewielkiej przestrzeni dwóch mężczyzn, którzy nigdy nie otwierali okien.