Выбрать главу

Prawda była taka, że Minervois i Forcalquier często zapominali, że na tej planecie są miejsca takie jak Spitalfields albo Francja. Całymi dniami żyli w małym wszechświecie rycin do księgi Strange’a, które były bardzo dziwne.

Ilustracje ukazywały wielkie korytarze wyglądające na stworzone z cienia. Ciemne otwory w ścianach sugerowały, że znajdują się tam inne korytarze, tak jakby ryciny przedstawiały labirynt lub coś w tym rodzaju. Część obrazków zawierała szerokie schody prowadzące do podziemnych kanałów. Na niektórych widniały rozległe ponure wrzosowiska z wijącą się zapomnianą drogą. Widz patrzył na tę scenę z wielkiej wysokości. W oddali na drodze widniał cień, zaledwie rysa na jasnym tle, zbyt daleko, by dało się stwierdzić, czy to mężczyzna, kobieta lub dziecko, albo w ogóle człowiek. Niemniej jego obecność na tym odludziu była niezwykle niepokojąca.

Jeden obrazek ukazywał samotny most przerzucony nad rozległą mglistą próżnią, być może niebem. Most skonstruowano z tych samych masywnych kamieni co korytarze i kanały, ale z obu jego stron odchodziły maleńkie schodki, przyczepione do potężnych filarów. Wyglądały mniej solidnie niż sam most, a wiele z nich wiło się przez chmury i zdążało ku niezbadanej przestrzeni w dole.

Strange pochylał się nad rycinami z nie mniejszym skupieniem niż Minervois, pytając, krytykując i szkicując rozmaite propozycje. Rozmawiali z sobą po francusku. Ku zdumieniu Strange’a Childermass świetnie wszystko pojmował i nawet zadał jedno czy dwa pytania w ojczystym języku Minervois. Niestety, jego francuszczyzna była tak naznaczona akcentem z hrabstwa York, że zdumiony Minervois, który nic nie zrozumiał, spytał Strange’a, czy Childermass jest Holendrem.

— Rzecz jasna, te scenki są zbyt romańskie, jak prace Palladia albo Piranesiego — mruknął Strange do Childermassa. — Nic nie mogą na to poradzić, tak ich nauczono, nie da się wykorzenić starych nawyków. Jako mag też nigdy nie będę Strange’em czy też może raczej stuprocentowym Strange’em — za dużo we mnie Norrella.

— To właśnie widział pan na Królewskich Traktach? — spytał Childermass.

— Tak.

— A co to za kraina, nad którą biegnie ten most?

Strange popatrzył drwiąco na Childermassa.

— Nie wiem, magu. Co ty o tym sądzisz?

— To zapewne Faerie. — Childermass wzruszył ramionami.

— Być może. Zaczynam jednak sądzić, że to, co nazywamy Faerie, składa się z wielu krain. Równie dobrze można by powiedzieć „gdziekolwiek”. Znaczyłoby dokładnie to samo.

— Jak daleko są te miejsca?

— Niedaleko. Szedłem tamtędy z Covent Garden i obejrzałem je wszystkie w półtorej godziny.

— Czy ta magia jest trudna?

— Nie bardzo.

— Powie mi pan, co to za zaklęcie?

— Ależ z wielką przyjemnością. Musisz użyć zaklęcia objawienia, ja posłużyłem się Doncasterem. A potem dezintegracji, by rozpuścić taflę zwierciadła. W księgach, które znam, można natrafić na mnóstwo zaklęć dezintegracyjnych, ale według mnie są nic niewarte, więc musiałem wymyślić własne. Zapiszę ci je, jeśli sobie życzysz. Na koniec należy połączyć obydwa te zaklęcia z zaklęciem odnajdywania dróg. To ważne, inaczej nie zdołałbyś się wydostać. — Strange urwał i popatrzył na Childermassa. — Nadążasz za mną?

— Bez problemu.

— To dobrze. — Znowu zapadła cisza, po czym Strange powiedział: — Czy nie pora, Childermass, żebyś odszedł ze służby pana Norrella do mnie? Darujemy sobie te bzdury ze służącym. Będziesz moim uczniem i asystentem.

Childermass wybuchnął śmiechem.

— Bardzo panu dziękuję! Dziękuję! Ale pan Norrell i ja nie załatwiliśmy naszych spraw. Jeszcze nie. Poza tym byłbym bardzo złym uczniem — chyba nawet gorszym niż pan.

Strange z uśmiechem zastanawiał się przez chwilę nad jego słowami.

— To dobra odpowiedź — powiedział w końcu. — Ale obawiam się, że nie dość dobra. Nie wierzę, że naprawdę trzymasz stronę Norrella. Jeden mag w Anglii! Jedna opinia o magii! Chyba się z tym nie zgadzasz? Masz charakter równie przekorny jak ja. Przejdź na moją stronę i wykłócaj się ze mną.

— Przecież wtedy musiałbym się z panem zgadzać, prawda? Nie wiem, jak skończy się spór pana i Norrella. Prosiłem karty, by mi to zdradziły, ale odpowiedź mi się wymyka. Przyszłość jest zbyt skomplikowana dla kart, a ja nie potrafię postawić odpowiedniego pytania. Powiem panu, co zrobię. Złożę obietnicę. Jeśli pan przegra, a pan Norrell zwycięży, wtedy rzeczywiście odejdę ze służby. Wesprę pańskie starania, sprzeciwię mu się z całą swoją mocą i znajdę argumenty, które go zdenerwują. Nadal będzie dwóch magów w Anglii i dwie opinie o magii. Jeśli jednak to on przegra, postąpię tak samo w stosunku do pana. Odpowiada to panu?

— Tak, odpowiada. — Strange uśmiechnął się do niego. — Wracaj do pana Norrella i złóż mu wyrazy uszanowania. Powiedz, że mam nadzieje, iż uszczęśliwią go odpowiedzi, których ci udzieliłem. Jeśli chciałby wiedzieć coś jeszcze, będę u siebie jutro około czwartej.

— Dziękuję panu. Był pan bardzo szczery i otwarty.

— Czemu nie? To Norrell lubuje się w sekretach, nie ja. Nie powiedziałem ci niczego, czego nie ma w mojej książce. Mniej więcej za miesiąc każdy obywatel w tym królestwie będzie mógł to przeczytać i wyrobić sobie własną opinię. Naprawdę nie wiem, jak Norrell miałby temu zapobiec.

Rozdział piąty

Odludzie i szaleństwo

marzec 1816

Kilka dni po wizycie u rytowników Strange zaprosił sir Waltera oraz lorda Portisheada na kolację. Obaj dżentelmeni biesiadowali z nim przy wielu okazjach, ale w domu na Soho Square pojawili się po raz pierwszy od śmierci pani Strange. Od razu dostrzegli smutne zmiany. Mag najwyraźniej powrócił do kawalerskich nawyków. Stół i krzesła tonęły pod stosami dokumentów, na wpół ukończone rozdziały jego książki można było znaleźć w każdym kącie domu, a w salonie notatki pojawiały się nawet na tapetach.

Sir Walter pochylił się, by usunąć stos książek z krzesła.

— Nie, nie! — wykrzyknął Strange. — Zostaw to! Leżą w ściśle określonym porządku.

— Ale gdzie ja mam usiąść? — spytał sir Walter z niejakim zdumieniem.

Strange jęknął niecierpliwie, jakby pytanie było zupełnie niedorzeczne, usunął jednak książki. Tylko raz zapomniał się podczas tej czynności i zatonął w lekturze. Gdy dwukrotnie przeczytał stosowny ustęp i zanotował swoje spostrzeżenia na tapecie, znów mógł zająć się gośćmi.

— Miło mi widzieć pana — powiedział do lorda portisheada. — Pytałem wszystkich o Norrella, a on zapewne wypytywał o mnie. Liczę na to, że ma mi pan dużo do powiedzenia.

— Już wszystko ci powiedziałem — wtrącił sir Walter z wyrzutem.

— Tak, tak. Mówiłeś mi, gdzie był, z kim rozmawiał i co sądzą o nim ministrowie, ale ja pytam jego lordowską mość o magię, a to, co ty wiesz o magii…

— …nie zapełniłoby nawet centymetra na tapecie? — podsunął sir Walter usłużnie.

— No właśnie. Proszę mówić, wasza lordowską mość. Co ostatnio porabia pan Norrell?

— Na prośbę lorda Liverpoola pracuje nad zaklęciem, dzięki któremu Napoleon Bonaparte nigdy już nie ucieknie — odparł lord Portishead. — Studiuje Dysertacje o Królestwie Światła i Królestwie Mroku. Chyba dokonał pewnych odkryć.