— Jakich? — spytał Strange zaniepokojony. — W Dysertacjach?
— Znalazł coś na stronie siedemdziesiątej drugiej w wydaniu Cromforda. Nowe zastosowanie zaklęcia przywołania śmierci. Niezbyt dobrze to rozumiem. Pan Norrell uważa chyba, że tę samą zasadę można zastosować do leczenia przypadłości ludzi i zwierząt, zmuszając chorobę, by wyszła z ciała, całkiem jak demon.
— Ach, to! — wykrzyknął Strange z ulgą. — Tak, tak! Doszedłem do tego w czerwcu zeszłego roku. A więc Norrell dopiero teraz na to wpadł?! Wybornie!
— Wielu ludzi dziwi się, że nie wziął po panu ucznia — ciągnął lord Portishead. — Wiem, że otrzymał mnóstwo zgłoszeń. Ale nikogo nie przyjął. Chyba nawet nie rozmawiał z tymi młodymi ludźmi ani nie odpowiadał na ich listy. Ma bardzo wysokie wymagania, a nikt nie może się równać z panem.
— Jest tak, jak się spodziewałem. — Strange uśmiechnął się do niego. — Ledwie toleruje istnienie drugiego maga. Na wieść o trzecim chyba padłby trupem. Wkrótce go pokonam. W walce o charakter angielskiej magii udział weźmie tylko jeden norelicki mag i dziesiątki strandżystów. A przynajmniej tylu, ilu zdołam wyuczyć. Zastanawiam się, czy nie zrobić z Jeremy’ego Johnsa kogoś w rodzaju anty-Childermassa. Mógłby jeździć po kraju w poszukiwaniu osób, które Norrell i Childermass odsunęli od magii, i namawiać je, by znów się nią zajęły. Już rozmawiałem z kilkoma młodymi ludźmi. Dwaj czy trzej wydają się wielce obiecujący. Młodszy syn lorda Chaldecotta, Henry Purfois, czytał bardzo wiele czwartego sortu książek o magii i piątego sortu biografii magów. Przez te lektury rozmowa z nim jest nieco nużąca, ale trudno winić o to biedaka. Jest jeszcze William Hadley-Bright, jeden z adiutantów Wellingtona spod Waterloo, i dziwny mały człowieczek, Tom Levy, obecnie zatrudniony jako tancmistrz w Norwich.
— Tancmistrz? — Sir Walter zmarszczył brwi. — Czy naprawdę powinniśmy zachęcać takich ludzi do praktykowania magii? Chyba wasza profesja powinna być zarezerwowana dla dżentelmenów?
— Niby dlaczego? Poza tym Levy najbardziej przypadł mi do gustu. To jedyna znana mi osoba, która uważa, że magia powinna służyć rozrywce, i tylko on z całej trójki rzucił jakiekolwiek zaklęcie. Sprawił, że rama okienna porosła gałęziami i liśćmi. Pewnie zachodziliście w głowę, dlaczego tak wygląda.
— Prawdę mówiąc, pokój pełen jest tylu osobliwości, że nawet nie zauważyłem — przyznał sir Walter.
— Oczywiście Levy nie chciał tego tak zostawić — dodał Strange. — Nie potrafił jednak zdjąć zaklęcia, a ja również nie. Chyba muszę poprosić Jeremy’ego o sprowadzenie stolarza.
— Cieszy mnie, że znalazłeś tylu odpowiednich młodzieńców — powiedział sir Walter. — To dobrze wróży angielskiej magii.
— Mam też kilka podań od młodych dam — oznajmił Strange.
— Dam?! — wykrzyknął lord Portishead.
— Naturalnie! Nie ma powodów, dla których kobiety nie mogłyby studiować magii. To kolejne z błędnych przekonań Norrella.
— Hm. Przybywa ich z chwili na chwilę — mruknął sir Walter.
— Czego?
— Błędnych przekonań Norrella.
— Co masz na myśli?
— Nic! Nic! Nie obrażaj się. Zauważyłem jednak, że nic nie wspomniałeś o przyjmowaniu kobiet na uczennice.
— Chodzi o stronę praktyczną, tylko tyle — westchnął Strange. — Mag i jego uczeń muszą spędzać razem dużo czasu na lekturze i dyskusjach. Gdyby Arabella nie umarła, pewnie przyjmowałbym uczennice. Teraz jednak musiałbym zadbać o przyzwoitki i pamiętać o innych nudziarstwach, do których chwilowo brak mi cierpliwości. Moje badania są ważniejsze.
— A jakie nowe zaklęcie nam pan zaprezentuje? — spytał zaciekawiony lord Portishead.
— Ach! Cieszę się, że zadał pan to pytanie. Długo się na tym zastanawiałem. Jeśli odnowa angielskiej magii ma rzeczywiście nastąpić, a raczej jeśli nie ma zależeć wyłącznie od Gilberta Norrella, muszę się nauczyć czegoś nowego. Nowe zaklęcia nie powstają jednak ot tak. Mógłbym powędrować na Królewskie Trakty i poszukać krain, gdzie magia jest regułą, nie wyjątkiem.
— Dobry Boże! — jęknął sir Walter. — Znów to samo! Oszalałeś? Myślałem, że obaj doszliśmy do wniosku, iż Królewskie Trakty są zbyt niebezpieczne, by usprawiedliwić…
— Tak, tak! Dobrze znam twoją opinię. Wystarczająco długo wykładałeś mi swoje poglądy na ten temat. Pozwól mi skończyć, tylko wymieniam możliwości. Nie pójdę na Królewskie Trakty. Dałem słowo mojej… dałem słowo Arabelli, że tego nie zrobię.
Zapadła cisza. Strange westchnął, a jego twarz przybrała ponury wyraz. Z pewnością myślał o czymś — albo o kimś — innym.
— Zawsze miałem wielkie zaufanie do opinii pani Strange — zauważył sir Walter cicho. — Stanowczo powinieneś iść za jej radą. Strange, rozumiem, że pragniesz zająć się nowymi czarami — każdy uczony by tego chciał… Ale chyba jedyną bezpieczną możliwością jest nauka magii z ksiąg?
— Ależ mnie brakuje ksiąg! — krzyknął Strange. — Dobry Boże! Obiecuję ci, że będę łagodnym jak baranek domatorem, jeśli tylko rząd ustanowi prawo nakazujące Norrellowi udostępnienie mi biblioteki! Ale jako że ministrowie nie wyświadczą mi tej przysługi, muszę pogłębiać wiedzę w każdy możliwy sposób.
— Co pan zrobi? — spytał lord Portishead.
— Wezwę elfa — odparł Strange błyskawicznie. — Już kilka razy próbowałem.
— Czy pan Norrell nie głosi, że wzywanie elfów jest bardzo niebezpieczne? — spytał sir Walter.
— Nie ma takiej rzeczy, której Norrell nie uważałby za bardzo niebezpieczną — odparł Strange poirytowanym tonem.
— To prawda. — Sir Walter nie zamierzał protestować, w końcu wzywanie elfów było przyjętym od wieków elementem angielskiej magii. Robili to wszyscy aureaci i pragnęli robić wszyscy argenci.
— Jest pan pewien, że to w ogóle możliwe? — zapytał lord Portishead. — Większość autorytetów zgodnie twierdzi, że elfów nie ma już w Anglii.
— Panuje takie przekonanie — przytaknął Strange. — Ale jestem niemal pewien, że znalazłem się w towarzystwie elfa w listopadzie 1814 roku, mniej więcej na miesiąc lub dwa przed moim rozstaniem z Norrellem.
— Coś podobnego! — wykrzyknął lord Portishead.
— Nigdy o tym nie wspominałeś — zauważył sir Walter.
— Nie mogłem o tym wspomnieć — odparł Strange. — Gdybym szepnął choć słówko, moje terminowanie u Norrella byłoby zagrożone. Dostałby białej gorączki na samą wzmiankę o elfie.
— Jak wyglądał? — spytał lord Portishead.
— Elf? Nie mam pojęcia. Nie widziałem go, tylko słyszałem. Grał. Był tam też ktoś jeszcze, kto moim zdaniem, i słyszał go, i widział. Proszę sobie wyobrazić korzyści płynące z przebywania z taką istotą. Żaden mag, zmarły ani żywy, nie mógłby mnie nauczyć tyle co elf.
Elfy to źródło wszystkiego, czego pożądamy my, magowie. Magia to ich chleb powszedni! Co do złych stron… Cóż, szkopuł w tym, że nie mam pojęcia, jak go wezwać. Rzucam zaklęcia całymi dziesiątkami, zrobiłem wszystko, co — według tego, o czym słyszałem lub czytałem — powinno sprawić, że ten elf wróci. Na próżno. Za nic nie mogę wydedukować, po co Norrell traci tyle energii na zabranianie czegoś, czego i tak nikomu nie udaje się dokonać. Mój Boże, pewnie nie zna pan żadnych zaklęć przywołujących elfy?
— Wiele — odrzekł lord Portishead. — Jestem jednak pewien, że już je pan wypróbował. To my oczekujemy od pana odtworzenia wszystkiego, co przepadło.