Выбрать главу

— Och, czasem myślę, że nic nie przepadło — westchnął Strange. — Tak naprawdę wszystko jest w bibliotece w Hurtfew.

— Mówiłeś, że był tam jeszcze ktoś, kto zarówno widział, jak i słyszał elfa? — spytał sir Walter.

— Tak.

— Rozumiem, że tym kimś nie był Norrell.

— Nie.

— Doskonale. Co mówił ten człowiek?

— Był… zagubiony. Sądził, że widzi anioła, ale ze względu na jego tryb życia i stan umysłu nie uznał tego za tak niezwykłe, jak mogłoby się nam wydawać. Bardzo was przepraszam, ale dyskrecja nie pozwala mi zdradzać szczegółów.

— Tak, tak! To zrozumiałe! Ale twój towarzysz widział elfa. Czemu?

— Och, wiem czemu. Ma w sobie coś bardzo szczególnego…

— Nie możesz się tym posłużyć? Strange zastanawiał się przez chwilę.

— Nie bardzo wiem jak. To zwykły przypadek, tak jak to, że człowiek czasem rodzi się z jednym okiem niebieskim, a drugim brązowym. — Przez chwilę siedział w milczeniu. — A może nie. Może masz rację. To wcale nie jest takie niezwykłe, jeśli się nad tym zastanowić. Weźmy chociażby aureatów. Część z nich niemal dorównywała elfom w obłędzie! Pomyślcie tylko o Ralphie Stokesey’u i jego elfim słudze, Colu Tomie Blue! Kiedy Stokesey był młody, właściwie nie dawało się ich odróżnić. Może jestem zbyt łagodnym, zbyt udomowionym magiem? Ale jak wypracować w sobie szaleństwo? Codziennie spotykam wariatów na ulicy, lecz do tej pory nigdy się nie zastanawiałem, dlaczego oszaleli. Może powinienem samotnie błądzić po wrzosowiskach i pustych wybrzeżach? To miejsca ulubione przez wariatów — przynajmniej w powieściach i sztukach. Może dzika Anglia sprawi, że oszaleję.

Strange wstał i podszedł do okna w salonie, jakby zamierzał się stąd poprzyglądać dzikiej Anglii, lecz ujrzał tylko bardzo zwyczajny Soho Square w gęstej mżawce.

— Chyba trafiłeś w sedno, Pole.

— Ja? — Sir Walter wydawał się nieco zaniepokojony kierunkiem rozmowy. — Nie zamierzałem sugerować niczego w tym rodzaju.

— Ależ drogi panie — zwrócił się do Strange’a łagodny lord Portishead. — Na pewno nie mówi pan poważnie. Człowiek o takiej erudycji nie może sugerować, że zostanie… włóczęgą. To bardzo… szokująca myśl.

Strange skrzyżował ręce na piersiach, raz jeszcze popatrzył na Soho Square i powiedział:

— Nie, dziś nigdzie nie idę. — A potem uśmiechnął się szyderczo i wyglądał niemal tak jak dawniej. — Poczekam, aż przestanie padać.

Rozdział szósty

Historia i zastosowanie angielskiej magii

kwiecień–koniec września 1816

Przyjaciele Strange’a z ulgą przyjęli jego zapewnienie, że nie zamierza rezygnować ze swych wygodnych domów, przyzwoitego dochodu oraz służby, by zostać wagabundą i znosić kaprysy pogody. Mimo to niewielu odczuwało całkowity spokój w związku z jego nowymi poczynaniami. Mieli poważne podstawy do obaw, że zatracił hamulce i gotów jest angażować się we wszystkie formy magii. Obietnica złożona Arabelli chwilowo powstrzymywała go przed korzystaniem z Królewskich Traktów, ale żadne ostrzeżenia sir Waltera nie mogły sprawić, by Strange przestał nieustannie mówić i myśleć o Johnie Uskglassie oraz jego elfich poddanych.

Pod koniec kwietnia trzej nowi uczniowie maga, czcigodny Henry Purfois, William Hadley-Bright i Tom Levy, tancmistrz, wynajęli sobie lokum w pobliżu Soho Square. Każdego dnia przychodzili do domu Strange’a, by zgłębiać magię. Podczas przerw w kierowaniu ich magiczną edukacją Strange pracował nad książką i zaklęciami dla armii oraz Kompanii Wschodnioindyjskiej. Ponadto otrzymał oferty z propozycjami nawiązania współpracy z Korporacją Liverpoolską oraz Stowarzyszeniem Przedsiębiorców Handlowych z Bristolu.

Fakt, że Strange nadal będzie otrzymywał zlecenia od oficjalnie funkcjonujących organizacji (czy też w ogóle od kogokolwiek), do tego stopnia wstrząsnął panem Norrellem, że ten poskarżył się samemu premierowi, lordowi Liverpoolowi.

Ten nie okazał mu zrozumienia.

— Generałowie mogą postępować wedle swego uznania, drogi panie. Rząd nie wtrąca się w sprawy wojska, o czym pan świetnie wie. Generałowie przez kilka lat zatrudniali pana Strange’a jako swojego maga i nie widzą powodu, by rezygnować z jego współpracy tylko dlatego, że panowie się pokłócili. Jeśli chodzi o Kompanię Wschodnioindyjską, powiedziano mi, że jej władze najpierw zgłosiły się do pana, ale odmówił im pan wsparcia.

Pan Norrell gwałtownie zamrugał oczkami.

— Moja praca dla rządu — w istocie dla pana, lordzie — pochłania mnóstwo czasu. Żadną miarą nie mogę jej zaniedbywać na rzecz prywatnej instytucji.

— Szanowny panie, proszę mi wierzyć, że jesteśmy panu wdzięczni. Nie muszę jednak panu objaśniać, jak istotne jest powodzenie Kompanii Wschodnioindyjskiej dla dobrobytu państwa, a Kompania ogromnie potrzebuje maga. Kieruje ona flotą zdaną na łaskę i niełaskę sztormów oraz niepogody. Administruje rozległymi terytoriami, a jej armie są bezustannie nękane przez indyjskich sobiepanków i bandytów. Pan Strange zgodził się kontrolować pogodę wokół przylądka oraz na Oceanie Indyjskim, a także wyraził gotowość udzielania porad w kwestii owocnego stosowania magii na wrogich terytoriach. Władze Kompanii Wschodnioindyjskiej sądzą, że doświadczenie pana Strange’a nabyte na Półwyspie Iberyjskim okaże się bezcenne. To jeszcze jeden dowód na istniejące w Wielkiej Brytanii ogromne zapotrzebowanie na usługi magów. Drogi panie, nawet przy swojej pracowitości nie może pan być wszędzie i robić wszystkiego — nikt zresztą tego od pana nie oczekuje. Słyszałem, że pan Strange przyjął uczniów. Niewymowną przyjemność sprawiłaby mi informacja, że zamierza pan pójść w jego ślady.

Pomimo aprobaty lorda Liverpoola edukacja trzech nowych magów nie przebiegała sprawniej niż nauka samego Strange’a sześć lat wcześniej. Jedyna różnica polegała na tym, że Strange musiał się zmagać z nieprzystępnością Norrella, młodzi mężczyźni zaś stale borykali się z przygnębieniem oraz niepokojem Strange’a.

Na początku czerwca mag zakończył prace nad pierwszym tomem Historii i zastosowania angielskiej magii. Strange dostarczył dzieło panu Murrayowi i nikogo nie zdziwiło, że następnego dnia poinformował Henry’ego Purfois, Williama Hadleya-Brighta oraz Toma Levy’ego, iż muszą na pewien czas zawiesić swoją magiczną edukację, gdyż podjął decyzję o wyjeździe za granicę.

— Wyborny pomysł! — oznajmił sir Walter, kiedy tylko Strange powiadomił go o swym postanowieniu. — zmiana otoczenia. Zmiana towarzystwa. Właśnie to bym ci polecał. W drogę! W drogę!

— Nie uważasz, że jest zbyt wcześnie? — spytał Strange z niepokojem w głosie. — Można powiedzieć, że zostawię Londyn do dyspozycji Norrella.

— Twoim zdaniem mamy aż tak krótką pamięć? Wierz mi, dołożę wszelkich starań, byśmy nie zapomnieli o tobie w ciągu tych kilku miesięcy. Zresztą wkrótce pojawi się twoja książka, która posłuży nam wszystkim za przypomnienie, jak fatalnie sobie bez ciebie radzimy.

— Racja. Jest książka. Podważenie treści czterdziestu sześciu rozdziałów zajmie Norrellowi wiele miesięcy. Wrócę, nim skończy.

— Dokąd się wybierasz?

— Zapewne do Włoch. Południe Europy zawsze mnie kusiło. Interesowały mnie krajobrazy Hiszpanii — a raczej interesowałyby, gdyby nie było tam pełno żołnierzy i dymu armatniego.

— Liczę, że od czasu do czasu skreślisz kilka słów? Jakieś własne spostrzeżenia?