Выбрать главу

— Magia — oznajmił Shackleton stanowczo. — Myślałem o tym i uważam, że Green ma rację. Jakieś zaklęcie działa na książki oraz na nas.

— Zaklęcie?! — Pan Murray szeroko otworzył oczy. — Tak, z pewnością. Po raz pierwszy doświadczam bezpośredniego działania magii… Nie chcę przechodzić przez to ponownie. Wyjątkowo dziwaczne i nieprzyjemne uczucie. Skąd, u licha, można wiedzieć, jak się zachować, kiedy nic nie jest takie, jakie być powinno?

— Cóż — westchnął Shackleton. — Na pana miejscu zacząłbym od przeprowadzenia konsultacji z innymi księgarzami, aby sprawdzić, czy ich książki również znikają. Przynajmniej byśmy wiedzieli, czy problem jest ogólny, czy dotyczy wyłącznie nas.

Rada wydawała się logiczna. Pan Murray oraz Shackleton włożyli kapelusze i wyszli na słotę, zostawiając sklep pod opieką stażysty. Najbliższa księgarnia należała do Edwardsa i Skitteringa, a mieściła się przy Piccadilly. Kiedy dotarli na miejsce, musieli ustąpić wychodzącemu ze środka lokajowi w niebieskiej liberii, który wynosił pokaźne naręcze książek.

Pan Murray ledwie zdążył pomyśleć, że zarówno lokaj, jak i liberia wyglądają znajomo, a mężczyzna już znikł.

Wewnątrz zastali pana Edwardsa pogrążonego w rozmowie z Johnem Childermassem.

Kiedy Murray i Shackleton weszli, pan Edwards przybrał minę pełną skruchy, lecz Childermass wcale nie wydawał się speszony.

— Ach, pan Murray! — powiedział. — Cieszę się, że pana widzę. Oszczędził mi pan spaceru w deszczu.

— Co się dzieje? — spytał pan Murray. — Co pan wyprawia?

— Wyprawia? Pan Norrell kupuje trochę książek. To wszystko.

— Ha! Jeśli pański mocodawca zamierza usunąć z rynku książkę pana Strange’a poprzez wykupienie całego nakładu, to niech się przygotuje na rozczarowanie. Pan Norrell jest bogatym człowiekiem, niemniej jego fortuna w końcu musi się wyczerpać, a ja mogę drukować książki w takim tempie, w jakim on będzie je kupował.

— Nie — zaprzeczył Childermass. — To się panu nie uda.

Pan Murray popatrzył na pana Edwardsa.

— Robercie! Dlaczego pozwalasz się tak tyranizować?

Biedny pan Edwards wydawał się wyjątkowo nieszczęśliwy.

— Ogromnie mi przykro, ale wszystkie te książki znikały bez śladu. Musiałem zwrócić pieniądze ponad trzydziestu klientom. To dla mnie poważna strata. Teraz jednak pan Norrell zaproponował, że wykupi wszystkie moje egzemplarze książki Strange’a i ofiaruje za nie uczciwą kwotę, dlatego…

— Uczciwą?! — krzyknął Shackleton, nie mogąc tego dłużej znieść. — Uczciwą?! Co w tym uczciwego, pytam? Przede wszystkim, kto, pańskim zdaniem, sprawia, że książki znikają?

— Otóż to! — Pan Murray odwrócił się do Childermassa. — Nie zaprzeczy pan chyba, że to wszystko robota Norrella?

— Nie, nie. Przeciwnie, pan Norrell jest gotów wziąć na siebie całą odpowiedzialność. Dysponuje listą powodów i z ochotą przedstawi ją każdemu, kto wyrazi gotowość wysłuchania jego racji.

— A cóż to za powody? — spytał pan Murray chłodno.

— Och, to co zwykle, jak sądzę — odparł Childerrnass, który po raz pierwszy się zawahał. — Właśnie trwa przygotowywanie listu z wyjaśnieniem całej sprawy.

— I pańskim zdaniem jego treść mnie usatysfakcjonuje? List z przeprosinami?

— Przeprosinami? Wątpię, czy pojawi się w nim choć słowo skruchy.

— Zamierzam porozmawiać z moim prawnikiem — zapowiedział pan Murray. — Jeszcze dzisiejszego popołudnia.

— Ależ bardzo proszę. Spodziewaliśmy się tego. Proszę jednak mieć na względzie, że pan Norrell nie chce, by w związku z tą sprawą poniósł pan straty finansowe. Jestem upoważniony do wypisania stosownego przekazu bankowego, kiedy tylko będzie pan w stanie przedłożyć mi podsumowanie wszystkich wydatków związanych z publikacją książki pana Strange’a.

Pan Murray nie oczekiwał takiego obrotu sprawy. Z jednej strony chciał udzielić Childermassowi bardzo nieuprzejmej odpowiedzi, a z drugiej miał świadomość, że Norrell w poważny sposób uszczupla jego finanse i zdecydowanie powinien mu to zrekompensować.

Shackleton dyskretnie trącił pana Murraya w rękę, aby przestrzec go przed pospiesznym podejmowaniem decyzji.

— A co z moim zarobkiem? — spytał pan Murray, starając się zyskać na czasie.

— Och, życzy pan sobie, żeby wziąć pod uwagę także tę kwestię? To chyba uczciwe postawienie sprawy. Porozmawiam o tym z panem Norrellem. — Childermass ukłonił się i opuścił księgarnię.

Nie było powodu, by pozostawali w niej pan Murray i Shackleton. Kiedy tylko wyszli na ulicę, pan Murray odwrócił się do sprzedawcy i polecił:

— Proszę iść na Thames Street — (tam mieścił się magazyn, w którym pan Murray przechowywał swoje książki) — i dowiedzieć się, czy na stanie pozostały jeszcze jakieś książki pana Strange’a. Niech pan nie da się zbyć Jacksonowi zdawkową odpowiedzią. Niech panu pokaże księgi. Proszę mu kazać przeliczyć je i w ciągu godziny przysłać mi rachunek.

Gdy pan Murray powrócił na Albermarle Street, w księgarni zastał trzech młodych mężczyzn. Na jego widok zamknęli książki, natychmiast go otoczyli i wszyscy naraz zaczęli mówić. Rzecz jasna, pan Murray założył, że przyszli do niego w tej samej sprawie co Green.

Ponieważ dwóch z nich było bardzo wysokich, a wszyscy zachowywali się głośno i nerwowo, zaniepokoił się i dał znać stażyście, żeby sprowadził pomoc. Niedoświadczony sprzedawca nawet nie drgnął, z niespotykanym zainteresowaniem obserwując rozwój wypadków.

Dość agresywne okrzyki młodych mężczyzn, takie jak: „Piekielny łotr!” czy „Ohydny kundel!” — nie poprawiły samopoczucia pana Murraya, lecz po chwili zaczął rozumieć, że nie jego obrzucają obelgami, tylko pana Norrella.

— Za przeproszeniem, panowie — odezwał się. — Jeśli nie sprawiłoby to panom zbytniego kłopotu, czy mógłbym się dowiedzieć, kim panowie są?

Młodzi mężczyźni sprawiali wrażenie zaskoczonych. Zakładali, że są lepiej znani. Przedstawili się. Byli to trzej uczniowie Strange’a, oczekujący powrotu swojego mistrza: Henry Purfois, William Hadley-Bright oraz Tom Levy.

William Hadley-Bright oraz Henry Purfois byli wysocy i przystojni, a ciemnowłosy i ciemnooki Tom Levy dosyć drobny. Jak już wcześniej wspomniano, Hadley-Bright i Purfois pochodzili z dobrych angielskich domów, Tom zaś wcześniej zarabiał na życie jako tancmistrz, a wszyscy jego przodkowie byli Żydami. Hadley-Bright i Purfois szczęśliwie niewiele sobie robili z różnic klasowych i rodowodowych. Wiedząc, że Tom jest zdolniejszy od nich, zwracali się do niego we wszystkich sprawach związanych z magiczną edukacją.

Poza mówieniem mu po imieniu (podczas gdy on nazywał ich „panem Purfois” oraz „panem Hadleyem-Brightem”) i oczekiwaniem, że będzie zbierał pozostawione przez nich książki, właściwie traktowali go jak równego sobie.

— Nie możemy siedzieć z założonymi rękoma, kiedy ten łotr, ten potwór niszczy wybitne dzieło pana Strange’a! — oświadczył Henry Purfois. — Panie Murray, proszę dać nam jakieś zajęcie! O nic więcej nam nie chodzi!

— A jeśli będzie się to wiązało z przeszyciem pana Norrella bardzo ostrą szablą, to tym lepiej — dodał William Hadley-Bright.

— Czy któryś z panów mógłby pojechać do Strange’a i sprowadzić go tutaj? — spytał pan Murray.

— Och, z całą pewnością! Hadley-Bright jest najodpowiedniejszą osobą do tego typu zleceń! — zapewnił Henry Purfois. — Pod Waterloo był jednym z adiutantów Wellingtona. Mało co lubi bardziej niż cwałowanie.

— Wie pan może, dokąd pojechał pan Strange? — spytał Tom Levy.