Niemal jeszcze gorsze niż szkoły okazały się sklepy. Kilka przybytków w Londynie rozpoczęło sprzedaż magicznych eliksirów miłości, zaczarowanych zwierciadeł i srebrnych mis, wedle zapewnień producentów specjalnie dostosowanych do wywoływania wizji. Pan Norrell robił, co mógł, by powstrzymać handel, i w „Przyjaciołach Angielskiej Magii” publikował diatryby wymierzone przeciwko temu procederowi. Ponadto nagabywał (z różnym efektem) redaktorów naczelnych periodyków poświęconych magii, by zamieścili artykuły wyjaśniające, że nigdy nie istniało coś takiego jak zaczarowane zwierciadło, a magowie uprawiający ten rodzaj zaklęć (było ich ledwie kilka rodzajów, pan Norrell zaś nie aprobował żadnego z nich) korzystają z normalnych luster. Mimo to magiczne przedmioty sprzedawały się tak dobrze, że sklepikarze ledwie nadążali z zamawianiem dostaw. Niektórzy doszli nawet do wniosku, że powinni zrezygnować z innych zajęć i skoncentrować się wyłącznie na sprzedaży asortymentu magicznego.
Rozdział siódmy
Rodzina Greysteelów
październik–listopad 1816
Campo Santa Maria Zobenigo, Wenecja 16 października 1816
Jonathan Strange do sir Waltera Pole’a
Opuściliśmy terram firmam w Mestre. Gondole były dwie. Panna Greysteel i jej ciotka miały popłynąć jedną, doktor i ja drugą. Najwyraźniej jednak wystąpiła jakaś niejasność w moim włoskim, gdy tłumaczyłem to gondolieri, a może rozkład kufrów i skrzyń panny Greysteel sugerował inne rozwiązanie, sam nie wiem — w każdym razie wypadki nie potoczyły się zgodnie z planem. Pierwsza gondola wypłynęła na lagunę ze wszystkimi Greysteelami, podczas gdy ja wciąż stałem na brzegu. Doktor Greysteel wychylił głowę i zdążył krzyknąć słowa przeprosin, jak na przyzwoitego człowieka przystało, nim jego siostra — która moim zdaniem odczuwa pewien lęk przed wodą — odciągnęła go od burty. Był to wyjątkowo banalny wypadek, niemniej, nie wiedzieć czemu, wyprowadził mnie z równowagi i przez chwilę walczyłem z niezwykle przygnębiającymi wizjami.
Spojrzałem na swoją gondolę. Wiem, wiele słów już padło na temat ponurego wyglądu tego typu jednostek, będących czymś w rodzaju skrzyżowania trumny i łodzi. Mnie jednak przyszła do głowy zupełnie inna myśl — że gondole niesłychanie przypominają pomalowane na czarno, osłonięte ciemnymi zasłonami czarodziejskie skrzynki, znane mi z dzieciństwa, do których magicy z bożej łaski wkładali chustki wieśniaków, monety i puzderka. Bywało, że tego typu akcesoria nigdy nie wracały, nad czym magik oczywiście bardzo ubolewał, lecz „elfy, sir, to niesłychanie frywolne, dokuczliwe stworzenia”. Z kolei wszystkie piastunki oraz kucharki, jakie pamiętam, zawsze miały ciotkę, która znała kobietę, której syn bliskiego kuzyna trafił do takiej skrzynki i już nigdy potem go nie widziano. Gdy stałem na nabrzeżu w Mestre, przyszła mi do głowy koszmarna myśl, że po dotarciu do Wenecji Greysteelowie otworzą gondolę, która powinna mnie tam dowieźć, i nic nie ujrzą w środku. Ta myśl poruszyła mnie do tego stopnia, że przez kilka minut nie myślałem o niczym innym, a w moich oczach pojawiły się łzy. To chyba dowodzi, że stałem się niezwykle nerwowy. To niedorzeczne, by mężczyzna zaczynał się bać tego, że wkrótce zniknie.
Zmierzchało i nasze dwie gondole były czarne jak noc i równie melancholijne. Mimo to niebo przybrało najzimniejszą, najbledszą barwę, jaką można sobie wyobrazić, a morze wiernie odbijało jego kolor. Było całkiem lub prawie całkiem bezwietrznie. Widzieliśmy niezmierzoną przestrzeń nieruchomego, zimnego światła nad sobą i niezmierzoną przestrzeń nieruchomego, zimnego światła pod sobą, lecz miasta przed nami nie oświetlały ani blask zmierzchu, ani błyski światła na wodzie. Wenecja wyglądała jak pokaźna kolekcja cienistych wież oraz pinakli, upstrzonych światełkami i osadzonych na lśniącej wodzie. Kiedy wpłynęliśmy do miasta, woda zaroiła się od odpadków: drzazg, źdźbeł słomy, skórek pomarańczy i głąbów kapusty. Spojrzałem w dół i przez chwilę — tylko przez chwilę — widziałem widmową dłoń. Uwierzyłem, że pod brudną wodą znajduje się kobieta, która chce powrócić do światła. Rzecz jasna, była to tylko biała rękawiczka, niemniej obleciał mnie strach. Mimo to nie musisz się o mnie martwić. Nie brakuje mi zajęć, bo pracuję nad drugim tomem Historii i zastosowania… a kiedy nie piszę, spędzam czas z Greysteelami, którzy z pewnością przypadliby Ci do gustu: są pogodni, niezależni i światli. Przyznaję, że jestem nieco podenerwowany brakiem wiadomości na temat przyjęcia pierwszego tomu. Ufam, że osiągnął wielki sukces. Jestem pewien, że po jego przeczytaniu N. padł na ziemię, zdjęty atakiem zazdrości i z pianą na ustach, lecz nie przestaję mieć nadziei, że ktoś do mnie napisze i zrelacjonuje te fakty.
Campo Santa Maria Zobenigo, Wenecja 27 października 1816
Jonathan Strange do Johna Murraya
…od ośmiu osób o tym, co zrobił Norrell. Och, mógłbym dać się ponieść wściekłości. Mógłbym, śmiem twierdzić, zużyć pióro i własne siły na pisywanie tyrady — lecz w jakim celu? Nie zamierzam dłużej poddawać się władzy tego bezczelnego człowieczka. Powrócę do Londynu wczesną wiosną, tak jak planowałem, i wydrukujemy nowe wydanie. Zatrudnimy prawników. Mam przyjaciół, podobnie jak on. Niech powie w sądzie (jeśli starczy mu odwagi), dlaczego uważa, że Anglicy zdziecinnieli i nie mogą wiedzieć tego, co dla ich dziadów nie było tajemnicą. A jeśli ośmieli się ponownie użyć magii przeciwko mnie, zastosujemy kontrmagię i definitywnie rozstrzygniemy, kto jest Największym Magiem Epoki. Myślę, drogi Panie, że tym razem powinien Pan wydrukować o wiele więcej egzemplarzy niż poprzednio. Był to jeden z najbardziej nagannych czynów Norrella i jestem pewien, że ludzie będą chcieli zobaczyć książkę, która skłoniła go do takiego zachowania. Na marginesie: kiedy będzie Pan drukował nowe wydanie, wprowadzimy do książki poprawki, gdyż dostrzegłem w niej kilka potwornych błędów. Rozdziały szósty i czterdziesty drugi są szczególnie fatalne…
Harley Street, Londyn i października 1816
Sir Walter Pole do Jonathana Strange’a
…księgarz na St Paul’s Churchyard, Titus Watkins, wydrukował niesłychanie bzdurną książkę, którą sprzedaje jako zaginioną Historię i zastosowanie angielskiej magii Strange’a. Lord Portishead powiada, że jej część przepisano z Absaloma, a reszta to zwykłe brednie. Portishead zastanawia się, co uznasz za bardziej obraźliwe: fragmenty z Absaloma czy brednie. Jako przyzwoity człowiek Portishead podkreśla fałsz tej pozycji, gdziekolwiek trafi, niemniej spora grupa ludzi została już oszukana, a Watkins z pewnością nieźle zarobił. Cieszę się, że tak bardzo lubisz pannę Greysteel…
Campo Santa Maria Zobenigo, Wenecja 16 listopada 1816
Jonathan Strange do Johna Murraya
Drogi Panie Murray, Chyba będzie Pan zadowolony, słysząc, że ze zniszczenia Historii i zastosowania angielskiej magii płynie choć trochę korzyści: zakończyłem spór z lordem Byronem. Jego lordowska mość nie ma pojęcia o głębokich kontrowersjach wokół angielskiej magii i, prawdę mówiąc, nic go one nie obchodzą. Żywi jednak nieopisany szacunek wobec książek. Informuje mnie, że stale ma się na baczności, by pańskie przesadnie ostrożne pióro, drogi Panie, nie zmieniło co bardziej zaskakujących słów jego poematów na godniejsze dżentelmena. Gdy usłyszał, że cała książka zniknęła za sprawą pokątnej magii, uprawianej przez wroga autora, wpadł w nieopisaną złość. Przysłał mi długi list, w którym obrzucił Norrella najgorszymi obelgami. Ze wszystkich listów, które otrzymałem przy tej smutnej okazji, ten jest moim ulubionym. Żaden żyjący Anglik nie może się równać z jego lordowska mością pod względem doboru obraźliwych słów. Byron przybył do Wenecji mniej więcej tydzień temu i spotkaliśmy się u Floriana. Przyznaję, że byłem nieco niespokojny, gdyż obawiałem się tej bezczelnej młodej osoby, pani Clairmont, lecz szczęśliwie nigdzie jej nie dostrzegłem. Najwyraźniej odprawił ją jakiś czas temu. Nasze nowe przyjacielskie relacje zostały przypieczętowane odkryciem wspólnego zamiłowania do bilardu: kiedy ja gram, myślę o magii, a kiedy on gra, układa wiersze…