Promienie słońca, zimne i czyste niczym brzęknięcie uderzonego nożem delikatnego kieliszka, padały na mury kościoła Santa Maria Formosa. W tym świetle świątynia była biała jak muszle albo kości, a cienie na bruku błękitne jak niebo.
Drzwi kościoła otworzyły się i na campo wyszła gromadka ludzi. Damy i dżentelmeni byli gośćmi w Wenecji — zwiedzali kościoły, oglądali ołtarze i interesujące obiekty. Teraz, gdy mieli to już za sobą, naszła ich ochota na rozmowę, więc głośną pogawędką wypełnili ciszę tego miejsca, zakłócaną jedynie chlupotem fal. Campo Santa Maria Formosa bardzo przypadło im do gustu. Fasady domów uznali za wspaniałe i nie mogli się ich nachwalić.
Wszystkie te budynki, most oraz kościół chyliły się ku upadkowi, ale to najwyraźniej oczarowało gości. Przyjechali z Anglii, więc dla nich upadek innych narodów był rzeczą najnaturalniejszą pod słońcem. Należeli do rasy obdarzonej taką aprobatą dla własnych talentów (i powątpiewającej w talenty wszystkich innych), że wcale nie zdumiałoby ich, gdyby wenecjanie zupełnie nie zdawali sobie sprawy z uroków własnego miasta. Dopiero musieli tu przybyć oni, Anglicy, by uświadomić im, że jest piękne.
Zakończywszy swe zachwyty, jedna dama zaczęła opowiadać drugiej o pogodzie:
— Wiesz, moja droga, to bardzo dziwne, ale w kościele, kiedy ty i pan Strange spoglądaliście na obrazy, wytknęłam głowę za drzwi i zdało mi się, że pada. Bardzo się przestraszyłam, że zmokniesz.
— Nie, ciociu. Widzisz, kamienie są całkiem suche. Nie ma na nich kropli deszczu.
— No cóż, moja droga, mam nadzieję, że ten wiatr nie będzie ci przeszkadzał. Nieco gwiżdże w uszach. Zawsze możemy poprosić pana Strange’a i papę, żeby przyśpieszyli kroku.
— Dziękuję, ciociu, ale czuję się doskonale. Odpowiada mi ten wietrzyk i zapach morza. Oczyszcza umysł i zmysły. Ale może tobie przeszkadza, ciociu?
— Nie, moja droga. Nie zwracam uwagi na takie rzeczy, jestem bardzo wytrzymała. Myślę wyłącznie o tobie.
— Wiem, ciociu — odparła młoda dama.
Była zapewne świadoma, że blask słońca i wietrzyk, które tak korzystnie wpływają na urodę Wenecji, dzięki którym błękitnieją kanały, a marmury błyszczą tajemniczo, są równie łaskawe dla niej. Nic tak nie podkreślało niemal przezroczystej cery panny Greysteel jak gra światłocienia. Nic tak nie pasowało do jej białej muślinowej sukni jak bryza, która ją unosiła.
— Ach, papa pokazuje panu Strange’owi coś nowego — oświadczyła ciotka. — Floro, moja droga, może chciałabyś zobaczyć…
— Dość już widziałam. Ty idź, ciociu.
Ciotka zatem pospieszyła na drugą stronę campo, panna Greysteel zaś dostojnie weszła na biały mostek obok kościoła, z irytacją stukając czubkiem białej parasolki o kamienie i mamrocząc pod nosem:
— Dość widziałam. O, rzeczywiście, dość widziałam!
Powtórzenie tego tajemniczego zdania chyba nie poprawiło jej nastroju, a nawet przeciwnie, wpędziło ją w większą melancholię. Jeszcze częściej wzdychała.
— Bardzo pani dziś milcząca — odezwał się nagle Strange.
Drgnęła, poruszona. Nie miała pojęcia, że stał tak blisko.
— Tak? Nie zdawałam sobie z tego sprawy. — Skupiła się na widoku i przez chwilę nie odzywała się ani słowem.
Strange oparł się o barierkę, skrzyżował ręce na piersiach i bardzo uważnie przyjrzał się rozmówczyni.
— Milcząca — powtórzył — i chyba trochę smutna. Dlatego właśnie muszę z panią rozmawiać.
To ostatnie zdanie sprawiło, że uśmiechnęła się wbrew sobie.
— Musi pan?
Ale uśmiech i te dwa słowa najwyraźniej ją przygnębiły, gdyż westchnęła i znów odwróciła wzrok.
— W rzeczy samej. Kiedy ja popadam w melancholię, opowiada mi pani radosne rzeczy i poprawia humor, więc muszę się odwdzięczyć. Na tym polega przyjaźń.
— Otwartość i uczciwość, drogi panie. Oto podstawy przyjaźni, przynajmniej moim zdaniem.
— Ach. Uważa mnie pani za człowieka skrytego. Widzę to po pani minie. Może ma pani rację, ale ja… To znaczy… Nie, rzeczywiście ma pani rację. Zapewne moja profesja nie zachęca do…
— Wcale nie miałam na myśli pana profesji — przerwała mu gwałtownie. — Wszystkie zawody wymagają pewnej dyskrecji. To całkiem zrozumiałe.
— Wobec tego nie pojmuję.
— Nieważne. Dołączmy do cioci i papy.
— Nie, chwileczkę, panno Greysteel, tak nie można. Kto, jeśli nie pani, wskaże mi, co powinienem zmienić, jeśli postępuję niewłaściwie? Proszę powiedzieć — niby kogo oszukuję?
Panna Greysteel przez chwilę milczała, a potem odparła z niechęcią:
— Może przyjaciółkę, która odwiedziła pana wczoraj wieczorem?
— Przyjaciółkę?! Wczoraj wieczorem?! Kogo ma pani na myśli?
Panna Greysteel wyglądała na mocno strapioną.
— Młodą kobietę w gondoli, która tak bardzo chciała rozmawiać z panem i przez pół godziny nie dopuszczała do pana nikogo innego.
— Ach! — Strange uśmiechnął się i pokręcił głową. — Nie, wyciągnęła pani niewłaściwe wnioski. To nie jest moja przyjaciółka, tylko lorda Byrona.
— Ach…! — Panna Greysteel poczerwieniała. — Wydawała się raczej wzburzona.
— Nie zachwyca jej postępowanie jego lordowskiej mości. — Strange wzruszył ramionami. — Nikogo nie zachwyca. Chciała się dowiedzieć, czy mógłbym jakoś wpłynąć na lorda. Z trudem usiłowałem jej wytłumaczyć, że w całej Anglii nie ma i zapewne nigdy nie było wystarczająco silnego zaklęcia, by tego dokonać.
— Uraziłam pana.
— Skądże znowu. Wierzę, że teraz lepiej się rozumiemy, a to niezbędne w przyjaźni. Uściśnie mi pani dłoń?
— Z największą przyjemnością! — zawołała.
— Floro?! Proszę pana?! — krzyknął doktor Greysteel, zmierzając ku nim. — Co to takiego?
Panna Greysteel była nieco zmieszana. Bardzo jej zależało, by ciotka i ojciec mieli dobrą opinię o panu Strangeu. Nie chciała, by wiedzieli, że przed chwilą oskarżyła go o coś zdrożnego. Udała zatem, że nie słyszy pytania ojca, i zaczęła perorować o obrazach w Scuola di San Giorgio degli Schiavone, które bardzo pragnie obejrzeć.
— To niedaleko. Moglibyśmy iść tam teraz. Będzie nam pan towarzyszył, mam nadzieję? — zwróciła się do Strange’a.
Uśmiechnął się do niej ze smutkiem.
— Muszę popracować.
— Książka? — zainteresował się doktor Greysteel.
— Nie dzisiaj. Pracuję nad zaklęciem, które pomoże mi sprowadzić elfa, by został moim asystentem. Nie zliczę, ile razy próbowałem i na ile sposobów. Bez powodzenia, naturalnie. Taki to już los maga nowoczesnego! Zaklęcia, które niegdyś były znane wszystkim trzeciorzędnym czarnoksiężnikom w Anglii, zostały całkiem zapomniane. Robimy wszystko, by je odzyskać. Martin Pale miał dwudziestu ośmiu elfów w służbie. Ja byłbym szczęśliwy, mając jednego.