— Elfy! — wykrzyknęła ciocia Greysteel. — Wszyscy mówią, że to niegodziwe stworzenia. Jest pan pewien, że pragnie się obarczyć tak kłopotliwym towarzyszem?
— Droga ciociu! — przerwała jej panna Greysteel. — Pan Strange wie, co robi.
Ciocia Greysteel była jednak bardzo przejęta i by zilustrować swój punkt widzenia, przytoczyła opowieść o rzece płynącej przez wioskę w hrabstwie Derby, gdzie dorastała wraz z bratem. Rzeka dawno, dawno temu została zaklęta przez elfy i w rezultacie skurczyła się do rozmiarów strumyka, a choć zdarzyło się to przed wiekami, mieszkańcy okolicy wciąż o tym pamiętali. Nadal mówili o warsztatach, które mogliby tu zbudować, zakładach, które by tu prosperowały, gdyby tylko rzeka dostarczała więcej energii.
Strange uprzejmie wysłuchał tej opowieści, a kiedy ciocia Greysteel skończyła, powiedział:
— Och, bez wątpienia! Elfy są z natury niegodziwe i bardzo trudno je kontrolować. Gdybym odniósł sukces, z pewnością ostrożnie dobrałbym towarzysza bądź towarzyszy. — Zerknął na pannę Greysteel. — Jednakże ich moc i wiedza są tak wielkie, że mag nie może odrzucić ich pomocy, chyba że nazywa się Gilbert Norrell. Każdy elf, który kiedykolwiek pojawił się na świecie, miał więcej magii w głowie, dłoniach i sercu, niż mógłby pomieścić najobszerniejszy zbiór ksiąg magicznych.
Doktor Greysteel i jego siostra życzyli Strange’owi powodzenia w czarowaniu, a panna Greysteel przypomniała mu, że obiecał jej, iż wkrótce obejrzą fortepian, który podobno był do wypożyczenia u antykwariusza mieszkającego nieopodal Campo San Angelo. Następnie Greysteelowie poszli zakosztować jeszcze trochę rozrywek, Strange zaś wrócił do swego mieszkania w pobliżu Santa Maria Zobenigo.
Większość angielskich dżentelmenów przyjeżdżających do Włoch pisała poematy lub sporządzała opisy wycieczek. Tubylcy wynajmujący im mieszkania przystosowywali pokoje o takich właśnie zajęć. Gospodarz Strange’a na przykład przygotował dla najemców zacieniony pokoik na poddaszu swego domu. Pomieszczenie wyposażono w stary stół, któremu za nogi służyły cztery rzeźbione gryfy. Były tam również fotel kapitański, pomalowany kredens, jaki można znaleźć w kościele, i drewniana figura na kolumnie, wysoka niemal na metr. Przedstawiała uśmiechniętego mężczyznę, który trzymał w dłoniach coś okrągłego i czerwonego — może jabłko, może granat, a może czerwoną piłkę. Trudno było zgadnąć, skąd pochodził ten pan: był trochę zbyt radosny na świętego z kościoła, ale nie dość komiczny jak na ozdobę kawiarni.
Strange odkrył, że kredens jest wilgotny i pełen pleśni, więc zostawił go w spokoju i porozkładał książki i notatki w stosikach po całym pokoju. Na swój sposób zaprzyjaźnił się z drewnianą figurą i podczas pracy wciąż wygłaszał rozmaite uwagi pod jej adresem, na przykład: „Co o tym sądzisz?”, „Doncaster czy Belasis? Co proponujesz?” albo: „No i? Widzisz go? Bo ja nie”. I raz, tonem największej irytacji: „Och, bidzie cicho, dobrze?”
Strange wziął do ręki kartkę, na której napisał zaklęcie, i zaczął poruszać ustami, recytując magiczne słowa. Następnie rozejrzał się po pokoju, jakby spodziewał się tu kogoś ujrzeć. Nikogo nie zobaczył. Westchnął, zmiął kartkę w kulkę i cisnął nią w drewnianą statuetkę. Potem wziął kolejną kartkę, sporządził notatki, zerknął do książki, podniósł pierwszą kartkę z podłogi, wygładził ją, wpatrywał się w nią przez dwa kwadranse, od czasu do czasu wyrywając sobie włosy z głowy, po czym zmiął ją ponownie i wyrzucił przez okno.
Rozległo się bicie dzwonu. Był to melancholijny dźwięk, nasuwający na myśl wymarłe miejsca, ciemne niebo i pustkę. Bez wątpienia przyszło to do głowy również Strange’owi, gdyż się zdekoncentrował, oderwał od zajęć i wyjrzał przez okno, jakby zapragnął sprawdzić, czy Wenecja nie zmieniła się nagle w pełne ruin, milczące pustkowie. Jak zwykle ujrzał ruch i gwar; promienie słońca padały na błękitną wodę. Campo pełne było ludzi — weneckie damy szły do Santa Maria Zobenigo, austriaccy żołnierze kroczyli ramię w ramię, przyglądając się otoczeniu, kupcy usiłowali sprzedać im towar, urwisy biły się i żebrały, a koty, jak to koty, chodziły swymi ścieżkami. Strange wrócił do pracy. Zdjął płaszcz i podwinął rękawy koszuli. Potem wyszedł z pokoju i pojawił się ponownie z nożem i niedużą białą miską. Nożem naciął skórę i popuścił kilka kropli krwi z ręki. Postawił misę na stole i zerknął do niej, żeby sprawdzić, czy wystarczy. Utrata krwi jednak najwyraźniej osłabiła go bardziej, niż się spodziewał, bo nagle zakręciło mu się w głowie, kopnął stół, a misa zleciała na podłogę. Zaklął po włosku (wyborny język do przeklinania) i rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś do starcia krwi.
Na blacie leżał zwinięty biały materiał. Była to koszula nocna, którą Arabella uszyła na początku małżeństwa. Nie patrząc na tkaninę, Strange wyciągnął po nią rękę. Niemal złapał koszulę, kiedy nagle z ciemności wyłonił się Stephen Black i wręczył mu inną szmatkę.
Potem skłonił się lekko, jak to ma w zwyczaju dobrze wyszkolony służący. Strange wziął szmatę i (byle jak) wytarł krew, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z obecności Stephena w pokoju. Kamerdyner podniósł koszulę, strzepnął ją, starannie poskładał i położył na stołku w kącie.
Strange rzucił się na krzesło, oparł skaleczoną rękę na skraju stołu, znowu zaklął i ukrył twarz w dłoniach.
— Co on wyprawia, na litość boską? — spytał Stephen Black szeptem.
— Och, próbuje mnie wezwać! — oświadczył dżentelmen o włosach jak puch ostu. — Chce mnie wypytywać o magię! Nie musisz jednak szeptać, drogi Stephenie. On nie może cię widzieć ani słyszeć. Ci angielscy magowie zachowują się idiotycznie. Wszystko robią nie tak, jak należy. Wierz mi, Stephenie, przyglądanie się, jak ten osobnik usiłuje czarować, przypomina patrzenie na człowieka, który siada do obiadu we fraku nałożonym tyłem na przód, z przepaską na oczach i w wiadrze na głowie! Czy kiedykolwiek widziałeś, żebym wyczyniał tak bezsensowne sztuczki? Upuszczał sobie krwi albo pisał jakieś słowa na kartkach? Kiedy chcę coś zrobić, po prostu przemawiam do powietrza, kamieni, słońca, morza albo do czegokolwiek i grzecznie proszę o pomoc. Ponieważ zawarłem sojusze z tymi potężnymi duchami wiele tysięcy lat temu, z radością spełniają moje życzenia.
— Rozumiem — powiedział Stephen. — Ale choć ten mag jest ignorantem, odniósł jednak sukces. Bo przecież pan tu jest, prawda?
— No tak — przytaknął poirytowany dżentelmen. — Co nie zmienia faktu, że magia, którą mnie tu sprowadził, jest niezręczna i nieelegancka. Poza tym, co mu z tego przyszło? Nic. Postanowiłem mu się nie pokazywać, a on nie zna zaklęć, które mogłyby mnie do tego zmusić. Stephenie! Szybko! Przewróć stronice tej księgi. W pokoju nie ma przeciągu, więc to go zdumieje ponad miarę. Ha! Patrz, jak się gapi! Podejrzewa, że tu jesteśmy, ale nas nie widzi. Ha, ha! Ale się rozzłościł! Uszczypnij go w szyję! Pomyśli, że to komar!
Rozdział ósmy
Stara dama z Cannaregio
koniec listopada 1816
Niedługo przed wyjazdem z Anglii doktor Greysteel otrzymał list od przyjaciela ze Szkocji z prośbą, by doktor odwiedził pewną damę mieszkającą w Wenecji. Miał to być miłosierny uczynek, gdyż dama ta, niegdyś majętna, obecnie klepała biedę. Doktor Greysteel pamiętał niejasno, że była mieszanego pochodzenia — mogła być pół Szkotką, pół Hiszpanką bądź pół Irlandką, pół Hebrajką.