Doktor miał szczery zamiar ją odwiedzić, ale przez ciągłe zmiany gospod i powozów, nagłe wyprowadzki i modyfikacje planów po przybyciu do Wenecji odkrył, że nie może znaleźć listu, nie pamiętał też zbyt dobrze jego treści. Nigdzie nie zapisał nazwiska damy — miał zaledwie świstek papieru ze wskazówkami, gdzie ją znaleźć.
Ciocia Greysteel oświadczyła, że w takich okolicznościach najlepiej wysłać damie list z informacją o planowanej wizycie, i dodała, że przez to, iż nie znają jej nazwiska, bez wątpienia dama uzna ich za żałosnych, niegodnych zaufania ludzi. Doktor Greysteel był skonfundowany, pociągał nosem i wiercił się niespokojnie, ale nie miał lepszego pomysłu.
Napisali zatem list i oddali go swej gospodyni, by zaniosła go starej damie.
Potem zdarzyło się coś dziwnego, gdyż gospodyni obejrzała wskazówki, zmarszczyła brwi i z powodów, których doktor Greysteel nie rozumiał, wysłała list do swego szwagra na wyspie Giudecca.
Kilka dni później ów szwagier (elegancki niewysoki prawnik) odwiedził doktora Greysteela. Poinformował go, że wysłał list, tak jak doktor sobie tego życzył, i dodał, że doktor Greysteel powinien wiedzieć, iż dama mieszka w części miasta zwanej Cannaregio, w getcie dla Żydów. List został przekazany szacownemu żydowskiemu dżentelmenowi.
Odpowiedź nie nadeszła. Jak doktor Greysteel zamierzał postąpić? Niewysoki wenecki prawnik zadeklarował pomoc.
Późnym popołudniem panna Greysteel, ciocia Greysteel, doktor Greysteel i prawnik (zwał się signor Tosetti) płynęli gondolą przez miasto, a dokładnie przez część miasta zwaną Świętym Markiem, gdzie widzieli ludzi przygotowujących się do nocnych rozrywek; płynęli obok nabrzeża Santa Maria Zobenigo, gdzie panna Greysteel popatrzyła na oświetlone świeczkami okno, za którym mógł przebywać Jonathan Strange; płynęli przez Rialto, gdzie ciocia Greysteel zaczęła cmokać, wzdychać i bardzo żałować, że tak mało dzieci ma buty na nóżkach.
Wysiedli z gondoli przy Ghetto Nuovo. Choć wszystkie budynki w Wenecji są dziwne i stare, te w getcie wydawały się szczególnie niezwykłe, jakby niecodzienność i archaiczność były towarami, którymi obracali ci przedsiębiorczy ludzie i z których wznoszono tu domy.
Choć wszystkie ulice w Wenecji są pełne melancholii, melancholia tej ulicy była inna, jakby Żydzi i goje smucili się na różne sposoby. Domy wyglądały bardzo ubogo, a drzwi, do których zapukał signor Tosetti, były tak czarne i skromne, że nadawałyby się na drzwi angielskiego zboru kwakrów.
Otworzył im służący i wprowadził do ciemnego pomieszczenia wyłożonego wyschniętym, chyba bardzo starym drewnem, które pachniało morzem.
Przez lekko uchylone drzwi doktor Greysteel dostrzegł w drugim pokoju stare, zniszczone książki w oprawach z cienkiej skóry, srebrne lichtarze, które miały więcej ramion niż lichtarze angielskie, i tajemnicze skrzynie z polerowanego drewna. Doktor Greysteel uznał, że to przedmioty związane z żydowską religią. Na ścianie wisiała ubrana w kobiece szaty lalka lub marionetka rozmiarów człowieka, z wielkimi dłońmi i stopami oraz głową opuszczoną na piersi, tak że nie było widać jej twarzy.
Służący poszedł porozmawiać ze swym panem. Doktor Greysteel wyszeptał do siostry, że służba wygląda całkiem przyzwoicie. Tak, przytaknęła ciocia Greysteel, tyle że służący nie miał fraka. Dodała, że męska służba często paraduje w samej koszuli, a jeśli panem domu jest samotny dżentelmen, nic się nie poradzi na ten fatalny nawyk. Ciocia Greysteel nie miała pojęcia dlaczego. Przypuszczała, że żydowski dżentelmen jest wdowcem.
— Och! — Doktor Greysteel zajrzał przez uchylone drzwi. — Przeszkodziliśmy mu w posiłku.
Szacowny żydowski dżentelmen miał na sobie długi szarawy frak. Jego oblicze zdobiła krzaczasta siwiejąca broda, na głowie miał czarną jarmułkę. Siedział przy długim stole nakrytym nieskazitelnie białym obrusem, którego pokaźny fragment zatknął sobie za kołnierzyk czarnej szaty, by mu posłużył za serwetę.
Ciocia Greysteel była oburzona, że doktor Greysteel podgląda przez szparę w drzwiach, i usiłowała przywołać brata do porządku, dźgając go parasolką. Ale doktor Greysteel przyjechał do Włoch, by zobaczyć tu wszystko, co się da, i nie zamierzał robić wyjątku dla żydowskiego dżentelmena w jego prywatnych apartamentach.
Akurat ten żydowski dżentelmen najwyraźniej postanowił nie przerywać posiłku dla nie znanej sobie angielskiej rodziny: chyba tłumaczył służącemu, co ma odpowiedzieć gościom.
Służący wrócił i powiedział coś do signora Tosettiego. Gdy skończył, signor Tosetti pokłonił się nisko cioci Greysteel i oznajmił, że nazwisko poszukiwanej damy brzmi Delgado i że mieszka ona na poddaszu. Signor Tosetti był nieco zirytowany, że żaden ze służących żydowskiego dżentelmena nie zechciał poprowadzić go na miejsce i zaanonsować jego przybycia. Wobec tego oświadczył, że jako śmiali ryzykanci bez wątpienia sami znajdą drogę na ostatnie piętro.
Doktor Greysteel i signor Tosetti wzięli po świecy. Klatka schodowa tonęła w mroku. Minęli wiele drzwi, które mimo pokaźnych rozmiarów prezentowały się dosyć dziwacznie. Aby pomieścić tylu lokatorów, w getcie wznoszono domy wysokie i wielopiętrowe, w związku z czym pomieszczenia miały stosunkowo niskie sufity. Początkowo słyszeli tylko rozmowy, ale z jednego pokoju dochodził smutny męski śpiew w nie znanym im języku. Potem stanęli przed otwartymi drzwiami, za którymi rozciągała się tylko ciemność, a z niej wiał zimny, nieświeży przeciąg. Ostatnie drzwi były zamknięte. Zapukali, lecz nikt nie otworzył. Zakrzyknęli, że przyszli w odwiedziny do pani Delgado, mimo to wciąż nie było odpowiedzi. Ponieważ ciocia Greysteel oświadczyła, że byłoby niemądrze rezygnować na tym etapie, popchnęli drzwi i weszli do środka.
Pokój, niewiele wygodniejszy od mansardy, świadczył o skrajnym ubóstwie lokatora. Wszystko było połamane, obdrapane lub w strzępach. Każdy kolor w pomieszczeniu spłowiał bądź ściemniał albo zrobił, co w jego mocy, by zszarzeć. W jednym otwartym okienku świecił księżyc — zaskakujące, że zniżył się do tego, by pokazać się w tym brudnym pokoiku.Nie to jednak zaniepokoiło doktora Greysteela, nie to sprawiło, że zaczął szarpać krawat, na przemian czerwieniał i bladł, z trudem łapał powietrze. Jeśli istniało coś, czego doktor Greysteel naprawdę nie cierpiał, były to koty — a w tym pokoju przebywało mnóstwo kotów.
Pomiędzy nimi, na zakurzonym drewnianym krześle, siedziała bardzo szczupła osoba. Na swoje szczęście Greysteelowie byli śmiałymi ryzykantami (jak twierdził signor Tosetti), gdyż inaczej widok pani Delgado zbyt by ich zszokował. Choć dama była wyprostowana — można by nawet powiedzieć, że gotowa do ataku, jakby na coś czekała — przez zniekształcenia ciała charakterystyczne dla osób w bardzo podeszłym wieku traciła podobieństwo do ludzkiej istoty i zaczynała przypominać zwierzę. Na podołku złożyła ręce obficie upstrzone brązowymi plamami. Miała białą, niemal przezroczystą skórę, delikatną i pomarszczoną jak pajęczyna, pełną niebieskich żyłek.
Nie wstała, by ich powitać, nie uczyniła żadnego znaku, który wskazywałby, że w ogóle widzi gości. Być może ich nie usłyszała, bo chociaż w pokoju panowała cisza, cisza pół setki kotów jest bardzo szczególna, niczym pięćdziesiąt osobnych cisz, jedna na drugiej.
I tak Greysteelowie i signor Tosetti, ludzie praktyczni, rozsiedli się w okropnym pokoiku, a ciocia Greysteel z miłym uśmiechem i jak zawsze skora do uszczęśliwiania innych postanowiła porozmawiać ze starą damą.