— Być może — przytaknął Strange. — Ale jeśli nawet, wskazówki zaginęły setki lat temu.
— Nawet gdyby zaginęły tysiąc lat temu, na pewno nie byłoby to dla pana przeszkodą. Wiele razy opowiadał nam pan o dziesiątkach zaklęć, rzekomo zagubionych, które zdołał pan odtworzyć.
— To prawda, ale zazwyczaj mam pomysł, od czego zacząć. Nigdy nie słyszałem, by którykolwiek z aureatów wykurował szaleństwo. Traktowali wariatów zupełnie inaczej niż my. Uważali ich za jasnowidzów i proroków i z największą uwagą wysłuchiwali ich bredni.
— Jakież to dziwne! Dlaczego?
— Pan Norrell uważał, że ma to coś wspólnego ze współczuciem, jakie elfy żywią dla szaleńców, no i z faktem, że szaleńcy dostrzegają elfy, gdy nikt inny ich nie widzi. — Strange umilkł. — Pani zdaniem ta staruszka jest bardzo szalona?
— O tak! Tak sądzę.
Po kolacji doktor Greysteel zapadł w drzemkę w salonie. Ciocia Greysteel kiwała się na swoim fotelu, od czasu do czasu się budziła, przepraszała za senność, po czym znowu przysypiała. I tak przez resztę wieczoru panna Greysteel mogła się cieszyć tete-a-tete ze Strange’em. Miała mu mnóstwo do powiedzenia. Zarekomendował jej Dziecięce lata Króla Kruków lorda Portisheada, więc je przeczytała i zapragnęła zadać magowi kilka pytań.
Strange jednak wydawał się roztargniony; kilka razy odniosła nieprzyjemne wrażenie, że wcale jej nie słuchał.
Następnego dnia Greysteelowie odwiedzili arsenał. Jego rozmiary i ponury charakter wzbudziły ich podziw. Kręcili się przez godzinę lub dwie po sklepach z osobliwościami (gdzie sprzedawcy byli równie dziwaczni i staroświeccy jak osobliwości) i zjedli lody w cukierni nieopodal kościoła San Stefano. Strange został zaproszony na wycieczkę, ale wczesnym rankiem ciocia Greysteel otrzymała krótki liścik z najlepszymi życzeniami i podziękowaniami. Niestety, Strange przypadkiem natrafił na całkiem nowy trop i musiał nim podążyć. „Uczeni, droga Pani, jak Pani wie na przykładzie swojego brata, to najbardziej samolubne istoty na świecie. Uważają, że ich poświęcenie pracom badawczym usprawiedliwia wszystko…” Nie pojawił się również następnego dnia, kiedy popłynęli gondolą na Torcello, samotną, porośniętą trzcinami wyspę spowitą szarą mgłą, gdzie powstało pierwsze weneckie miasto, urosło w siłę, potem zostało opuszczone i popadło w ruinę, a to wszystko działo się dawno, dawno temu.
Ale choć Strange zamknął się w swym mieszkaniu w pobliżu Santa Maria Zobenigo i skupił na magii, doktor Greysteel nie miał okazji za nim zatęsknić, gdyż nazwisko maga adało w rozmowie niemal co chwilę. Gdy Greysteelowie szli obok Rialto, a widok mostu skłaniał doktora Greysteela do uwag o Shylocku, Szekspirze i stanie współczesnego teatru, mógł być pewien, że zaraz pozna opinię Strange’a na te tematy, gdyż panna Greysteel potrafiła przedstawiać ją z równą pasją jak własną. Gdy w małym sklepie z osobliwościami uwagę Greysteelów przyciągnął dziwaczny obraz tańczącego niedźwiedzia, dla panny Greysteel stanowił on jedynie pretekst do opowieści o znajomym pana Strange’a, właścicielu wypchanego brązowego niedźwiedzia trzymanego w szklanej klatce. Gdy Greysteelowie jedli baraninę, panna Greysteel miała powód, by wspomnieć o tym, jak pan Strange opowiadał jej, że kiedyś jadł baraninę w Lyme Regis.
Wieczorem trzeciego dnia doktor Greysteel wysłał Strangebwi liścik z zaproszeniem na kawę i kieliszek włoskiego alkoholu. Kilka minut po szóstej spotkali się u Floriana.
— Miło mi pana widzieć — powiedział doktor Greysteel. — Bardzo pan blady. Pamięta pan o jedzeniu? Śnie? Ćwiczeniach?
— Chyba coś jadłem — mruknął Strange. — Chociaż nie bardzo pamiętam co.
Przez chwilę rozmawiali o nieistotnych sprawach, ale Strange był rozkojarzony. Kilka razy odpowiedział doktorowi Greysteelowi niemal bez sensu. Potem, przełknąwszy ostatni łyk grappy, wyjął zegarek i powiedział:
— Mam nadzieję, że wybaczy mi pan ten pośpiech. Mam spotkanie. Dobranoc.
Doktor Greysteel był nieco zdumiony i od razu zaczął się zastanawiać, cóż to za spotkanie. Wszędzie na świecie ludzie zachowują się fatalnie, niemniej doktorowi Greysteelowi przeszło przez myśl, że Wenecja wprost prowokuje do najgorszych zachowań. Żadne inne miasto nie zapewnia tylu okazji do rozmaitych występków, a obecnie doktorowi Greysteelowi szczególnie zależało na tym, żeby Strange prezentował się bez zarzutu. Wobec tego zapytał jak najswobodniej, czy chodzi o spotkanie z lordem Byronem.
— Ależ nie. Prawdę mówiąc… — Strange zmrużył oczy i zaczął szeptać w zaufaniu: — Sądzę, że znalazłem kogoś do pomocy.
— Elfa?
— Nie. Człowieka. Wiążę z tą współpracą wielkie nadzieje. Jednocześnie nie jestem pewien, jak ta druga osoba zareaguje na moją propozycję. Rozumie pan, że w takich okolicznościach nie chcę się spóźniać.
— Oczywiście! — wykrzyknął doktor Greysteel. — Proszę nie zwlekać!
Strange odszedł i wkrótce stał się jedną z wielu sylwetek o niewyraźnych rysach twarzy, w czarnych strojach przemierzających Wenecję koloru księżyca. Sam księżyc tkwił między monumentalnymi bryłami chmur, tak iż wydawało się, że na niebie wyrosło jeszcze jedno miasto, które splendorem dorównuje Wenecji i którego wielkie pałace i ulice walą się w gruzy, jakby jakiś kapryśny byt postanowił w ten sposób zakpić z powolnego upadku miasta w dole.
Tymczasem panie Greysteel skorzystały z nieobecności doktora i powróciły do okropnego pokoiku na poddaszu domu w getcie. Przyszły w sekrecie, gdyż dobrze wiedziały, że doktor Greysteel, a może nawet sam pan Strange moglibyje powstrzymywać albo nalegać, że będą im asystować — a tym razem zupełnie nie miały ochoty na męskie towarzystwo.
— Chcieliby o tym rozmawiać — zauważyła ciocia Greysteel. — Próbowali odgadnąć, jak znalazła się w tak okropnej sytuacji. I co by to dało? Jak by jej to pomogło?
Panna Greysteel przyniosła świeczki oraz lichtarz. Zapaliła świecę, żeby widzieć, co robi. Potem obie panie wyjęły z koszyka smakowitą potrawkę z cielęciny, dzięki której zatęchły smutny pokoik wypełnił się pięknym zapachem. Wyłożyły również białe bułeczki, jabłka i ciepły szal. Ciocia Greysteel postawiła talerzyk z potrawką przed panią Delgado, ale ujrzała, że palce i paznokcie staruszki są wykrzywione i sztywne jak szpony i dama nie zdoła nimi ująć sztućców.
— No cóż, moja droga — powiedziała w końcu ciocia Greysteel. — Wykazuje zainteresowanie jedzeniem. Na pewno dobrze jej zrobi. Ale chodźmy już, zostawmy ją w spokoju. Niech zje tak, jak jej wygodnie.
Zeszły, a gdy znalazły się na ulicy, ciocia Greysteel wykrzyknęła:
— Och, Floro! Widziałaś?! Już miała przygotowaną kolację. Był tam mały porcelanowy talerzyk, całkiem ładny, ja też mam taki, z pączkami róży i niezapominajkami, w każdym razie był tam spodeczek, a ona położyła na nim mysz. Zdechłą, szarą myszkę!
Panna Greysteel wydawała się zamyślona.
— Główka ugotowanej cykorii w sosie, tak jak się ją tutaj przyrządza, przypomina nieco mysz.
— Och, moja droga! — żachnęła się ciocia Greysteel. — Doskonale wiesz, że nie była to żadna cykoria.
Szły przez Ghetto Vecchio ku kanałowi Cannaregio, kiedy nagle panna Greysteel odwróciła się i zniknęła w cieniu budynków.
— Floro! Co się dzieje?! — wykrzyknęła ciocia Greysteel. — Co ty tam widzisz? Nie ociągaj się, moja droga. Tu, pomiędzy tymi domami, jest bardzo ciemno. Najdroższa! Floro!
Panna Greysteel wyłoniła się z mroku równie szybko, jak weń wbiegła.
— Nic takiego, ciociu — powiedziała. — Nie niepokój się. Po prostu wydawało mi się, że ktoś woła mnie po imieniu, i poszłam sprawdzić, kto to. Myślałam, że to ktoś znajomy, ale nikogo tam nie ma.