Gondola czekała na nie przy Fondamenta. Przewoźnik pomógł im wejść do łodzi, a potem powoli odwiosłował. Ciocia Greysteel usiadła wygodnie pod baldachimem. O płótno uderzyły pierwsze krople deszczu.
— Może po powrocie do domu zastaniemy pana Strange’a razem z papą — powiedziała.
— Może — przytaknęła panna Greysteel.
— A może znów poszedł grać w bilard z lordem Byronem — westchnęła ciocia Greysteel. — Dziwne, że się przyjaźnią. Są tak różni.
— Och, rzeczywiście! Chociaż zdaniem pana Strange’a lord Byron jest teraz o wiele bardziej sympatyczny niż podczas ich spotkania w Szwajcarii. Jego lordowska mość przebywał wtedy z jakimiś poetami, którym poświęcał całą uwagę i których towarzystwo przedkładał nad towarzystwo innych. Pan Strange twierdzi, że zachowywał się wtedy wręcz nieuprzejmie.
— Cóż, bardzo niedobrze. Ale nic w tym dziwnego. Nie boisz się na niego patrzeć, moja droga? Mam na myśli lorda Byrona. Ja chyba bym się bała… troszeczkę.
— Nie, ja się nie boję.
— Pewnie dlatego, że jesteś bardziej roztropna i zrównoważona niż większość ludzi. Naprawdę nie wiem, czy obawiasz się czegokolwiek na tym świecie.
— Och! Wątpię, czy to wynika z mojej niesłychanej odwagi. A co do cnoty — nie mnie ją oceniać. Nigdy mnie nie kusiło, by zgrzeszyć. Po prostu lord Byron nie ma nade mną żadnej władzy i nie mógłby w najmniejszym stopniu wpłynąć na moje myśli ani uczynki. Jestem bezpieczna. Nie oznacza to jednak, że na tym świecie nie ma nikogo — choć nie twierdzę, że już go poznałam — na kogo nie obawiałabym się czasem patrzeć, ze strachu, że może być smutny, zagubiony lub zamyślony albo, co najgorsze, że rozpamiętuje jakąś osobistą urazę czy krzywdę i w ogóle nie zwraca uwagi na to, że na niego patrzę.
Na poddaszu domu w getcie świece panny Greysteel dopaliły się i zgasły. Księżyc oświetlał koszmarne mieszkanie, a stara dama z Cannaregio rzuciła się na potrawkę z cielęciny przyniesioną przez panie Greysteel. Miała właśnie przełknąć ostatni kęs, gdy nagle odezwał się jakiś głos. Mówił po angielsku:
— Niestety, moje przyjaciółki nie zostały, by dokonać prezentacji. To zawsze niezręczna sytuacja, droga pani, kiedy dwójka ludzi pozostawiona w pokoju musi się zapoznać sama, prawda? Jestem Strange. Pani nazwisko, moja droga, choć pani tego nie wie, brzmi Delgado. Miło mi panią poznać.
Strange, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, opierał się o parapet i patrzył na nią z przejęciem. Ona z kolei ignorowała go tak jak ciocię Greysteel, pannę Greysteel czy któregokolwiek ze swych gości kilka dni wcześniej.
Wykazywała takie samo ożywienie jak kot na widok ludzi, którzy w ogóle go nie obchodzą.
— Zapewniam panią, że nie jestem jednym z tych męczących gości, przychodzących nie wiadomo po co i nie mających nic do powiedzenia — rzekł Strange. — Zamierzam pani coś zaproponować. Szczęściarze z nas, droga pani, że mogliśmy się spotkać. Dam pani to, czego pani tak bardzo pragnie, a w zamian za to pani ofiaruje mi coś, czego ja pragnę.
Pani Delgado nie dała żadnego znaku, że w ogóle słyszy. Całą uwagę poświęcała spodeczkowi ze zdechłą myszą. Jej pomarszczone usta rozchyliły się, by pożreć gryzonia.
— Doprawdy, droga pani! — wykrzyknął Strange. — Nalegam, by na moment odstawiła pani posiłek i postarała się wysłuchać, co mam do powiedzenia.
Pochylił się i wyjął spodek z jej dłoni. Po raz pierwszy pani Delgado uświadomiła sobie, że ktoś tu jest. Miauknęła z niezadowoleniem i popatrzyła na niego wrogo.
— Proszę mnie nauczyć szaleństwa. To takie proste. Nie mam pojęcia, czemu nie wpadłem na to wcześniej.
Pani Delgado cicho warknęła.
— Och! Kwestionuje pani sens moich poczynań? Zapewne słusznie. Życzyć sobie szaleństwa? Bardzo nierozważne. Mój nauczyciel, żona i wszyscy przyjaciele byliby wściekli, gdyby o tym wiedzieli. — Urwał. Sarkastyczna mina zniknęła, podobnie jak beztroski ton. — Ale porzuciłem swego nauczyciela, moja żona nie żyje, a od przyjaciół dzieli mnie wiele kilometrów zimnej wody i kawał kontynentu. Po raz pierwszy, od kiedy praktykuję tę dziwną profesję, nie muszę się z nikim konsultować. Od czego zacząć? Powinna mi pani coś dać, coś, co posłuży jako symbol i nośnik pani szaleństwa. — Rozejrzał się po pokoju. — Niestety, zdaje się, że nie ma pani nic poza suknią… — popatrzył na spodek, który trzymał w dłoni — …i tą myszą. Chyba wolę mysz.
Strange wypowiedział zaklęcie. W pokoju rozbłysły srebrzyste światełka, wyglądające jak skrzyżowanie białych płomieni z poświatą sztucznych ogni. Przez chwilę wisiały w powietrzu pomiędzy panią Delgado i Strange’em. Potem Strange uczynił taki gest, jakby chciał cisnąć tymi światełkami w staruszkę: podążyły ku niej i na chwilę spowił ją srebrzysty blask. Nagle miejsce pani Delgado zajęła poważna, nadąsana dziewczynka w staroświeckiej sukience. Potem dziewczynka również zniknęła, a pojawiła się piękna młoda kobieta o upartym wyrazie twarzy. Szybko zastąpiła ją starsza, dostojna dama z błyskiem szaleństwa w oku. Wszystkie kobiety, którymi niegdyś była pani Delgado, zamigotały na fotelu i zniknęły.
Na siedzeniu pozostał jedynie zmięty jedwab. Wysunął się z niego mały szary kot. Z wdziękiem wylądował na ziemi, potem wskoczył na parapet i przepadł w ciemnościach.
— Zadziałało — mruknął Strange.
Podniósł gnijącą mysz za ogon i natychmiast wzbudził zainteresowanie kilku kotów, które miauczały, mruczały i ocierały się o nogę maga, by przyciągnąć jego uwagę. Skrzywił się.
— Co takiego musiał znosić John Uskglass, żeby ukształtować angielską magię?
Zastanawiał się, czy zauważy jakąś różnicę. Czy po wypowiedzeniu zaklęcia będzie siłował zgadnąć, czy już oszalał? Czy będzie nadal stał i starał się przywołać szalone myśli, by sprawdzić, czy któreś z nich wydają się bardziej naturalne od innych? Po raz ostatni rozejrzał się po świecie, otworzył usta i powoli zanurzył w nich mysz…
Było to jak skok do wodospadu albo dźwięk dwóch tysięcy trąbek w uchu. Wszystko, co myślał wcześniej, wszystko, co wiedział, wszystko, czym był, zniknęło w wielkiej powodzi emocji i doznań. Świat pojawił się ponownie w płomiennych kolorach, których nie mógł znieść. Był pełen nowych łęków, nowych pragnień, nowych nienawiści. Otoczyły go ogromne zjawy. Niektóre miały wykrzywione, pełne zębów usta i wielkie płonące oczy. Za nim górował potwór przypominający okaleczonego pająka. Był wyjątkowo niegodziwy. Strange miał coś w ustach, smak tego był nie do opisania. Nie mogąc myśleć, nic nie widząc, Bóg jeden wie, jak odnalazł w sobie rozum i to wypluł. Ktoś krzyknął…
Uświadomił sobie, że leży na plecach i wpatruje się w ciemność, belki stropowe i księżycowe światło. Z mroku wychyliła się twarz i wbiła w niego denerwujące spojrzenie. Jej oddech był ciepły, wilgotny i cuchnący. Strange nie pamiętał, żeby się kładł, ale w ogóle niewiele pamiętał. Zastanawiał się, czy jest w Londynie, czy też może w Shropshire. Dziwnie się czuł, jakby spacerowało po nim kilka kotów. Po chwili uniósł głowę i odkrył, że tak jest w istocie.
Usiadł, a koty zeskoczyły. Przez wybite okno wpadały promienie księżyca w pełni. Potem, od jednego wspomnienia do drugiego, Strange usiłował odtworzyć bieg wydarzeń. Przypomniał sobie zaklęcie, którym zmienił staruszkę, i swój plan, by popaść w szaleństwo i dzięki temu ujrzeć elfa. Początkowo wydawało mu się, że wspomina zdarzenia co najmniej sprzed miesiąca. Ale wciąż był w tym samym pokoju, a po konsultacji z zegarkiem wywnioskował, że minęło bardzo niewiele czasu.