Zdołał ocalić mysz. Na szczęście nakrył ją ręką i koty nie dobrały się do gryzonia. Wsunął martwe stworzenie do kieszeni i w pośpiechu opuścił poddasze. Nie chciał przebywać tu ani chwili dłużej. Pokój od początku był koszmarny, ale teraz wydawał się Strange’owi miejscem niewypowiedzianych okropności.
Na schodach spotkał kilka osób, nie zwróciły jednak na niego uwagi. Już wcześniej rzucił zaklęcie na mieszkańców tego domu. Byli teraz przekonani, że widują go codziennie, że stale odwiedza tutejsze mieszkania i że jego obecność jest najnaturalniejsza pod słońcem.
Wrócił do swego lokum przy Santa Maria Zobenigo. Szaleństwo staruszki chyba wciąż go nie opuszczało. Przechodnie byli dziwnie odmienieni, ich miny wydawały się zawzięte i nieodgadnione, a ich krok niepewny i nieelegancki. „Jedno jest pewne — pomyślał. — Staruszka naprawdę była szalona. W takim stanie raczej nie zdołałbym wezwać elfa”.
Następnego ranka zerwał się wcześnie i po śniadaniu przystąpił do proszkowania mięsa i kiszek myszki wedle rozmaitych, dobrze znanych zasad magii. Kości zachował nietknięte. Następnie zmienił proszek w nalewkę. Było to korzystne z dwóch powodów. Po pierwsze (co bardzo ważne) przełknięcie kilku kropli nalewki budziło mniejsze obrzydzenie niż wkładanie w usta zdechłej myszy. Po drugie uważał, że w ten sposób zdoła regulować stopień narzuconego sobie szaleństwa.
O piątej po południu miał już ciemnobrązowy płyn, który zalatywał brandy użytą do jego sporządzenia. Strange zlał nalewkę do butelki. Potem starannie odliczył czternaście kropli do szklaneczki i wypił.
Po kilku minutach wyjrzał z okna na Campo Santa Maria Zobenigo. Wszędzie chodzili ludzie, jednak ich twarze były tylko cienkimi maskami, za którymi widniała pustka. W każdej pustce płonęła świeca. Teraz było to dla niego tak oczywiste, że nie rozumiał, czemu wcześniej tego nie dostrzegał. Zaczął się zastanawiać, co by się stało, gdyby zszedł na ulicę i zdmuchnął kilka świeczek. Roześmiał się na myśl o tym. Ryczał ze śmiechu tak długo, że nie mógł już utrzymać się na nogach. Jego śmiech krążył po całym domu. Jakaś resztka rozumu ostrzegła Strange’a, że gospodarz oraz jego rodzina nie powinni wiedzieć, co robi lokator, więc poszedł do łóżka i tłumił śmiech poduszkami, od czasu do czasu wierzgając, rozbawiony niesłychanym komizmem swych myśli.
Następnego ranka przebudził się w łóżku kompletnie ubrany i w butach. Poza nieprzyjemnym uczuciem lepkości, które zazwyczaj występuje po przespaniu nocy w dziennym stroju, jego stan nie odbiegał raczej od normy. Umył się, ogolił i włożył czyste ubranie. Potem wyszedł coś zjeść i wypić. Na rogu Calle de la Cortesia i Campo San Angelo znajdowała się niewielka kawiarnia, którą lubił. Wszystko przebiegało jak trzeba, póki przy stoliku nie pojawił się kelner i nie postawił na blacie filiżanki z kawą. Strange uniósł wzrok i ujrzał w oku mężczyzny błysk płomyka świeczki. Odkrył, że już nie pamięta, czy ludzie mają świeczki w głowach, czy nie. Ale wiedział, że te dwa przekonania dzieli ogromna przepaść: jedno było rozsądne, drugie wręcz przeciwnie, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć, które jest które. To go zaniepokoiło.
„Jedyny problem z nalewką jest taki, że trudno zorientować się, kiedy przestaje działać — uznał. — Nie pomyślałem o tym wcześniej. Powinienem poczekać dzień lub dwa, nim ponownie spróbuję”.
Jednakże w połowie dnia niecierpliwość wzięła górę nad rozsądkiem. Poczuł się lepiej. Był skłonny założyć, że ludzie nie mają świeczek w głowach. „Poza tym nie to jest najważniejsze — pomyślał. — To pytanie nie ma nic wspólnego z moim obecnym zadaniem”.
Nalał dziewięć kropli nalewki do kieliszka vin santo i wypił.
Natychmiast nabrał przekonania, że we wszystkich kredensach w domu pełno jest ananasów. Był pewien, że pod łóżkiem i stołem także je znajdzie. Tak go zaniepokoiła ta myśl, że na przemian robiło mu się zimno i gorąco i musiał usiąść na podłodze. Wszystkie domy i palazzi w mieście były pełne ananasów, a ludzie na ulicach nosili ananasy pod ubraniem. Wszędzie wyczuwał ananasy, ich zapach był jednocześnie słodki i ostry.
Jakiś czas później usłyszał pukanie do drzwi. Ze zdumieniem uświadomił sobie, że zapadł zmierzch i w pokoju jest całkiem ciemno. Pukanie znowu się rozległo. Pod drzwiami stał gospodarz. Zaczął coś mówić, ale Strange nic nie zrozumiał. Działo się tak dlatego, że mężczyzna miał ananasa w ustach. Zdołał go tam wepchnąć w całości — Strange nie miał pojęcia jak. Z ust gospodarza wyłaniały się zielone kolczaste liście i znów się kryły, gdy mówił. Strange zastanawiał się, czy pójść po nóż albo haczyk i spróbować wyciągnąć owoc, żeby gospodarz się nie zadławił. Ale zasadniczo było mu to obojętne. „W końcu to jego wina — pomyślał nie bez irytacji. — Sam go tam wepchnął”.
Następnego dnia w kawiarni na rogu Calle de la Cortesia jeden z kelnerów kroił ananasa. Zgarbiony nad kawą Strange aż się wzdrygnął na ten widok.
Odkrył, że popaść w szaleństwo jest znacznie łatwiej, niż przypuszczał, ale podobnie jak cała magia obłęd najeżony jest trudnościami i rodzi frustrację. Strange zrozumiał, że nawet gdyby zdołał wezwać elfa (co nie wydawało się szczególnie prawdopodobne) i tak nie byłby w stanie z nim rozmawiać. Każda książka, którą kiedykolwiek czytał, nakazywała magom mieć się na baczności podczas spotkania z elfami. Akurat wtedy, gdy należało wykazać się rozumiem, właśnie rozsądku mogłoby mu zabraknąć. „Jak mam go olśnić wyższością swej sztuki magicznej, skoro będę bełkotał o ananasach i świecach?” — pomyślał.
Przez cały dzień spacerował po pokoju, a co jakiś czas przystawał, żeby zanotować coś na skrawkach papieru. Gdy zapadł zmierzch, Strange napisał zaklęcie wzywające elfy i położył je na stole. Następnie wlał cztery krople mikstury do szklanki wody i wypił.
Tym razem nalewka podziałała w inny sposób. Nie nękały go szczególne natręctwa ani lęki. Właściwie pod wieloma względami czuł się lepiej niż ostatnimi czasy: był spokojniejszy, bardziej opanowany, mniej przejęty. Odkrył, że już mu tak nie zależy na magii. W jego umyśle trzaskały drzwi, a on wędrował po pokojach i korytarzach, których nie odwiedzał od lat. Przez pierwszych dziesięć minut był takim człowiekiem jak wtedy, kiedy miał dwadzieścia lub dwadzieścia kilka lat; potem zmienił się w kogoś całkiem innego, kogoś, kim mógł zostać, ale z rozmaitych powodów nie został.
Po wypiciu nalewki nagle zapragnął zobaczyć ridotto. Wydawało się idiotyczne, że przebywa w Wenecji od początku października, a do tej pory nie widział maskarady. Po konsultacji z zegarkiem odkrył jednak, że jest dopiero ósma wieczorem.
— O wiele za wcześnie — rzucił w przestrzeń.
Był w nastroju do rozmowy i rozejrzał się w poszukiwaniu kogoś, komu mógłby się zwierzyć. Z braku lepszego rozmówcy wybrał drewnianą figurkę w kącie.
— Przez najbliższe trzy, cztery godziny nie pojawi się tam nikt godny uwagi.
Żeby zabić czas, pomyślał, że pójdzie poszukać panny Greysteek.
— Ale pewnie będą z nią ciotka i ojciec. — Jęknął poirytowany. — Nuda! Nuda! Nuda! Czemu ładne kobiety zawsze mają stada krewnych? — Popatrzył na siebie w lustrze. — Dobry Boże! Ten krawat wygląda, jakby wiązał go parobek.
Następne pół godziny wiązał i rozwiązywał krawat, aż wreszcie poczuł się usatysfakcjonowany. Potem odkrył, że jego paznokcie są dłuższe, niż lubi, i do tego niezbyt czyste. Poszedł szukać nożyczek, by je skrócić.
Nożyczki leżały na stole. I nie tylko one.