— Co my tu mamy? — spytał. — Kartki! Kartki z magicznymi zaklęciami. — Wydało mu się to niezwykle zabawne. — A to dopiero — powiedział do drewnianej figurki. — Znam jegomościa, który to napisał! Nazywa się Jonathan Strange. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że te księgi należą do niego. — Przeczytał kilka zdań. — Ha! Nigdy nie zgadniesz, jakimi idiotyzmami zajmuje się teraz! Rzuca zaklęcia, by wezwać elfy! Ha, ha! Powtarza sobie, że robi to po to, by przysłużyć się sprawie angielskiej magii. A tak naprawdę chce jedynie przerazić Gilberta Norrella! Przebył setki kilometrów, by znaleźć się w najbardziej zbytkownym mieście na świecie, a przejmuje się wyłącznie tym, co myśli jakiś starzec w Londynie! Idiotyzm!
Z niesmakiem odłożył kartkę i wziął nożyczki. Odwrócił się i w ostatniej chwili uchylił przed czymś głowę.
— Co, u licha…? — zaczął.
Z sufitu zwisała czarna wstążka. Do jej końca przywiązano kilka cienkich kosteczek, fiolkę z ciemnym płynem (może krwią) i zapisaną kartkę. Wszystko to związano. Wstążka wisiała na takiej wysokości, że osoba chodząca po pokoju musiała prędzej czy później o nią zahaczyć. Strange z niedowierzaniem pokręcił głową, myśląc o głupocie innych. Oparł się o stół i zaczął obcinać paznokcie.
Minęło kilka minut.
— Wiesz, miał żonę — mruknął do drewnianej figurki. Podsunął dłoń do światła, żeby obejrzeć paznokcie. — Arabellę Woodhope. Najbardziej urocza istota pod słońcem. Ale martwa. Martwa, martwa, martwa. — Podniósł ze stołu pilniczek i zaczął polerować paznokcie. — Kiedy tak o tym myślę, zastanawiam się, czy sam jej nie kochałem. Chyba tak. Uroczo wypowiadała moje imię, z uśmiechem, i za każdym razem, gdy to robiła, miękło mi serce. — Roześmiał się. — Wiesz, to naprawdę paradne, ale nie mogę sobie przypomnieć, jak mam na imię. Laurence? Arthur? Frank? Szkoda, że nie ma tu Arabelli. Ona na pewno by mi powiedziała. Nie jest jedną z tych kobiet, które lubią się drażnić i grają w rozmaite gierki długo po tym, gdy przestaje to być zabawne. Mój Boże, szkoda, że jej tu nie ma. Czuję ból w tym miejscu. — Poklepał się po piersi. — I coś gorącego i twardego tutaj. — Postukał się w czoło. — Ale półgodzinna rozmowa z Arabellą wszystko by naprawiła, tego jestem pewien. Może wezwę elfiego sługę tego jegomościa i każę mu ją tutaj sprowadzić. Elfy potrafią sprowadzać zmarłych z zaświatów, prawda? — Wziął zaklęcie ze stołu i ponownie je przeczytał. — Nic w tym trudnego. Najłatwiejsza rzecz pod słońcem.
Wyrecytował słowa zaklęcia, a potem powrócił do polerowania paznokci, gdyż wydawało mu się to niezwykle istotne.
W cieniu obok kredensu stała osoba we fraku barwy liści; osoba z włosami koloru puchu ostu; osoba z rozbawionym, pełnym wyższości uśmiechem na ustach.
Strange wciąż był zajęty paznokciami.
Dżentelmen o włosach jak puch ostu bardzo szybko podszedł do miejsca, w którym stał mag, i wyciągnął rękę, żeby go szarpnąć za włosy. Zanim jednak zdołał to zrobić, Strange spojrzał wprost na niego i rzekł:
— Zapewne nie ma pan szczypty tabaki?
Dżentelmen o włosach jak puch ostu zamarł.
— Sprawdziłem kieszenie tego przeklętego fraka — ciągnął Strange, zupełnie nieświadomy zdumienia dżentelmena. — Nigdzie nie ma tabakiery. Nie wiem, co ja sobie myślałem, wychodząc bez niej. Zazwyczaj zażywam kendel brown, może pan ma?
Cały czas szperał po kieszeniach. Zapomniał jednak o małym zawiniątku z kości i krwi, które zwisało z sufitu, i teraz uderzył o nie głową. Zawiniątko zakołysało się w przód i w tył i trafiło go prosto w czoło.
Rozdział dziesiąty
Szkatułka koloru rozpaczy
1 i 2 grudnia 1816
Rozległo się trzaśniecie, a potem powiał lekki wiatr i napłynęła świeżość, jakby stęchlizna nagle ulotniła się z pokoju.
Strange zamrugał dwa albo trzy razy. Gdy nieco doszedł do siebie, pierwszą jego myślą było to, że misterny plan się powiódł. Ktoś nad nim stał — bez wątpienia był to elf. Potem mag zaczął się zastanawiać, co, u licha, robił. Wyciągnął zegarek i spojrzał na tarczę. Od wypicia nalewki minęła niecała godzina.
— Bardzo przepraszam — powiedział. — Wiem, że to dziwne pytanie, ale czy o cokolwiek pana prosiłem?
— O tabakę — odparł dżentelmen o włosach jak puch ostu.
— Tabakę?
— Prosiłeś mnie o szczyptę tabaki, panie.
— Kiedy?
— Co kiedy?
— Kiedy prosiłem o tabakę?
— Przed chwilą.
— O! Ach. No dobrze. Proszę się nie kłopotać. Już jej nie potrzebuję.
Dżentelmen o włosach jak puch ostu się ukłonił.
Strange miał świadomość, że zdradza zakłopotanie. Przypomniał sobie, że za żadne skarby przedstawiciel tej zwodniczej rasy nie powinien podejrzewać, że wie więcej od tego, kto go przywołał. Wobec tego Strange pokrył zmieszanie sarkastyczną miną. Wtedy przypomniał sobie, że pysznienie się jest jeszcze bardziej niebezpieczne i irytuje elfy, więc zamaskował sarkazm uśmiechem. Na koniec znowu wyglądał na zdezorientowanego.
Nie zauważył, że dżentelmen czuje się równie niezręcznie jak on.
— Wezwałem pana, gdyż od dawna pragnąłem, by przedstawiciel pańskiej rasy prowadził mnie i nauczał magii — powiedział Strange. Już wcześniej kilka razy przećwiczył to zdanie i doszedł do wniosku, że brzmi pewnie i dostojnie. Niestety, zepsuł cały efekt, dodając z niepokojem: — Czy już o tym wspominałem?
Dżentelmen nie odpowiedział.
— Nazywam się Jonathan Strange. Może pan o mnie słyszał? Znalazłem się w punkcie zwrotnym kariery. Nie przesadzę chyba, twierdząc, że cała przyszłość angielskiej magii zależy od mego postępowania w najbliższych miesiącach. Jeśli zgodzi mi się pan pomagać, pańskie imię będzie równie sławne, jak Cola Toma Blue i Mistrza Witcherleya.
— Też coś! — oznajmił dżentelmen z pogardą. — Prostacy!
— Naprawdę? — spytał Strange. — Nie wiedziałem. Pańska… — umilkł, by znaleźć odpowiedni zwrot — …życzliwość dla króla Anglii sprawiła, że zdałem sobie sprawę z pańskiego istnienia. Taka moc! Taka pomysłowość! Dziś angielskiej magii brak ducha! Brak jej ognia i energii! Nie umiem wyrazić, jak nudzi mnie powtarzanie tych samych pospolitych zaklęć, by rozwiązywać te same pospolite problemy. Rzut oka na pańską magię uświadomił mi, że jest ona zupełnie inna. Mógłby mnie pan zadziwić! A ja pragnę być zadziwiony!
Dżentelmen uniósł idealną elfią brew, jakby nie miał nic przeciwko zadziwianiu Jonathana Strange’a.
— Och! — ciągnął Strange z przejęciem. — Od razu mogę panu zdradzić, że w Londynie mieszka pewien stary człowiek nazwiskiem Norrell, tak jakby mag. Wpadnie we wściekłość na wieść o tym, że sprzymierzył się pan ze mną. Zrobi wszystko, by nas rozdzielić, ale ośmielę się twierdzić, że bijemy go na głowę.
Dżenteimen najwyraźniej przestał słuchać. Rozglądał się po pokoju, wpatrując się raz w jeden przedmiot, raz w drugi.
— Czy coś w tym pokoju panu przeszkadza? — zapytał Strange — Błagam, by pan zdradził, cóż to takiego. Pańska magiczna wrażliwość z pewnością znacznie przewyższa moją. Ale i w moim wypadku pewne rzeczy zakłócają zdolność czarowania — zapewne tak jest ze wszystkimi magami. Solniczka, jarzębina, fragment poświęconej hostii: to wszystko budzi mój wielki niepokój. Nie twierdzę, że nie potrafię w ich obecności czynić magii» ale muszę je brać pod uwagę w swych zaklęciach. Jeśli cokolwiek się panu nie podoba, proszę powiedzieć, a ja z chęcią to usunę.