Выбрать главу

Osłupiały dżentelmen wpatrywał się w niego przez chwilę, jakby nie miał pojęcia, co też Strange wygaduje. Nagle jednak wykrzyknął:

— Moja magiczna wrażliwość, tak! Ależ jesteś bystry, panie! Moja magiczna wrażliwość jest, jak słusznie podejrzewasz, niesłychana. Właśnie mi podpowiada, że zostałeś właścicielem przedmiotu o wielkiej mocy! Pierścień odczarowujący? Czara postrzegania? Coś w tym rodzaju? Moje gratulacje! Pokaż mi ten przedmiot, a ja natychmiast zaznajomię cię z jego historią i sposobem używania.

— Szczerze mówiąc, nie mam nic w tym rodzaju — odparł Strange zdumiony.

Dżentelmen zmarszczył brwi. Rozglądał się uważnie. Najpierw popatrzył na nocnik częściowo ukryty pod stołem, potem na żałobny pierścień z miniaturką anioła namalowaną na kości słoniowej, a po chwili na malowany ceramiczny słój, w którym niedawno znajdowały się kandyzowane brzoskwinie i śliwki.

— Może natrafiłeś na niego przypadkiem, panie? — zapytał. — Takie przedmioty mają ogromną moc, nawet jeśli mag nie zdaje sobie z tego sprawy.

— Raczej nie — powiedział Strange. — Na przykład ten słój został zakupiony w genueńskiej cukierni. Stały ich tam dziesiątki, takich samych. Nie mam pojęcia, czemu ten miałby być magiczny, a reszta nie.

— Rzeczywiście. — Dżentelmen pokiwał głową. — Chyba faktycznie nie ma tu niczego poza zwykłymi przedmiotami. To znaczy — dodał pośpiesznie — przedmiotami, których można oczekiwać w apartamentach tak genialnego maga.

Zapadła cisza.

— Nie ustosunkował się pan do mojej propozycji — zauważył Strange. — Chce mnie pan lepiej poznać, rozumiem. I tak powinno być. Za dzień lub dwa znów będę miał zaszczyt poprosić pana o wizytę i porozmawiamy.

— To była bardzo interesująca konwersacja! — oświadczył dżentelmen.

— Mam nadzieję, że pierwsza z wielu — odparł Strange uprzejmie i skłonił się.

Dżentelmen zrewanżował się ukłonem.

Następnie Strange zwolnił dżentelmena z zaklęcia przywołania, a ten szybko zniknął.

Strange był niesłychanie poruszony. Przypuszczał, że powinien usiąść i sporządzić poważne, uczone notatki na temat tego, co widział, ale nie mógł się powstrzymać od pląsów, śmiechu i zacierania rąk. Nawet wykonał kilka figur wiejskiego tańca, a gdyby drewniana figurka nie była przymocowana do drewnianego postumentu, z pewnością złapałby ją w objęcia i skakał z nią po pokoju.

Kiedy przeszedł mu ten atak radości, poczuł pokusę, żeby napisać do Norrella. Właściwie nawet usiadł i zaczął kreślić pełen wyższości i przesiąknięty sarkazmem list („bez wątpienia uraduje Pana wieść o tym, że…”). Po chwili jednak się rozmyślił.

„Tylko go sprowokuję, by doprowadził do zniknięcia mojego domu albo zrobił coś w tym rodzaju. Ha! Ale się wścieknie, kiedy wrócę do Anglii. Muszę opublikować te wieści natychmiast po przyjeździe. Nie poczekam na następne wydanie „Famulusa”. Zbyt długo by to trwało. Murray będzie narzekał, ale nic na to nie poradzę. «Times» bardziej mi odpowiada. Cóż takiego miał na myśli, bredząc o pierścieniach mocy i nocnikach? Pewnie chciał mi wyjaśnić, czemu zdołałem go wezwać”.

Właściwie nie byłby bardziej z siebie zadowolony, nawet gdyby wezwał Johna Uskglassa i uciął sobie z nim półgodzinną pogawędkę. Jedyne, co go niepokoiło, to powracające we fragmentach wspomnienie form, które tym razem przybrało jego szaleństwo.

— Chyba zamieniłem się w Lascellesa albo Drawlighta! Przerażające!

Następnego ranka Stephen Black miał do załatwienia pewną sprawę dla sir Waltera. Złożył wizytę bankierowi na Lombard Street, rozmawiał z portrecistą na Little Britain, kobiecie na Fetter Lane dostarczył wskazówki dotyczące sukni dla lady Pole. Następnie miał się udać do biura adwokata. Padał miękki, ciężki śnieg. Wszędzie wokół siebie Stephen słyszał typowe odgłosy miasta: parskanie i tupot koni, terkot powozów, krzyki ulicznych handlarzy, trzask drzwi i chrzęst kroków na śniegu.

Stanął na rogu Fleet Street i Mitre Court. Wyciągnął zegarek kieszonkowy (dar dżentelmena o włosach jak puch ostu), kiedy nagle wszystkie dźwięki ucichły jak nożem uciął. Przez chwilę myślał, że ogłuchł, zanim jednak zdążył się zaniepokoić, uświadomił sobie, że to nie jedyna zmiana. Ulica nagle opustoszała. Nie było na niej ani ludzi, ani kotów, ani psów, ani koni, ani ptaków. Wszystkie stworzenia zniknęły.

A śnieg?! To było najdziwniejsze. Wisiał w powietrzu — wielkie miękkie płatki wielkości suwerenów.

„Magia!” pomyślał z niesmakiem Stephen. Powędrował Mitre Court, zaglądając w okna wystawowe. Lampy wciąż się paliły, towary leżały w stosach albo porozkładane na ladach — jedwabie, tytoń, zapisy nutowe. Ogień płonął w kominkach, lecz i płomienie zamarły. Odwrócił się i odkrył, że uczynił coś w rodzaju tunelu w trójwymiarowej koronce ze śniegu. Była to najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.

Nagle, nie wiadomo skąd, dobiegł go rozwścieczony głos:

— Myślałem, że z jego strony nic mi nie zagraża! Jakimi sztuczkami się posługuje?

Przed Stephenem wyrósł dżentelmen o włosach jak puch ostu, wściekłym obliczu i błyszczących oczach.

Szok był tak wielki, że przez moment Stephen obawiał się, że straci przytomność. Był jednak doskonale świadom, jak dżentelmen ceni sobie opanowanie i spokój, ukrył więc lęk i spytał:

— Zagraża? Kto, proszę pana?

— Jak to kto? Mag, Stephenie! Myślałem, że zdobył jakiś potężny przedmiot, który ujawnił mu moją obecność, ale niczego nie znalazłem w jego pokoju, a i on przysięgał, że nie ma nic podobnego. Żeby się upewnić, przez ostatnie pół godziny okrążałem ziemski glob i sprawdzałem każdy pierścień mocy, każdy magiczny kielich i młynek. Niczego nie brakuje. Wszystko jest na swoim miejscu.

Z tego raczej niepełnego wyjaśnienia Stephen wywnioskował, że mag najwyraźniej zdołał wezwać dżentelmena o włosach jak puch ostu i z nim porozmawiać.

— Ale przecież dawniej pragnął pan pomagać magom, czarować z nimi i zaskarbić sobie ich wdzięczność — powiedział. — Przecież po to zgodził się pan uratować lady Pole, prawda? Może spodoba się to panu bardziej, niż pan sądzi.

— Może! Wątpię jednak. Powiem ci, Stephenie, że poza niedogodnością wynikającą z tego, że może mnie wezwać, gdy tylko zapragnie, było to dla mnie najnudniejsze pół godziny od wielu, wielu lat. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto by tyle gadał! To najbardziej zarozumiały człowiek, z jakim miałem do czynienia. Ludzie, którzy muszą bez przerwy mówić i nie mają czasu wysłuchać innych, są dla mnie odrażający.

— Och, w rzeczy samej, panie! To bardzo irytujące. A zatem skoro będzie pan zajęty tym magiem, moje królowanie w Anglii musi poczekać?

Dżentelmen wymamrotał coś dosadnego we własnym języku. Zapewne było to przekleństwo.

— Chyba masz rację, i to rozwściecza mnie najbardziej! — Zastanawiał się przez chwilę. — Ale może nie będzie tak źle, jak się obawiamy. Angielscy magowie są wyjątkowo głupi. Zazwyczaj pragną tego samego. Biedni pragną nie kończącego się zapasu rzepy albo owsianki, bogaci pragną jeszcze większych bogactw; młodzi pragną miłości jakiejś księżniczki albo królowej. Jeśli tylko poprosi o którąś z tych rzeczy, dam mu ją. Z pewnością ściągnie mu to na głowę mnóstwo problemów, zawsze tak jest. Będzie zajęty, a wtedy ty i ja przeprowadzimy nasz plan, mający na celu uczynienie cię królem Anglii! Och, Stephenie! Tak się cieszę, że do ciebie przyszedłem! Zawsze mówisz rozsądniej niż cała reszta!