— Ażeby ci pokazać, że doceniam, jaki honor mi uczyniłeś, przyniosę ci wszystko, czego pragniesz, panie — zakończył dżentelmen.
— Wszystko? — powtórzył Strange i spojrzał na niego uważnie. — Rozumiem, że ta propozycja jest wiążąca. Kiedy już sobie czegoś zażyczę, nie będzie mógł mi pan odmówić?
— Nawet nie będę chciał!
— Mogę prosić o bogactwa, władzę nad światem? Tego typu rzeczy?
— Właśnie! — przytaknął rozradowany dżentelmen. Uniósł ręce, by zacząć czarowanie.
— Ale ja wcale tego nie chcę. Zależy mi przede wszystkim na informacjach. Z jakim angielskim magiem miał pan ostatnio do czynienia?
Zapadła cisza.
— Och, nie chciałbyś tego słuchać! — oświadczył w końcu dżentelmen. — Zapewniam cię, panie, że to strasznie nudne. No, mów! Musi być coś, czego pragniesz ponad wszystko. Własne królestwo? Piękna towarzyszka? Księżna Paulina Borghese to cudowna kobieta, a mogę ją tu sprowadzić w mgnieniu oka!
Strange otworzył usta, by coś powiedzieć, i nagle znieruchomiał.
— Paulina Borghese? Widziałem jej portret w Paryżu. — Ponownie się zamyślił i po chwili podjął: — Chwilowo nie jestem zainteresowany. Proszę mi opowiedzieć o magii. Jak miałbym się zmienić w niedźwiedzia? Albo w lisa? Jak się nazywają trzy magiczne rzeki z królestwa Łaska? Ralph Stokesey uważał, że miały one wpływ na wydarzenia w Anglii — czy to prawda? W Języku ptaków jest wzmianka o grupie zaklęć rzucanych poprzez manipulację barwami. Opowie mi pan o tym? Co symbolizują Kwadraty z Doncasteru?
Dżentelmen w udawanym zdumieniu wyrzucił w górę dłonie.
— Tyle pytań! — Zaśmiał się. Z całą pewnością miał to być radosny, beztroski śmiech, ale wydawał się nieco wymuszony.
— Niech pan odpowie na jedno z nich. Dowolne.
Dżentelmen tylko uprzejmie się uśmiechnął.
Strange patrzył na niego z rozczarowaniem. Najwyraźniej propozycja elfa nie dotyczyła wiedzy, jedynie przedmiotów. „Gdybym chciał sprawić sobie prezent, to coś bym kupił — pomyślał Strange. — Gdybym chciał poznać Paulinę Borghese, to poszedłbym do niej i się przedstawił. Nie potrzebuję do tego magii. Jak u licha…” Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl.
— Proszę przynieść coś, co zyskał pan po ostatnim spotkaniu z angielskim magiem!
— Co?! — wykrzyknął poruszony dżentelmen. — Nie, nie chciałbyś tego! To bezwartościowe, zupełnie bezwartościowe! Pomyśl jeszcze!
Najwyraźniej prośba Strange’a bardzo go poruszyła. Strange nie miał pojęcia dlaczego. „Może ten mag dał mu coś drogocennego i dlatego nie chce się z tym rozstawać — pomyślał. — Nieważne. Kiedy zobaczę, co to jest, i nauczę się z tego, co się da, zwrócę mu dar. To powinno przekonać go o moich dobrych zamiarach”. Uśmiechnął się uprzejmie.
— Umowa zobowiązuje, tak pan chyba mówił? — powiedział. — Oczekuję tego, cokolwiek to jest, dziś wieczorem.
O ósmej jadł kolację z Greysteelami w ich ponurej jadalni. Panna Greysteel zapytała o lorda Byrona.
— Och, nie zamierza wracać do Anglii — odparł. — Poematy może pisać wszędzie. Natomiast ja… Tak jak angielska magia została ukształtowana w Anglii, tak Anglia kształtowana jest przez angielską magię. Są nierozerwalne.
Panna Greysteel lekko zmarszczyła brwi.
— Chce pan powiedzieć, że angielskie umysły, historia i tak dalej są ukształtowane przez magię. Posłużył się pan metaforą.
— Nie, mówiłem dosłownie. Na przykład to miasto zbudowano w zwykły sposób…
— Och! — przerwał doktor Greysteel ze śmiechem. — Typowa opinia maga! Nutka pogardy dla wszystkiego, co powstało w zwykły sposób.
— Nie zamierzałem okazywać braku szacunku. Zapewniam pana, że bardzo poważam wszystko, co zostało stworzone w zwykły sposób. Chciałem jedynie zauważyć, że kształt granic Anglii został ustalony w magiczny sposób.
— Nie jestem tego pewien. — Doktor Greysteel pokręcił głową. — Proszę o przykład.
— Naturalnie. Było kiedyś piękne miasto na wybrzeżu w hrabstwie York, Jego mieszkańcy zaczęli się zastanawiać, czy ich król, John Uskglass, powinien żądać od nich podatków. Twierdzili, że przecież tak wielki mag może sobie wyczarować złoto z powietrza. Zastanawiać się jest rzeczą ludzką, ale ci głupcy na tym nie poprzestali. Odmówili zapłaty i zaczęli spiskować wraz z wrogami króla. Człowiek powinien trzy razy pomyśleć, zanim pokłóci się z magiem, jeszcze dłużej, nim pokłóci się z królem. A co dopiero, kiedy magiem i królem jest jedna osoba! Niebezpieczeństwo wzrasta kilkaset razy. Najpierw pojawił się wiatr z północy. Gdy owiał zwierzęta, krowy, świnie, drób, owce, nawet koty i psy zestarzały się i zdechły. Gdy dotknął samego miasta, domy zamieniły się w ruiny na oczach nieszczęśliwych mieszkańców. Pękały narzędzia, tłukły się naczynia, drewno się paczyło i rozszczepiało, cegły i kamienie zamieniły się w pył. Kamienne rzeźby w kościele kruszyły się jakby ze starości, ich oblicza zdawały się krzyczeć. Wiatr chłostał morze, nadając mu groźne kształty. Ludzie, bardzo rozsądnie, zaczęli uciekać. Gdy dotarli na wyższe tereny, odwrócili się i ujrzeli, jak resztki miasta powoli nikną pod zimnymi szarymi falami.
Doktor Greysteel uśmiechnął się.
— Żaden rząd — ani wigowie, ani torysi, ani cesarze, ani magowie — nie lubi, gdy ludzie nie płacą podatków. Czy zamieści pan takie opowieści w swym następnym dziele?
— Naturalnie. Nie jestem jednym z tych skąpych autorów, którzy ważą słowa co do grama. Mam bardzo liberalne poglądy, jeśli chodzi o magię. Każdy, kto zapłaci panu Murrayowi gwineę, przekona się, że szeroko otwarłem drzwi do moich zasobów i moja wiedza jest na sprzedaż. Czytelnicy mogą wędrować wśród nich i bez pośpiechu wybierać.
Panna Greysteel poważnie zastanowiła się nad tą opowieścią.
— Został sprowokowany — powiedziała w końcu — ale i tak zachował się jak tyran.
Usłyszeli odgłos kroków.
— O co chodzi, Frank? — spytał doktor Greysteel. Służący Frank wyłonił się z cienia.
— Znaleźliśmy list i niewielką szkatułkę. Obie rzeczy są dla pana Strange’a. — Frank wydawał się zaniepokojony.
— No to nie stój i się nie gap! Pan Strange siedzi tutaj. Podaj mu list i szkatułkę.
Wyraz twarzy Franka i jego zachowanie świadczyły o tym, że zmaga się z wielkim problemem. Zmarszczone brwi dowodziły, że jest w kropce. Po raz ostatni spróbował podzielić się z chlebodawcą swoimi wątpliwościami:
— List i szkatułka leżały na podłodze tuż pod drzwiami, ale drzwi były zamknięte na skobel!
— No to ktoś musiał je otworzyć, Frank. Nie wymyślaj tajemnic tam, gdzie ich nie ma — powiedział doktor Greysteel.
Wobec tego Frank podał list i szkatułkę Strangebwi i odszedł w ciemność, mamrocząc pod nosem i wypytując krzesła oraz stoły po drodze, czemu bierze się go za ciołka.
Ciocia Greysteel życzliwie poradziła Strange’owi, żeby się nie krępował — był wśród przyjaciół i mógł swobodnie przeczytać list. Było to bardzo uprzejme z jej strony, acz niepotrzebne, gdyż Strange już dawno zaczął czytać.
— Och, ciociu! — wykrzyknęła panna Greysteel, podnosząc szkatułkę postawioną na stole przez Franka. — Patrz, jakie to piękne.
Szkatułka była mała i długa, ze srebra i porcelany. Miała przepiękny niebieski odcień, chociaż właściwie bardziej liliowy. A właściwie niezupełnie liliowy, raczej szarawy. Ściśle biorąc, był to kolor rozpaczy. Na szczęście ani panna Greysteel, ani ciocia Greysteel nigdy nie odczuły prawdziwej rozpaczy, toteż nie rozpoznały tej barwy.