Выбрать главу

— Rzeczywiście jest bardzo piękna — przyznała ciocia. — Czy to włoska robota, proszę pana?

— Mmm? — Strange uniósł oczy znad listu. — Nie wiem.

— Czy coś jest w środku? — dopytywała się ciocia Greysteel.

— Tak mi się wydaje. — Panna Greysteel sięgnęła do szkatułki, by ją otworzyć.

— Floro! — Doktor Greysteel z oburzeniem pokręcił głową.

Przyszło mu na myśl, że szkatułka może być prezentem, który Strange zamierza wręczyć Florze. Nie bardzo mu się podobał ten pomysł, ale doktor Greysteel nie uważał się za osobę kompetentną do oceny zachowań takiego bywalca jak Strange.

Mag, wciąż z nosem w liście, nie słyszał ostatnich uwag. Wziął do ręki szkatułkę i otworzył ją.

— Czy coś jest w środku, proszę pana? — spytała ciocia Greysteel.

Strange pośpiesznie zamknął szkatułkę.

— Nie, proszę pani, nic. — Wsunął szkatułkę do kieszeni, natychmiast wezwał Franka i poprosił o wodę.

Opuścił Greysteelów tuż po kolacji i poszedł prosto do kawiarni na rogu Calle de la Cortesia. Zawartość szkatułki nim wstrząsnęła, więc Strange pragnął być między ludźmi, gdy otworzy ją ponownie.

Kelner przyniósł mu brandy. Strange wypił łyk i otworzył pudełeczko.

Najpierw uznał, że elf przysłał mu woskową kopię małego, białego, amputowanego ludzkiego palca. Palec był tak blady, że niemal wydawał się zielonkawy, z nutą różu w rowkach wokół paznokcia. Strange zastanawiał się, dlaczego ktoś tak ciężko pracował nad stworzeniem czegoś tak paskudnego.

Ale w chwili, gdy dotknął palca, zorientował się, że wcale nie wykonano go z wosku. Był lodowato zimny, lecz skóra przesuwała się na nim tak samo jak na jego palcu. Można było zauważyć pod nią mięśnie i je wymacać. Bez wątpienia był to ludzki palec. Sądząc z wielkości, musiał należeć do dziecka, a może był to mały palec kobiety o drobnych dłoniach.

„Ale dlaczego mag dał mi palec? — zastanawiał się Strange. — Może to palec maga? Tylko to raczej niemożliwe, chyba że mag był dzieckiem albo kobietą”.

Przyszło mu do głowy, że już kiedyś słyszał coś o jakimś palcu, ale w tej chwili nie mógł sobie przypomnieć co. O dziwo, pamiętał jednak, kto o tym mówił — Drawlight. „To wyjaśnia, dlaczego nie zwróciłem na to uwagi. Ale dlaczego Drawlight mówił o magii? Nic o niej nie wiedział i nic go nie obchodziła”. Upił jeszcze trochę brandy. „Myślałem, że jeśli poznam elfa, wszystkie tajemnice znikną. Okazało się jednak, że pojawiła się nowa”.

Zaczął się zastanawiać nad rozmaitymi opowieściami o wielkich angielskich magach i ich elfich sługach. Martin Pale i Mistrz Witcherley, Mistrz Fallowthought i cała reszta. Thomas Godbless i Dick Wpadnijwtorek, Meraud i Coleman Gray i najsłynniejsi: Ralph Stokesey i Col Tom Blue.

Kiedy Stokesey po raz pierwszy natrafił na Cola Toma Blue, ten był dzikim, niesfornym stworzeniem — ostatnim elfem, który sprzymierzyłby się z angielskim magiem. Wobec tego Stokesey podążył za nim do Faerie, do zamku Cola Toma Blue. Chodził po nim niewidzialny i odkrył mnóstwo interesujących rzeczy.

Strange nie był tak naiwny, aby wierzyć, że opowieść przedstawiana dzieciom i historykom magii oddaje rzeczywiste wydarzenia. „Ale na pewno jest w tym ziarno prawdy — pomyślał. „Być może Stokesey zdołał się wedrzeć do zamku Cola Toma Blue, a to przekonało elfa, że warto się zadawać z takim magiem. Nie ma powodu, bym nie zrobił czegoś w tym rodzaju. W końcu ten elf nic nie wie o moich osiągnięciach. Gdybym złożył mu nieoczekiwaną wizytę, pokazałoby mu to moje umiejętności”.

Pomyślał o mglistym zimowym dniu w Windsorze, gdy mało brakowało, by on i król znaleźli się w Faerie, zwabieni magią dżentelmena. Przypomniał sobie las i światełka, które sugerowały istnienie starego domu. Królewskie Trakty z pewnością by go tam zaprowadziły, ale, pomijając obietnicę złożoną Arabelli, nie miał ochoty szukać dżentelmena za pomocą magii, którą już raz się posłużył. Chciał czegoś nowego, poruszającego. Przy następnym spotkaniu z dżentelmenem pragnął być pewien siebie i radosny, a tak zawsze się czuł po szczęśliwym zastosowaniu nowego zaklęcia.

„Faerie nie jest tak daleko stąd — pomyślał. — Można się tam dostać na tysiące sposobów. Chyba zdołam znaleźć choć jeden z nich…”

Znał zaklęcie, które otwierało ścieżkę między dwoma wskazanymi przez maga bytami. Było bardzo stare i bardzo bliskie elfiej magii. Utworzone ścieżki z pewnością wiodły z jednego świata do drugiego. Strange nigdy jeszcze go nie rzucał, nie miał więc pojęcia, jak ścieżka będzie wyglądała i jak ją pokonać. Wierzył jednak, że zdoła to uczynić. Wymamrotał kilka słów, uczynił kilka gestów i wyznaczył siebie i dżentelmena na dwa byty, które należało połączyć.

Nastąpiło drgnięcie przestrzeni, jak to się czasem dzieje tuż po rzuceniu zaklęcia — całkiem jakby otworzyły się i zamknęły niewidzialne drzwi, a on znalazł się po obu stronach. Albo jakby wszystkie budynki w mieście się obróciły i stały teraz frontem w innym kierunku. Magia najwyraźniej udała się znakomicie. Z pewnością coś zaszło, nie widział jednak rezultatów. Zastanawiał się, co dalej robić.

„To zapewne kwestia postrzegania. Wiem, jak temu zaradzić”. Zastanowił się. „To nie będzie przyjemne. Chyba nie powinienem znowu jej używać, ale może jeszcze jeden raz nie zaszkodzi”. Sięgnął do kieszonki na piersi i wyciągnął nalewkę szaleństwa. Kelner przyniósł mu szklankę wody, a Strange ostrożnie odmierzył jedną kropelkę i wypił.

Rozejrzał się i po raz pierwszy dostrzegł linię migotliwego światła, która biegła po wyłożonej kafelkami podłodze kawiarni od jego stolika aż za drzwi. Bardzo przypominała linie, które zwykle pojawiały się w srebrnej misie pełnej wody. Odkrył, że jeśli patrzy wprost na nią, linia znika. Kiedy jednak zerkał kątem oka, widział ją bardzo dobrze.

Zapłacił kelnerowi i wyszedł na ulicę.

„Imponujące” — pomyślał.

Rozdział jedenasty

„Drugi w ręku wroga ujrzy najcenniejszą swą własność…”

noc z 2 na 3 grudnia 1816

Było tak, jakby niebezpieczeństwo, które zawsze zagrażało Wenecji, w końcu ją dopadło. Nie pochłonęła jej jednak woda, lecz las. Ciemne, przerażające drzewa tłoczyły się w alejkach i na placach, wypełniły kanały. Mury nie stanowiły dla nich żadnej przeszkody.

Gałęzie przeszywały kamienie i szkło, korzenie zapuszczały się głęboko pod bruk, bluszcz porósł rzeźby i kolumny. Nagle zrobiło się o wiele ciemniej i ciszej. Zwisające brody jemioły ukryły lampy i świece, a gęsty baldachim z gałęzi zasłonił księżyc.

Mimo to wenecjanie nie zauważyli żadnej zmiany. Strange często czytał o tym, jak radośnie nieświadomi magii potrafią być ludzie, ale nigdy tego nie widział. Pomocnik piekarza niósł na głowie tacę z chlebem. Kiedy Strange patrzył, mężczyzna zgrabnie wymijał drzewa, których istnienia nawet nie podejrzewał, i uchylał się, by uniknąć gałęzi, które mogły wykłuć mu oko. Mężczyzna i kobieta, ubrani jak na bal albo ridotto, szli ramię w ramię po Salizzada San Moise, szepcząc do siebie. Na ich drodze stało wielkie drzewo. Oderwali się od siebie bardzo naturalnie, minęli drzewo z obu stron, a potem znów zetknęli się ramionami.

Strange kroczył linią migotliwego światła po alei prowadzącej do nabrzeża. Tam, gdzie kończyło się miasto, rosły drzewa, a linia światła biegła wśród nich.

Perspektywa skoku do wody niezbyt przypadła mu do gustu. W Wenecji nie ma łagodnie opadającej plaży — kamienny świat miasta kończy się na nabrzeżu, gdzie natychmiast zaczyna się Adriatyk. Strange nie miał pojęcia, jak głęboka jest tu woda, ale nie wątpił, że można się w niej utopić. Mógł tylko mieć nadzieję, że lśniąca ścieżka, która wiodła go wśród drzew, nie da mu utonąć. Jednocześnie świadomość, że o wiele lepiej się nadaje do tej przygody niż Norrell, mile łechtała jego próżność. Norrell za nic nie wszedłby do morza. Nie cierpiał moknąć. Kto powiedział, że magowi trzeba subtelności jezuity, śmiałości żołnierza i sprytu złodzieja? To chyba miała być zniewaga, ale tkwiło w tym ziarno prawdy.