Выбрать главу

Zszedł z nabrzeża. Natychmiast morze stało się bardzo nierzeczywiste i nieziemskie, a las bardziej namacalny. Wkrótce woda była jedynie ledwie dostrzegalnym przebłyskiem wśród ciemnych drzew, a słony zapach mieszał się z typowym aromatem nocnego lasu.

„Jestem pierwszym od niemal trzystu lat angielskim magiem, który wchodzi do Faerie”, pomyślał Strange. Był niezwykle zadowolony i żałował, że nie ma tu nikogo, kto by go podziwiał i się zdumiewał. Uświadomił sobie, jak bardzo ma dosyć ksiąg i milczenia, jak tęskni za czasami, kiedy bycie magiem oznaczało podróże do miejsc, których nie widział żaden Anglik. Po raz pierwszy od czasów bitwy pod Waterloo działał. Potem przyszło mu do głowy, że zamiast sobie gratulować, powinien rozejrzeć się wokół i sprawdzić, czy może się czegoś nauczyć. Zmusił się do uważnej obserwacji otoczenia.

Ten las tylko pozornie przypominał angielskie lasy, drzewa były nieco zbyt stare, nieco zbyt potężne, o nieco zbyt fantastycznych kształtach. Strange odniósł wrażenie, że mają charaktery, sympatie, antypatie i pragnienia. Wyglądały tak, jakby przywykły do takiego samego traktowania jak ludzie i oczekiwały, że zostaną wtajemniczone w sprawy, które ich dotyczą.

„Jest tak, jak się spodziewałem, ale powinienem to potraktować jako ostrzeżenie, że ten świat bardzo się różni od mojego — pomyślał. — Istoty, które tutaj spotkam, z pewnością będą zadawały mi pytania. Spróbują mnie zwieść”. Zaczął sobie wyobrażać, jakie pytania mogą mu postawić, i przygotowywał mnóstwo błyskotliwych odpowiedzi. Nie czuł strachu, nie uląkłby się nawet smoka. W ostatnich dwóch dniach przebył długą drogę. Czuł, że nie ma takiej rzeczy, której nie zdołałby zrobić, gdyby tylko zechciał.

Mniej więcej po dwudziestu minutach spaceru lśniąca linia zaprowadziła go do domu, który natychmiast rozpoznał: widział go równie dobrze jak tamtego dnia w Windsorze. Obecnie jednak dom wyglądał inaczej. W Windsorze wydawał się jasno oświetlony i przyjazny, teraz — ubogi i w ruinie. Okna były liczne i bardzo małe, w większości ciemne. Budynek okazał się znacznie większy, niż Strange oczekiwał — znacznie większy niż jakakolwiek ziemska budowla. „Car Rosji może mieć równie duży dom — pomyślał. — Albo papież w Rzymie. Sam nie wiem. Nigdy u nich nie byłem”.

Dom był otoczony wysokim murem i tam właśnie urywała się migotliwa linia. Strange nie widział żadnego wejścia, więc wymamrotał zaklęcie objawienia Ormskirka, a natychmiast po nim Tarczę Taillemache’a, zaklęcie zapewniające bezpieczne przejście przez zaczarowane miejsca. Miał szczęście, natychmiast otworzyła się niewielka furtka. Minął ją i znalazł się na wielkim mrocznym podwórzu, pełnym kości, które lśniły w świetle gwiazd. Niektóre szkielety miały na sobie zardzewiałe zbroje. Broń, która je przeszyła, wciąż tkwiła w żebrach trupów lub wystawała z ich oczodołów.

Strange widział pola bitewne Badajoz i Waterloo. Kilka starych szkieletów nie zrobiło na nim specjalnego wrażenia, choć uznał, że to interesujące. Czuł, że naprawdę znalazł się w Faerie.

Dom był wprawdzie w żałosnej kondycji, ale Strange podejrzewał, że jest w nim coś magicznego. Znowu wypróbował objawienie Ormskirka. Dom natychmiast się poruszył i zmienił, a wtedy Strange zobaczył, że tylko częściowo jest zbudowany z kamienia. Część murów, przypór i wież przybrała teraz formę wielkiej kopy ziemi, a właściwie wzgórza. „To brugh pomyślał z ożywieniem.

Minął niskie wejście i znalazł się w pomieszczeniu pełnym tancerzy. Byli ubrani w przepiękne stroje, ale sala wymagała natychmiastowego remontu. Część jednej ze ścian się zapadła, leżał tam gruz. Nieliczne meble były zniszczone, świece najlichsze z możliwych, a grało zaledwie dwóch muzyków: jeden na skrzypcach, drugi na piszczałce.

Nikt nie zwracał na Strange’a najmniejszej uwagi, więc mag stał pod ścianą i obserwował bawiące się pary. Pod wieloma względami ta rozrywka była mu bliższa niż, powiedzmy, conversazione w Wenecji. Maniery gości wydawały się bardziej angielskie, a same tańce przypominały te, w których z upodobaniem co tydzień uczestniczyli dżentelmeni i damy od Newcastle po Penzance.

Przyszło mu do głowy, że dawniej i on lubił tańczyć, podobnie jak Arabella. Po wojnie w Hiszpanii jednak rzadko oddawał się tej rozrywce z Arabella lub innymi damami. W Londynie, czy to na balu, czy w siedzibie rządu, zawsze wciągały go rozmowy o magii. Zastanawiał się, czy Arabella tańczyła z innymi dżentelmenami. Zastanawiał się, czy ją o to pytał. „Jeśli nawet ją spytałem — pomyślał z westchnieniem — na pewno nie słuchałem odpowiedzi. Nic nie pamiętam”.

— Dobry Boże, proszę pana! Co pan tu robi?

Strange odwrócił się, by sprawdzić, kto to mówi. Nie był przygotowany na to, że pierwszą osobą, którą tu spotka, będzie kamerdyner sir Waltera Pole’a. Nie pamiętał imienia tego człowieka, chociaż sir Walter powtarzał je setki razy. Simon? Samuel?

Mężczyzna złapał Strange’a za ramię i potrząsnął nim. Wydawał się niesłychanie poruszony.

— Na litość boską, co pan tu robi? Czy pan nie wie, że on pana nienawidzi?

Strange otworzył usta, żeby udzielić jednej ze swych błyskotliwych odpowiedzi, lecz się zawahał. Niby kto go nienawidził? Norrell?

Mężczyzna zniknął wśród osób uczestniczących w skomplikowanym tańcu. Strange rozglądał się za nim i nagle zauważył go po drugiej stronie sali. Kamerdyner patrzył na niego z wściekłością, jakby złościło go, że Strange ciągle tu jest. „Bardzo dziwne — pomyślał Strange. — Ale oczywiste. Robią to, czego się można najmniej spodziewać. To pewnie wcale nie jest kamerdyner Pole’a, tylko elf, który się pod niego podszył. Albo magiczna iluzja”.

Zaczął się rozglądać w poszukiwaniu swojego elfa.

— Stephenie! Stephenie!

— Jestem, proszę pana! — Stephen odwrócił się i ujrzał u swego boku dżentelmena o włosach jak puch ostu.

— Mag przybył! Jest tutaj! Czego może chcieć?

— Nie wiem.

— Och! Zamierza mnie zniszczyć!

Wiem, że tak. Stephen był zdumiony. Przez długi czas wydawało mu się, że dżentelmen nie lęka się żadnych niebezpieczeństw. Teraz jednak był niespokojny i przerażony.

— Ale dlaczego miałby to robić? — spytał Stephen uspokajającym tonem. — Sądzę, że raczej przyszedł tu, by uwolnić… by zabrać swoją żonę. Może powinniśmy zdjąć zaklęcie z pani Strange i pozwolić jej wrócić do domu wraz z mężem? I lady Pole też. Pozwólmy pani Strange i lady Pole powrócić do Anglii razem z magiem. Jestem pewien, że to złagodzi jego gniew. Na pewno zdołam go przekonać.

— Co? O czym ty mówisz? Pani Strange? Ależ nie, Stephenie! Bardzo się mylisz. Ani słowem nie wspomniał o naszej drogiej pani Strange. Ty i ja, drogi Stephenie, potrafimy docenić towarzystwo takiej kobiety. On nie. Całkiem o niej zapomniał. Znalazł sobie nową ukochaną — uroczą młodą damę, która, mam nadzieję, kiedyś zaszczyci swą obecnością nasze bale. Jest równie niestały w uczuciach jak każdy Anglik! Tak, wierz mi, przybył mnie zniszczyć! Od chwili, w której poprosił o palec lady Pole, wiedziałem, że jest o wiele mądrzejszy, niż sądziłem. Poradź mi coś, Stephenie, tyle lat żyłeś wśród tych Anglików. Co powinienem zrobić? Jak mam się strzec? Jak ukarać taką niegodziwość?