Выбрать главу

Najbardziej charakterystyczne dla sir Waltera Pole’a było zdumienie. Jego oczy robiły się okrągłe, brwi unosiły o centymetr, odchylał całe ciało i wyglądał niczym postaci z rycin pana Rowlandsona lub pana Giliraya. W życiu publicznym zdumienie ogromnie się sir Walterowi przydawało. „Czy na pewno?!” — krzyczał. — „Nie chce pan chyba powiedzieć, że…!” Ponieważ nie dotyczy to twoich przyjaciół, czytelniku, i zakładam, że nie czerpiesz niegodnej rozrywki z konfundowania mniej rozgarniętych od siebie, mógłbyś się nieźle zabawić. Gdy sir Waltera nie opuszczała jadowita złośliwość, oglądanie go było ciekawsze niż sztuka w Drury Lane. Dlatego mniej bystrzy i pewni siebie dżentelmeni z obu izb unikali go jak ognia (zdarzało się, że gdy sir Walter zmierzał kamiennym korytarzykiem łączącym Izbę Gmin z siedzibą Gwardii Konnej, stary lord Taki a Taki wygrażał mu laską i wykrzykiwał przez ramię: „Nie rozmawiam z panem! Przeinacza pan moje słowa! Nadaje im niezamierzony przeze mnie sens!”).

Raz, podczas pamiętnego przemówienia do tłumu w City, sir Walter przyrównał Anglię i jej polityków do osieroconej młodej damy pozostawionej pod opieką lubieżnych skąpych starców. Łotry te, zamiast chronić pannę przed niegodziwym światem, rozkradają jej posag i grabią dom. I choć słuchacze sir Waltera z trudem rozumieli niektóre z użytych przezeń słów (takie słownictwo wynikało z jego starannej klasycznej edukacji), każdy potrafił sobie wyobrazić biedną młodą damę stojącą w halce na łóżku, podczas gdy mający przewagę w rządzie wigowie plądrują szafy i sprzedają jej własność handlarzowi starzyzną. Wszystkich młodych dżentelmenów obrazek ten przyprawił o szybsze bicie serc.

Sir Walter był szczodry i często okazywał życzliwość bliźnim. Kiedyś powiedział, iż liczy na to, że jego wrogowie mają powody, by się go lękać, a przyjaciele, by go kochać — a ja mam powody sądzić, że tak właśnie było. Jego pogodna natura, uprzejmość i inteligencja oraz pozycja zasługiwały na tym większy podziw, że nie zapominał o nich nawet w obliczu problemów, które z pewnością załamałyby człowieka mniejszego formatu. Sir Waltera trapiły kwestie finansowe. Nie chcę przez to powiedzieć, że zwyczajnie brakowało mu gotówki. Bieda to jedno, a długi sir Waltera to całkiem co innego. Pożałowania godna sytuacja, tym bardziej przykra, że z pewnością nie wynikła z jego winy. Nigdy nie cechowała go rozrzutność ani też lekkomyślność, za to jeden nieroztropny jegomość był jego ojcem, a drugi — dziadkiem. Sir Walter urodził się z długami. Gdyby ciągnęło go do marynarki wojennej, zbiłby fortunę dzięki łupom. Gdyby umiłował uprawę roli, użyźniłby swe ziemie i zrobił majątek na zbożu. Gdyby był ministrem choćby pięćdziesiąt lat wcześniej, pożyczyłby pieniądze skarbowe na dwadzieścia pięć procent i zgarnął zysk. Cóż jednak może począć współczesny polityk? Prędzej wyda pieniądze, niż je zarobi.

Kilka lat temu przyjaciele załatwili mu stanowisko ministra zwyczajnego w Ministerstwie Suplik. Dostał specjalny kapelusz, kawałeczek kości słoniowej oraz siedemset funtów rocznie. Ze stanowiskiem nie wiązały się żadne obowiązki, bo nikt już nie pamiętał, czym zajmowało się to ministerstwo ani do czego służy kawałek kości słoniowej. Przyjaciele sir Waltera potracili jednak wpływy, nastali nowi ministrowie i zlikwidowali synekury, między innymi wszystkie stanowiska w Ministerstwie Suplik.

Wiosną 1807 roku wyglądało na to, że polityczna kariera sir Waltera dobiega końca (ostatnie wybory kosztowały go niemal dwa tysiące funtów). Znajomi polityka szaleli z niepokoju. Jedna z przyjaciółek, lady Winsell, udała się do Bath, gdzie na koncercie muzyki włoskiej zawarła znajomość z paniami Wintertowne, wdową oraz jej córką. Tydzień później lady Winsell napisała do sir Waltera: „To dokładnie to, czego panu życzyłam. Matka całkowicie popiera to małżeństwo i nie będzie robiła trudności, a jeśli nawet — ufam, że je pan przezwycięży. A pieniądze? Proszę mi wierzyć, drogi przyjacielu, kiedy wymieniła sumę, jaką otrzyma młoda dama, łzy napłynęły mi do oczu! Co by pan powiedział na tysiąc rocznie? O samej pannie pisać nie będę — gdy ją pan zobaczy, odmaluje mi pan jej portret z większym zachwytem, niż ja mogłabym to uczynić w liście do pana”.

Mniej więcej o piętnastej tego samego dnia, w którym pan Drawlight udał się na recital włoskiego sopranu, lokaj pana Norrella zapukał do domu na Brunswick Square — jego pan przybył na umówione spotkanie z sir Walterem. Pan Norrell został wpuszczony do domu i zaprowadzono go do niesłychanie eleganckiego pokoju na pierwszym piętrze.

Ściany salonu obwieszone były gigantycznymi malowidłami w pozłacanych, niezwykle kunsztownych ramach. Wszystkie obrazy przedstawiały Wenecję. Niebo w Londynie było zaciągnięte chmurami, padał lodowaty, zacinający deszcz, więc Wenecja, złożona w równych proporcjach z nasłonecznionego marmuru i nasłonecznionego morza, tonęła w londyńskim mroku. Jej akwamarynowe błękity, chmurne biele i połyskliwe złocistości zostały przyćmione przez szarości i zielenie rodem z dna morskiego. Gnane wiatrem kropelki deszczu gwałtownie uderzały o szybę (melancholijny dźwięk) i w tym przygnębiającym świetle wypolerowane powierzchnie szyfonierek z drewna tulipanowca i orzechowych biurek zamieniały się w czarne zwierciadła, ponuro odbijające się nawzajem. Pokój wydawał się nadzwyczaj smutny. Żadne światło nie rozpraszało mroku, żaden ogień nie przepędzał chłodu. Można by pomyśleć, że prowadzenie domu powierzono osobie o doskonałym wzroku, która nigdy nie odczuwa zimna.

Sir Walter Pole wstał, by powitać pana Norrella i przedstawić mu panią Wintertowne oraz jej córkę. Choć sir Walter mówił o dwóch damach, pan Norrell zauważył tylko panią w dojrzałym wieku, o aparycji pełnej godności. To nieporozumienie go zdumiało, uznał jednak, że nieuprzejmością byłoby zwracać uwagę sir Walterowi na samym początku znajomości, więc nieco zmieszany skłonił się władczej damie.

— Bardzo mnie cieszy to spotkanie — powiedział sir Walter. — Wiele o panu słyszałem. Wygląda na to, że cały Londyn mówi wyłącznie o niezwykłym panu Norrellu. — Odwróciwszy się do damy, dodał: — Pan Norrell jest magiem, pani, osobą bardzo poważaną w rodzinnym hrabstwie York.

Władcza dama wpatrywała się uważnie w pana Norrella.

— Wygląda pan inaczej, niż sądziłem — zauważył sir Walter. — Mówiono mi, że jest pan praktykującym magiem. Proszę się nie obrażać, tak słyszałem. Co za ulga, że zaszło nieporozumienie. Londyn trapi plaga fałszywych czarodziejów, którzy oskubują ludzi z pieniędzy, obiecując im rozmaite dziwy. Widział pan Vinculusa, który ma budkę przed St Christopher Le Stocks? Najgorszy z nich. Jest pan zatem magiem teoretykiem, jak mniemam? — Sir Walter uśmiechnął się z aprobatą. — Mówiono mi jednak, że chce mnie pan o coś prosić.

Pan Norrell poprosił sir Waltera o wybaczenie, ale musiał przyznać, że i owszem, jest magiem praktykującym. Sir Walter wydawał się zdumiony. Pan Norrell miał szczerą nadzieję, że po tym wyznaniu rozmówca nie zmieni dobrego zdania o nim.

— Nie, nie. Skądże znowu — wymamrotał sir Walter uprzejmie.

— Przekonanie o tym, że wszyscy praktykujący magowie to szarlatani, ma źródła w ogromnym lenistwie angielskich magów w ciągu ostatnich dwustu lat — powiedział pan Norrell. — Wykonałem sztuczkę magiczną, którą ludzie w Yorku uznali za niezwykłą, ale, proszę mi wierzyć, nawet pośledni mag by sobie z tym poradził. Ogólny letarg, w jakim tkwią magowie, pozbawił nasz wielki naród najlepszego wsparcia, stąd nasza bezbronność. Zamierzam zmienić sytuację. Inni magowie mogą zaniedbywać swoje obowiązki, mnie to nie przystoi. Przybyłem, drogi panie, by zaproponować pomoc i odmienić nasze trudne położenie.