Выбрать главу

Powrócił do gapiów pod ścianą. Podczas następnego tańca przystanęła obok niego niesłychanie piękna kobieta. Uderzył go kontrast pomiędzy jej urodą a utrwalonym na twarzy smutkiem. Gdy uniosła dłonie, by połączyć ręce z rękoma partnera, ujrzał, że brak jej małego palca.

„Dziwne”, pomyślał i dotknął kieszeni fraka, gdzie znajdowała się szkatułka ze srebra i porcelany. „Może…” Nie mógł jednak wyobrazić sobie sytuacji, w której mag podarowałby elfowi palec kogoś z dworu tego elfa. To nie miało sensu.

„Pewnie te dwie rzeczy wcale się nie wiążą — pomyślał. Ale dłoń kobiety wydała mu się mała i blada. Był pewien, że palec w jego kieszeni pasowałby idealnie. Zżerała go ciekawość i postanowił porozmawiać z nieznajomą, zapytać, jak straciła palec.

Taniec dobiegł końca. Kobieta rozmawiała z inną damą, stojącą plecami do Strange’a.

— Bardzo przepraszam… — zaczął.

Druga dama odwróciła głowę. To była Arabella.

Miała na sobie białą suknię z narzutką z błękitnej siateczki i brylantów. Suknia lśniła jak ścięta mrozem i była o wiele ładniejsza niż jakakolwiek suknia Arabelli z czasów, gdy mieszkała w Anglii. W jej włosach tkwiły gałązki pełne pączków podobnych do gwiazdek, a na szyi miała czarną aksamitkę.

Patrzyła na niego z dziwnym wyrazem twarzy, w którym zdumienie mieszało się z ostrożnością, radość z niedowierzaniem.

— Jonathanie! Patrz, kochana! — wykrzyknęła do towarzyszki. — To Jonathan.

— Arabello… — zaczął.

Nie wiedział, co powiedzieć. Wyciągnął do niej ręce, ale nie zareagowała. Zmieszana, cofnęła się o krok i ujęła dłonie tej drugiej, nie znanej mu kobiety, jakby to właśnie do niej zwracała się po pociechę i wsparcie. Nieznana kobieta popatrzyła na Strange’a.

— Wygląda jak większość mężczyzn — zauważyła zimno. Po chwili jednak dodała, jakby spotkanie dobiegło końca: — Chodź.

Najwyraźniej usiłowała wyprowadzić stąd Arabellę.

— Poczekaj! — zaprotestowała Arabella cicho. — Na pewno przyszedł nam pomóc! Nie sądzisz, że tak właśnie jest?

— Może — odparła dama z powątpiewaniem. Ponownie popatrzyła na Strange’a. — Nie, nie sądzę. Myślę, że przybył tu z całkiem innych powodów.

— Wiem, że ostrzegałaś mnie, żebym nie robiła sobie fałszywych nadziei — powiedziała Arabella. — I staram się postępować zgodnie z twoją radą. Ale on tu jest! Byłam pewna, że mnie tak szybko nie zapomni.

— Zapomnieć cię?! — wykrzyknął Strange. — Ależ skąd! Arabello, ja…

— Czy przyszedł pan nam pomóc? — zapytała wprost kobieta.

— Co? Nie, ja… Musisz wiedzieć, że do teraz nie wiedziałem… To znaczy, chcę przez to powiedzieć, że niezupełnie rozumiem…

Nieznana kobieta jęknęła niecierpliwie.

— Przyszedł pan z pomocą czy nie? To chyba proste pytanie?

— Nie — odparł Strange. — Arabello, porozmawiaj ze mną, błagam. Powiedz mi, co…

— No i? Widzisz? — oświadczyła kobieta Arabelli. — Chodź, poszukamy sobie spokojnego miejsca, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Chyba widziałam wolną ławeczkę nieopodal drzwi.

Arabella jednak nie chciała tak prędko odchodzić. Wciąż patrzyła na Strange’a w dziwny sposób, zupełnie jakby przyglądała się jego portretowi, a nie mężczyźnie z krwi i kości.

— Wiem, że nie pokładasz wielkiej nadziei w zamiarach mężczyzn, ale…

— W ogóle nie pokładam nadziei w mężczyznach — przerwała jej kobieta. — Wiem, co znaczy marnować lata na próżną wiarę, że ktoś ci pomoże. Brak wiary jest lepszy niż te nie kończące się rozczarowania!

Cierpliwość Strange’a się wyczerpała.

— Proszę wybaczyć, że przerywam, pani — powiedział do nieznajomej — ale chciałem zauważyć, że od kiedy do pań dołączyłem, nieustannie pani mi przerywa. Obawiam się, że muszę prosić o umożliwienie mi spokojnej rozmowy z żoną. Gdyby łaskawie udała się pani na przechadzkę…

Ale ani ona, ani Arabella go nie słuchały. Obie patrzyły trochę w prawo. U boku Strange’a pojawił się dżentelmen o włosach jak puch ostu.

Stephen przepychał się przez tłum tancerzy. Jego konwersacja z dżentelmenem o włosach jak puch ostu była bardzo niepokojąca. Coś zostało postanowione, ale im dłużej Stephen o tym myślał, tym mniejsze miał pojęcie co.

— Jeszcze nie jest za późno — mamrotał, brnąc przez tłum. — Jeszcze nie jest za późno.

Jakaś jego część — zimna, obojętna, zaczarowana — zastanawiała się, co miał na myśli. Nie jest za późno, żeby ocalić siebie? Ocalić lady Pole i panią Strange? Ocalić maga?

Nigdy szeregi tancerzy nie wydawały mu się takie długie — przypominały płot, który wyrósł mu na drodze.

— Proszę pana! — krzyknął, gdyż wydało mu się, że po drugiej stronie sali widzi szopę włosów podobnych do puchu ostu. — Proszę poczekać! Muszę z panem porozmawiać!

Światła się zmieniły. Muzyka i rozmowy ucichły. Stephen rozejrzał się wokół, przekonany, że właśnie znalazł się w nowym mieście albo na innym kontynencie, wciąż jednak przebywał w głównej sali Utraconej Nadziei. Było pusto, tancerze i muzycy zniknęli. Zostały jedynie trzy osoby: Stephen, a nieco dalej mag oraz dżentelmen o włosach jak puch ostu.

Mag wypowiedział imię żony. Pośpieszył ku ciemnym drzwiom, jakby zamierzał przetrząsnąć cały dom w jej poszukiwaniu.

— Czekaj! — krzyknął dżentelmen o włosach jak puch ostu.

Mag się odwrócił, a Stephen ujrzał, że jego twarz pociemniała od gniewu, a usta poruszają się, jakby lada chwila miało z nich eksplodować zaklęcie.

Dżentelmen o włosach jak puch ostu uniósł dłonie.

Sala wypełniła się stadem ptaków. Pojawiły się w mgnieniu oka, w mgnieniu oka zniknęły.

Ptaki uderzały Stephena skrzydłami, zabrakło mu tchu. Kiedy doszedł do siebie na tyle, by unieść głowę, dostrzegł, że dżentelmen o włosach jak puch ostu po raz drugi podniósł ręce.

Salę wypełniły wirujące liście. Były suche jak wiór i brązowe, zmieniły się w wiatr, który wiał znikąd. Pojawiły się w mgnieniu oka, w mgnieniu oka zniknęły.

Mag patrzył z przerażeniem. Najwyraźniej nie wiedział, jak ma postąpić w obliczu takiej magii.

„Już po nim” — pomyślał Stephen.

Dżentelmen o włosach jak puch ostu wzniósł dłonie po raz trzeci.

Sala pełna była deszczu — nie z wody, lecz krwi. Pojawił się w mgnieniu oka, w mgnieniu oka zniknął.

Zaklęcie prysło. W tej samej chwili mag zniknął, a dżentelmen o włosach jak puch ostu padł na podłogę, bliski omdlenia.

— Gdzie mag, proszę pana?! — wykrzyknął Stephen, przyklęknąwszy obok. — Co się stało?

— Odesłałem go do kolonii nadmorskiej Altinum — Odparł dżentelmen chrapliwym szeptem. Usiłował się uśmiechnąć, bez powodzenia. — Zrobiłem to, Stephenie! Zrobiłem, co mi doradziłeś. Odebrało mi to wszystkie siły. Do granic możliwości wykorzystałem swe dawne sojusze. Ale odmieniłem świat. Och! Zadałem mu ciężki cios! Mrok, ból i samotność! Już nas nie skrzywdzi! — Usiłował zaśmiać się triumfalnie, ale okropnie się rozkaszlał i zaczął rzęzić. Kiedy mu przeszło, ujął Stephena za rękę. — Nie kłopocz się mną, Stephenie. Jestem nieco zmęczony, to wszystko. Okazałeś się człowiekiem niesłychanej przenikliwości i wizjonerem. Od tej chwili nie jesteśmy już przyjaciółmi, lecz braćmi! Pomogłeś mi pokonać wroga, a w dowód wdzięczności ja odnajdę twoje imię! Uczynię cię królem. — Jego głos zamarł.