— Strange — odezwał się doktor Greysteel.
Strange uniósł wzrok. Nie wydawał się już tak rozgorączkowany jak poprzedniej nocy, ale miał równie udręczone spojrzenie. Długo patrzył na doktora, najwyraźniej go nie poznając.
— Greysteel — wymamrotał w końcu. — Co pan tu robi?
— Przyszedłem sprawdzić, jak pan się miewa. Martwię się o pana.
Strange nie odpowiedział. Powrócił do srebrnego naczynia, wykonał nad nim kilka gestów i od razu skrzywił się z niezadowolenia. Wziął szklankę i wlał do niej trochę wody, następnie z maleńkiej butelki ostrożnie odmierzył dwie krople płynu do szklanki.
Doktor Greysteel patrzył na niego uważnie. Na butelce nie było etykietki, a płyn miał bursztynową barwę. Mogło to być cokolwiek.
Strange wyczuł na sobie spojrzenie medyka.
— Pewnie zamierzał pan powiedzieć, że nie powinienem tego zażywać. Proszę sobie oszczędzić fatygi. — Wypił wszystko jednym haustem. — Zmieni pan zdanie, gdy pozna przyczynę mojego zachowania.
— Nie, nie — zaprzeczył doktor Greysteel kojącym tonem, zarezerwowanym dla najtrudniejszych pacjentów. — Zapewniam pana, że nie zamierzałem mówić nic podobnego. Chciałbym tylko wiedzieć, czy pan cierpi. Albo jest chory. Wczoraj myślałem, że tak… Jeśli mógłbym… — urwał. Coś wyczuł. Zapach — suchy, zbutwiały, z domieszką czegoś cuchnącego i zwierzęcego — był bardzo mocny. Nagle zrozumiał, że to smród pokoju szalonej staruszki z mnóstwem kotów.
— Moja żona żyje — oświadczył Strange. Jego głos był zachrypnięty i niski. — Zaskoczyłem pana! Nie wiedział pan tego.
Doktor Greysteel oblał się zimnym potem. Żadne oświadczenie, które padłoby z ust Strange’a, nie mogłoby bardziej zaniepokoić lekarza.
— Powiedzieli mi, że umarła! — ciągnął Strange. — Powiedzieli mi, że ją pochowali! Nie mogę uwierzyć, że dałem się nabrać! Była zaklęta! Odebrano mi ją! Właśnie po to tego potrzebuję! — Pomachał buteleczką z bursztynowym płynem.
Doktor Greysteel i Frank cofnęli się o krok.
— Wszystko w porządku, proszę pana — szepnął Frank do doktora. — Wszystko w orządku. Nie pozwolę mu pana skrzywdzić. Dam sobie z nim radę. Proszę się nie bać.
— Nie mogę wrócić do domu — powiedział Strange. — Wyrzucił mnie i nie pozwoli mi wrócić. Drzewa mnie nie przepuszczą. Próbowałem zaklęć odczarowania, ale nie działają. Nie działają…
— Czy po wczorajszej nocy rzucał pan zaklęcia? — spytał doktor Greysteel.
— Co? Tak!
— Przykro mi to słyszeć. Powinien pan odpocząć. Zapewne niewiele pan pamięta z ostatniej nocy.
— Ha! — wykrzyknął Strange z gorzką ironią. — Nigdy nie zapomnę żadnego szczegółu.
— Czyżby? — spytał doktor Greysteel równie kojącym tonem jak poprzednio. — Cóż, nie będę ukrywał, że pańskie zachowanie mnie zaniepokoiło. Jestem pewien, że to konsekwencje przepracowania. Może gdybym…
— Proszą wybaczyć, doktorze, ale wyjaśniłem już, że moja żona jest zaklęta, uwięziona pod ziemią. Bardzo chętnie ciągnąłbym tę pogawędkę, mam jednak ważniejsze sprawy na głowie!
— Doskonale. Proszę się uspokoić. Nasza obecność pana zdenerwowała. Odejdziemy, a jutro znów wrócimy. Przed wyjściem muszę coś panu powiedzieć: rankiem gubernator wysłał do mnie delegację. Bardzo prosi, żeby chwilowo powstrzymał się pan od czynienia magii…
— Powstrzymać się od magii! — Strange zaśmiał się zimno i nieprzyjemnie. — Prosi pan, bym teraz przestał? Niemożliwe. Po co Bóg uczynił mnie magiem, jeśli nie po to? — Powrócił do srebrnego naczynia i zaczął kreślić znaki w powietrzu, tuż nad powierzchnią wody.
— Wobec tego niech pan przynajmniej uwolni parafię od tej nienaturalnej nocy. Zrobi pan to dla mnie? W imię naszej przyjaźni? Dla dobra Flory?
Strange nagle zamarł.
— O czym pan mówi? Jakiej nienaturalnej nocy? Co w niej nienaturalnego?
— Na litość boską, Strange! Jest prawie południe!
Przez chwilę Strange milczał. Spojrzał na okno za sobą, na świece w pokoju i w końcu na doktora Greysteela.
— Nie miałem pojęcia — wyszeptał przerażony. — Proszę mi wierzyć, to nie moja sprawka.
— Zatem czyja?
Strange nie odpowiedział. Rozglądał się bezmyślnie po pomieszczeniu. Doktor Greysteel obawiał się, że dalsze pytania o ciemność rozwścieczą maga, więc spytał tylko:
— Może pan przywrócić dzień?
— Nie… nie wiem.
Doktor Greysteel powiedział Strangebwi, że wrócą jutro, i po raz kolejny skorzystał z okazji, by polecić sen jako znakomite remedium na dolegliwości.
Strange nie słuchał, ale kiedy doktor Greysteel i Frank wychodzili, złapał lekarza za ramię i wyszeptał:
— Mogę o coś spytać?
Doktor Greysteel skinął głową.
— Nie obawia się pan, że zgaśnie?
— Co zgaśnie? — spytał doktor Greysteel.
— Świeca. — Strange wskazał na czoło doktora. — Świeca w pańskiej głowie.
Na zewnątrz ciemność wydawała się jeszcze bardziej niesamowita. Doktor Greysteel i Frank w milczeniu przemierzali ulice. Gdy wyszli na światło dzienne po zachodniej stronie placu Świętego Marka, obaj odetchnęli z ulgą.
— Jestem zdecydowany przemilczeć jego pomieszanie zmysłów przed gubernatorem — powiedział doktor Greysteel. — Bóg wie, jak zareagowaliby ci Austriacy. Mogliby wysłać po niego żołnierzy albo coś gorszego. Po prostu powiem, że chwilowo nie jest w stanie wypędzić nocy, ale i nie ma złych zamiarów względem miasta. Tego jestem pewien. Jestem również pewien, że wkrótce przekonam go, by uporządkował sytuację.
Następnego dnia, kiedy wstało słońce, ciemności nadal otulały parafię Santa Maria Zobenigo. O wpół do dziewiątej Frank wyszedł po mleko i ryby. Ładna ciemnowłosa wieśniaczka, która sprzedawała mleko z barki na kanale San Lorenzo, lubiła Franka. Zawsze iała dla niego uśmiech albo miłe słowo. Tego ranka wręczyła mu dzbanek mleka i spytała, czy słyszał, że angielski mag oszalał.
Na rybnym targu nad Canale Grandę rybak sprzedał Frankowi trzy cefale, ale niemal zapomniał przyjąć zapłaty, gdyż wdał się w kłótnię z sąsiadem. Spierali się o to, czy angielski mag oszalał dlatego, że był magiem, czy dlatego, że był Anglikiem. Gdy Frank wracał, dwie blade zakonnice szorujące marmurowe schody kościoła powitały go i oświadczyły, że zamierzają się modlić za biednego, szalonego maga. Dotarł już niemal pod drzwi domu, kiedy nagle z gondoli na nabrzeże wyskoczył biały kot. Frank czekał na komentarz dotyczący obłędu Jonathana Strange’a, zwierzę jednak milczało.
— Jak do tego doszło, na Boga? — spytał doktor Greysteel i usiadł na łóżku. — Myślisz, że pan Strange wyszedł z domu i z kimś rozmawiał?
Frank nie miał pojęcia. Znowu poszedł do miasta, by się czegoś dowiedzieć. Wyglądało na to, że Strange nie ruszył się ze swojego pokoju na szczycie domu przy Santa Maria Zobenigo, jednak lord Byron (jedyna osoba w mieście, którą uradowało pojawienie się wiecznej nocy) odwiedził go około siedemnastej poprzedniego dnia. Strange właśnie czarował i bełkotał o świecach, ananasach, tańcach trwających przez wieki i mrocznych lasach porastających ulice Wenecji. Byron wrócił do siebie i powtórzył to swej kochance, gospodarzowi i lokajowi. Wszyscy byli ludźmi towarzyskimi i spędzali wieczory w gronie rozmownych przyjaciół. Stąd rankiem liczba osób wiedzących o sprawie była wręcz imponująca.