Выбрать главу

Obok przeszła śliczna młoda Włoszka. Byron przechylił głowę pod bardzo dziwnym kątem, przymknął oczy i przybrał minę sugerującą chroniczną niestrawność i zwiastującą rychłe zejście. Doktor Greysteel mógł się tylko domyślać, że lord prezentuje dziewczęciu bajroniczny profil i bajroniczny wyraz twarzy.

Rozdział trzynasty

Czarne listy

grudzień 1816

Santa Marła Zobenigo, Wenecja 3 grudnia 1816

Jonathan Strange do wielebnego Henry’ego Woodhope’a

Drogi Henry

Przygotuj się na wspaniałą nowinę. Widziałem Arabellę. Widziałem ją i z nią rozmawiałem. Czy to nie cudowne? Czy to nie najlepsza ze wszystkich możliwych informacji? Nie uwierzysz mi, nie zrozumiesz. Bądź jednak pewien, że to prawda, nie przekonanie pijaka, szaleńca czy opiumisty. Posłuchaj: trzeba jedynie przyjąć, że w czasie ostatniego Bożego Narodzenia w Clun byliśmy częściowo zaczarowani, a wszystko stanie się prawdopodobne, wszystko stanie się możliwe. Co za ironia, że właśnie ja nie rozpoznałem magii, kiedy mnie otoczyła. Na swą obronę muszę powiedzieć, że była bardzo nieoczekiwanej natury i nadeszła z nieoczekiwanej strony. Wstyd przyznać, lecz inni okazali się mądrzejsi ode mnie. John Hyde wiedział, że coś jest nie tak, i usiłował mnie ostrzec, ja jednak nie chciałem go słuchać. Nawet Ty, Henry, mówiłeś mi otwarcie, że jestem zbyt zajęty księgami, że zaniedbuję obowiązki i żonę. Oburzony, przy kilku okazjach nieuprzejmie Cię potraktowałem. Przykro mi i pokornie proszę Cię o wybaczenie. Miałeś słuszność. I tak jestem bardziej winny, niż mógłbyś przypuszczać. Ale do rzeczy — musisz przyjechać do Wenecji. Arabella przebywa w miejscu niezbyt odległym stąd, ale nie może go opuścić, a ja nie mogę do niej dołączyć — przynajmniej (kilka wykreślonych linijek). Moi przyjaciele w Wenecji to poczciwe dusze, ale zasypują mnie pytaniami. Nie mam tu sługi, a coś utrudnia mi dyskretne poruszanie się po mieście. Nie mogę napisać nic więcej. Drogi Henry, nie wymyślaj sobie przeszkód. Przybywaj do Wenecji. Twoją nagrodą będzie cała i zdrowa Arabella, która do nas powróci. Niby po co Bóg uczynił mnie największym magiem epoki, jeśli nie po to?

Twój brat, S.

Santa Maria Zobenigo, Wenecja 6 grudnia 1816

Jonathan Strange do wielebnego Henry’ego Woodhope’a

Drogi Henry

Odkąd do Ciebie napisałem, sumienie nie daje mi spokoju. Wiesz, że nigdy Cię nie okłamałem, ale przyznaję, że zdradziłem Ci zbyt mało, żebyś mógł wyrobić sobie opinię, jak wygląda obecnie sprawa Arabelli. Nie jest martwa, lecz… (12 linijek wykreślonych i nieczytelnych) pod ziemią, we wzgórzu, które nazywają brugh. Żywa, lecz nieżywa, ale i nie martwa — zaklęta. Od niepamiętnych czasów elfy mają w zwyczaju porywać chrześcijan i czynić z nich swe sługi albo zmuszać ich, jak w tym wypadku, do uczestnictwa w upiornych rozrywkach: tańcach, ucztach, długich, bezwartościowych celebracjach pustki i nicości. Ze wszystkich moich przewinień największą hańbę przynosi mi to, że zawiodłem Arabellę, choć mym obowiązkiem było jej strzec.

Santa Maria Zobenigo, Wenecja 15 grudnia 1816

Jonathan Strange do wielebnego Henry’ego Woodhope’a

Drogi Henry

Ze smutkiem muszę Ci oznajmić, że teraz mam większe powody do niepokoju, niż napisałem w ostatnim liście. Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by umożliwić jej ucieczkę z ponurego więzienia, bezskutecznie jednak. Nie znam zaklęcia, które zdołałoby uczynić choćby najmniejszą lukę w tej prastarej magii. Jeśli się nie mylę, nie ma takiego zaklęcia w całym angielskim kanonie. Historie o magach wyzwalających jeńców z Faerie są rzadkością. W jednej z ksiąg Martin Pale opisuje, jak elfy nudzą się swymi ludzkimi gośćmi i bez ostrzeżenia odsyłają ich z brugh. Biedni więźniowie wracają do swych domów, ale setki lat po tym, jak je opuścili. Może tak właśnie się zdarzy. Arabella powróci do Anglii długo po naszej śmierci. Ta myśl mrozi mi krew w żyłach. Nie mogę przed Tobą ukrywać, że popadam w czarną rozpacz. Czas i ja toczymy wojnę. Teraz wszystkie godziny są północą. Miałem zegar i kieszonkowy zegarek, ale zniszczyłem oba. Nie mogłem znieść, że się ze mnie natrząsają. Nie śpię. Nie mogę jeść. Piję wino i coś jeszcze. Czasem robię się dziwny. Trzęsę się, śmieję i płaczę — nie wiem, jak długo to trwa, może godzinę, a może cały dzień. Dość jednak o tym. Klucz to szaleństwo. Chyba jestem pierwszym angielskim magiem, który to pojął. Norrell miał rację, gdy mówił, że nie potrzebujemy elfów do pomocy. Powiedział, że szaleńcy i elfy mają wiele wspólnego, ale wtedy nie rozumiałem implikacji, on zresztą również nie. Dlaczego nie przyjeżdżasz? Chorujesz? Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi na listy, ale może to oznaczać, że już zmierzasz do Wenecji i że ten list nigdy do Ciebie nie dotrze.

— Mrok, ból i samotność! — zarechotał radośnie dżentelmen. — To właśnie dostałem od niego i teraz on będzie tak cierpiał przez następnych sto lat! Och! Ależ jest przygnębiony! Zwyciężyłem! Zwyciężyłem!

Klasnął w dłonie, a jego oczy zalśniły.

W pokoju Strange’a w parafii Santa Maria Zobenigo płonęły trzy świece: jedna na biurku, jedna na malowanym kredensiku i jedna w kinkietowym lichtarzu na ścianie. Ktoś, kto obserwowałby tę scenę, mógłby pomyśleć, że to jedyne światła na całym świecie. Z okna Strange’a było widać tylko bezgłośną noc. Nie ogolony Strange, z podkrążonymi oczami i potarganymi włosami, czarował.

Stephen patrzył na niego z litością i przerażeniem.

— Ale nie jest tak samotny, jak sądziłem — zauważył dżentelmen z niezadowoleniem. — Ktoś tu przyszedł.

W rzeczy samej. Niski ciemnowłosy mężczyzna w kosztownym stroju opierał się o malowany kredensik, patrząc na Strange’a z wielkim zainteresowaniem i rozbawieniem. Od czasu do czasu wyjmował notesik i coś w nim skrobał.

— To lord Byron — wyjaśnił Stephen.

— Kto taki?

— Bardzo niegodziwy dżentelmen. Poeta. Pokłócił się z żoną i uwiódł własną siostrę.

— Naprawdę? Może go zabiję?

— Och, niech pan tego nie robi. Co prawda, jego grzechy są wielkie i w zasadzie wygnano go z Anglii, niemniej…

— Ach, nie interesują mnie jego występki przeciwko innym ludziom. Interesują mnie jego występki przeciwko mnie! Nie powinno go tu być. Och, Stephenie, Stephenie, skąd to wzburzenie? Co cię obchodzi, cóż się stanie z jednym niegodziwym Anglikiem? Powiem ci, co zrobię: darzę cię wielkim uczuciem, więc nie zabiję go od razu. Podaruję mu jeszcze ponad siedem lat życia! Ale potem musi umrzeć!

— Dziękuję panu — odparł Stephen z wdzięcznością. — To bardzo wspaniałomyślne.

Nagle Strange uniósł rękę i krzyknął:

— Wiem, że tu jesteś! Możesz się przede mną ukrywać, skoro taka twoja wola, ale już za późno. Wiem, że tu jesteś!