Выбрать главу

— Do kogo mówisz? — zainteresował się Byron.

— Jestem pod obserwacją. — Strange zmarszczył brwi. — Siedzą mnie!

— Naprawdę? A wiesz kto?

— Elf i kamerdyner.

— Kamerdyner? — powtórzył jego lordowska mość ze śmiechem. — No jasne. Krążą okropne pogłoski o chochlikach i goblinach, ale kamerdynerzy są zdecydowanie najgorsi.

— Co? — bąknął Strange.

Dżentelmen o włosach jak puch ostu rozglądał się niespokojnie po pokoju.

— Stephenie! Widzisz gdzieś moją szkatułkę?

— Szkatułkę?

— Tak, tak! Wiesz którą. Szkatułkę z palcem drogiej lady Pole!

— Nie widzę jej, proszę pana. Ale z pewnością ta szkatułka nie jest już do niczego potrzebna… Teraz, gdy pokonał pan maga?

— O, jest! — krzyknął dżentelmen. — Widzisz? Oparłeś rękę na stole i niechcący ją zasłoniłeś.

Stephen odsunął rękę.

— Nie podniósł jej pan — powiedział po chwili. Dżentelmen nic nie odrzekł. Po chwili powrócił do wyzywania maga i pławienia się we własnej chwale. „Już nie należy do niego — pomyślał podekscytowany Stephen. — Nie może jej zabrać! Teraz szkatułka przeszła na własność maga! Może dzięki temu zdoła on jakoś oswobodzić lady Pole!”

Patrzył i czekał, co uczyni mag. Po półgodzinie jednak zmuszony był przyznać, że sytuacja nie przedstawia się obiecująco. Strange chodził po pokoju, mamrocząc pod nosem magiczne zaklęcia. Wydawał się całkiem obłąkany. Lord Byron pytał go, co robi, a Strange udzielał mu bełkotliwych odpowiedzi (co niesłychanie odpowiadało lordowi Byronowi). A co do szkatułki — Strange nawet na nią nie spojrzał. Najwyraźniej całkiem o niej zapomniał.

Rozdział czternasty

Henry Woodhope składa wizytę

grudzień 1816

— Dobrze pan zrobił, panie Woodhope, że przyszedł pan do mnie. Uważnie przestudiowałem wenecką korespondencję pana Strange’a i poza bijącą z niej grozą, o której słusznie pan mówi, wiele w tych listach może umknąć uwagi laika. Nie chwaląc się, uważam, że obecnie jestem jedynym człowiekiem w Anglii, który potrafi je zrozumieć.

Był wieczór, trzy dni przed Bożym Narodzeniem. W bibliotece na Hanover Square nie zapalono jeszcze świec ani lamp. Nadeszła ta dziwna pora dnia, gdy niebo jest jasne i pełne barw, lecz ulice już pogrążają się w mroku. Na stole stał wazon z kwiatami, które w zapadającym zmierzchu wydawały się całkiem czarne.

Pan Norrell siedział przy oknie z listami Strange’a w dłoniach. Lascelles rozsiadł się przy kominku i chłodno wpatrywał w Henry’ego Woodhope’a.

— Przyznam, że od chwili gdy otrzymałem pierwszy list, dręczy mnie przygnębienie — powiedział Henry Woodhope do pana Norrella. — Nie wiedziałem, do kogo się zwrócić po pomoc. Prawdę mówiąc, nie interesuje mnie magia. Nie śledziłem modnych sporów na ten temat. Wszyscy jednak twierdzą, że jest pan największym magiem Anglii, a do tego niegdyś nauczał pan Strange’a. Będę bardzo wdzięczny, jeśli zechce pan udzielić mi rady.

Pan Norrell pokiwał głową.

— Nie wolno panu winić pana Strange’a — rzekł. — Nasza profesja jest niebezpieczna. W żadnej innej człowiek nie jest tak narażony na zagrożenia wynikłe z próżności. W porównaniu do magii polityka i prawo są zupełnie nieszkodliwe. Powinien pan zrozumieć, panie Woodhope, że bardzo się starałem zatrzymać go przy sobie, pokierować nim. Ale geniusz, który wszyscy podziwiamy, sprowadza go na złą drogę. Te listy dowodzą, że zbłądził bardziej, niż przypuszczałem.

— Zbłądził? Więc nie wierzy pan w tę dziwną opowieść o mojej odnalezionej siostrze?

— W ani jedno słowo, ani jedno. To jego nieszczęsne złudzenia.

— Ach! — Henry Woodhope przez chwilę milczał, jakby nie mogąc się zdecydować, czy czuje ulgę, czy rozczarowanie. — A te dziwne narzekania pana Strange’a, że czas się zatrzymał? Czy pan coś z tego rozumie?

— Nasi korespondenci z Włoch utrzymują, że od wielu tygodni pana Strange’a otacza ciemność — oświadczył Lascelles. — Nie wiemy, czy stworzył ją celowo, czy też nie wyszło mu zaklęcie. Istnieje również możliwość, że obraził jakąś potęgę i oto skutek. Na pewno czyny pana Strange’a zakłóciły naturalny porządek rzeczy.

— Rozumiem — powiedział Henry Woodhope.

Lascelles popatrzył na niego surowo.

— To coś, czego pan Norrell za wszelką cenę starał się unikać.

— Ach — Henry popatrzył na pana Norrella. — Ale co powinienem zrobić? Jechać do niego, jak nalega?

Pan Norrell prychnął.

— Moim zdaniem najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, kiedy zdołamy znaleźć sposób, by sprowadzić go do Anglii, gdzie zajmą się nim przyjaciele i położą kres dręczącym go iluzjom.

— Może zechce pan do niego napisać?

— O nie. Obawiam się, że już od wielu lat nie mam wpływu na pana Strange’a. To przez wojnę w Hiszpanii. Zanim wyjechał na półwysep, chętnie przebywał w moim towarzystwie i uczył się wszystkiego, czego mogłem go nauczyć, później jednak… — Pan Norrell westchnął. — Nie, musimy zdać się na pana. Proszę skłonić go do powrotu do domu. Podejrzewam, że pański wyjazd do Wenecji tylko przedłużyłby jego pobyt w tym mieście. Pan Strange uznałby, że przynajmniej jeden człowiek mu uwierzył. Zdecydowanie to odradzam.

— Muszę przyznać, że cieszą mnie te słowa. Z pewnością posłucham pańskiej rady. Proszę o zwrot listów, nie będę dłużej pana kłopotał.

— Drogi panie, bez pośpiechu! — odezwał się Lascelles. — Nasza rozmowa jeszcze nie dobiegła końca. Pan Norrell otwarcie i bez zastrzeżeń odpowiedział na pańskie pytanie. Proszę się zrewanżować.

Henry Woodhope zmarszczył brwi. Wydawał się zaskoczony.

— Pan Norrell uwolnił mnie od wielkiego niepokoju. Jeśli mogę się odwdzięczyć, z chęcią to uczynię. Nie rozumiem jednak…

— Być może niejasno się wyraziłem — przerwał mu Lascelles. — Mam na myśli to, że pan Norrell potrzebuje pańskiej pomocy, by z kolei pomóc panu Strange’owi. Czy mógłby pan powiedzieć nam coś jeszcze o włoskiej eskapadzie pana Strange’a? Jaki był, zanim popadł w ten smutny stan? Czy humor mu dopisywał?

— Nie! — odparł Henry z oburzeniem, jakby uważał, że tak sformułowane pytanie jest obraźliwe. — Śmierć mojej siostry wytrąciła go z równowagi. Przynajmniej początkowo. Wydawał się bardzo nieszczęśliwy. Gdy jednak dotarł do Genui, wszystko się zmieniło. — Umilkł. — Teraz o tym nie pisze, ale uprzednio w swych listach bardzo chwalił pewną młodą damę z towarzystwa, z którym podróżował. Miałem wrażenie, że myśli o ponownym ożenku.

— Drugi ożenek! — wykrzyknął Lascelles. — Tak prędko po śmierci pańskiej siostry! Coś podobnego! Szokujące! I bardzo dla pana przykre.

Henry ze smutkiem pokiwał głową. Znowu zapadło milczenie, aż w końcu Lascelles rzekł:

— Mam nadzieję, że wcześniej nie wykazywał takiego upodobania do towarzystwa innych dam? To znaczy za życia pani Strange? To by ją bardzo unieszczęśliwiło.

— Nie! Skąd! — wykrzyknął Henry.

— Przepraszam, jeśli pana uraziłem. Nie chciałem okazać braku szacunku pańskiej siostrze, czarującej damie. Ale to nic nadzwyczajnego, sam pan wie. Zwłaszcza wśród ludzi pewnego pokroju. — Lascelles sięgnął po leżące na stole listy Strange’a. Wodził po nich palcem, aż znalazł ten, którego szukał. — W tym liście — powiedział, przebiegając pismo wzrokiem — pan Strange napisał: „Jeremy doniósł mi, że nie zrobiłeś tego, o co proszę. Nieważne. Jeremy się tym zajął i rezultat jest właśnie taki, jak przypuszczałem”. — Lascelles odłożył list i uśmiechnął się życzliwie do pana Woodhope’a. — O co takiego prosił pan Strange i czego pan nie zrobił? Kim jest Jeremy i o jaki rezultat chodzi?