— Pan Strange… Pan Strange prosił mnie o ekshumację zwłok mojej siostry. — Henry wbił wzrok w podłogę. — Naturalnie nie wyraziłem zgody. Wobec tego Strange napisał do swego sługi, Jeremy’ego Johnsa. Bardzo arogancki człowiek!
— Johns przeprowadził ekshumację?
— Tak. Ma w Clun przyjaciela, grabarza. Razem to zrobili. Nie potrafię opisać, co poczułem na wieść o tym.
— Naturalnie. Co odkryli?
— A co mieli odkryć, jeśli nie zwłoki mojej biednej siostry? Oczywiście twierdzili co innego. Postanowili opowiadać bzdury.
— Czyli co?
— Nie powtarzam plotek z magla.
— Naturalnie. Ale pan Norrell pragnie, by na chwilę zapomniał pan o tej godnej pochwały zasadzie i wyznał nam to szczerze i otwarcie, tak jak on mówił panu rozmaite rzeczy.
Henry przygryzł wargę.
— Powiedzieli, że w trumnie znajdował się czarny pieniek.
— A nie ciało? — spytał Lascelles.
— Nie.
Lascelles popatrzył na pana Norrella. Pan Norrell wbił wzrok w swoje dłonie.
— Ale co ma do tego śmierć mojej siostry? — prychnął Henry ze złością. Odwrócił się do pana Norrella. — Z pańskich słów wywnioskowałem, że w śmierci mojej siostry nie ma niczego nadzwyczajnego. Chyba mówił pan, że nie było w tym magii?
— Och. Wręcz przeciwnie! — oświadczył Lascelles. — Oczywiście, że była w tym magia. To nie ulega wątpliwości! Pytanie brzmi — czyja to sprawka?
— Słucham?
— Oczywiście, dla mnie to zbyt głębokie — dodał Lascelles. — Tylko pan Norrell może się zajmować takimi sprawami.
Oszołomiony Henry przenosił spojrzenie z jednego dżentelmena na drugiego.
— Kto jest teraz ze Strange’em? — spytał Lascelles. — Ma chyba służących?
— Nie. Nie zabrał własnych sług. Sądzę, że obsługują go ludzie gospodarza. Przyjaźni się z angielską rodziną. To chyba dziwna gromada, uzależniona od podróży.
— Nazwisko?
— Greystone albo Greyfield. Nie pamiętam.
— A skąd pochodzą ci ludzie o nazwisku Greystone albo Greyfield?
— Nie wiem. Strange mi nie napisał. Ten dżentelmen był chyba medykiem okrętowym, a jego zmarła żona Francuzką.
Lascelles pokiwał głową. W pokoju było już tak ciemno, że Henry Woodhope nie widział miny żadnego z dżentelmenów.
— Wydaje się pan blady i zmęczony — oznajmił Lascelles. — Może londyńskie powietrze panu nie służy.
— Niezbyt dobrze sypiam. Od kiedy zaczęły przychodzić te listy, śnią mi się wyłącznie koszmary.
— Czasem człowiek wie rzeczy, których nigdy by nie wypowiedział na głos, nawet nie wyszeptał w samotności — zauważył Lascelles. — Darzy pan pana Strange’a wielką sympatią, prawda?
Chyba należy wybaczyć Henry’emu Woodhope’owi, że wydawał się nieco zdumiony tym pytaniem, ale nie miał pojęcia, o czym mówi Lascelles.
— Dziękuję panu za radę — powiedział tylko do pana Norrella. — Z pewnością się do niej zastosuję. Czy mogę dostać moje listy?
— Ach, to — znowu wtrącił Lascelles. — Pan Norrell zastanawia się, czy mógłby je pożyczyć? Uważa, że można się z nich wiele nauczyć. — Henry Woodhope wyglądał tak, jakby zamierzał zaprotestować, więc Lascelles dodał z wyrzutem w głosie: — Myśli wyłącznie o panu Strange’u! To wszystko dla dobra pana Strange’a!
Wobec tego Henry Woodhope zostawił listy panu Norrellowi i Lascellesowi. Po jego wyjściu Lascelles powiedział:
— Teraz musimy wysłać kogoś do Wenecji.
— O tak! — zgodził się pan Norrell. — Bardzo pragnąłbym poznać prawdę w tej kwestii.
— Niewątpliwie. — Pan Lascelles parsknął pogardliwym śmiechem. — Prawdę…
Pan Norrell zamrugał oczkami, ale Lascelles nie wyjaśnił, co miał na myśli.
— Nie wiem, kogo możemy wysłać — ciągnął pan Norrell. — Włochy leżą daleko stąd, podróż zajmie około dwóch tygodni. Nie mógłbym się pozbyć Childermassa nawet na połowę tego czasu.
— Hm — mruknął Lascelles. — Właściwie nie myślałem o Childermassie. Kilka argumentów świadczy przeciwko niemu. Sam pan często podejrzewał go o strandżystowskie sympatie. Moim zdaniem ci dwaj nie powinni przebywać razem w obcym kraju, gdzie mogą spiskować przeciwko nam. Nie, już wiem, kogo wyślemy.
Następnego dnia słudzy Lascellesa udali się w rozmaite rejony Londynu. Niektóre z tych miejsc nie cieszyły się dobrą sławą, jak choćby slumsy i dzielnice biedoty w rodzaju St Giles, Seven Dials i Saffron Hill. Inne były wspaniałe i patrycjuszowskie, jak Golden Square, St James’s i Mayfair. Zebrali dziwne towarzystwo: krawców, rękawiczników, kapeluszników, szewców, lichwiarzy (tych mnóstwo), urzędników sądowych i wiecznie pijane gospodynie domowe. Sprowadzili ich wszystkich do domu Lascellesa na Bruton Street. Kiedy goście zgromadzili się w kuchni (gospodarz nie miał najmniejszego zamiaru przyjmować takich ludzi w salonie), Lascelles zszedł do nich i zapłacił każdemu w cudzym imieniu. Powiedział im z lodowatym uśmiechem, że to jałmużna. W końcu jeśli człowiek nie okazuje dobroczynności na Gwiazdkę, to kiedy?
Trzy dni później, w dniu świętego Szczepana, w Londynie pojawił się książę Wellington. Mniej więcej od roku jaśnie oświecony książę mieszkał w Paryżu, gdzie dowodził sprzymierzoną armią okupacyjną. Właściwie nie byłoby przesady w stwierdzeniu, że obecnie to właśnie książę Wellington rządził Francją. Powstało pytanie, czy armia sojusznicza powinna pozostać we Francji, czy powrócić do swoich krajów (czego pragnęli Francuzi). Przez cały dzień książę odbywał przy drzwiach zamkniętych naradę z ministrem spraw zagranicznych lordem Castlereaghem. Dyskutował z nim o ważnych sprawach, a wieczorem zasiadł do kolacji wraz z ministrami w domu na Grosvenor Square.
Ledwie zaczęli posiłek, a rozmowa zaczęła kuleć (rzadkość wśród polityków). Ministrowie czekali, aż ktoś odezwie się pierwszy. Premier lord Liverpool odchrząknął nerwowo i rzekł:
— Pewnie pan nie słyszał, ale z Włoch donoszą, że Strange oszalał.
Ręka księcia, ta, w której trzymał łyżkę, znieruchomiała. Wellington rozejrzał się dookoła, po czym znów powrócił do spożywania zupy.
— Nie wydaje się pan szczególnie przejęty tą informacją — powiedział lord Liverpool.
Książę wytarł usta serwetką.
— Bo nie jestem — odparł.
— Poda nam pan powody? — zapytał sir Walter Pole.
— Pan Strange to ekscentryk — odrzekł książę. — Otoczeniu może się wydawać szaleńcem. Śmiem twierdzić, że nie przywykło ono do magów.
To wyjaśnienie nie przekonało ministrów. Zaczęli wyliczać przykłady obłędu Strange’a: przekonanie, że jego żona nie umarła, dziwna wiara w to, że ludzie mają świeczki w głowach, i jeszcze dziwniejsza niechęć do ananasów, przez którą nie daje się ich wwozić do Wenecji.
— Przewoźnicy owoców mówią, że ananasy wylatują z łodzi, jakby wystrzelone przez armatę — powiedział lord Sidmouth, nieduży, zasuszony człowieczek. — Inne owoce, jabłka, gruszki i tak dalej, nie ucierpiały w najmniejszym stopniu, ale latające ananasy zraniły kilka osób. Nikt nie wie, dlaczego mag aż tak się uprzedził do tych owoców.
Książę wcale się tym nie przejął.
— To niczego nie dowodzi. Zapewniam panów, na półwyspie zachowywał się znacznie bardziej ekscentryczne. Jeśli jednak naprawdę jest szalony, ma ku temu powody. Posłuchajcie mojej rady, panowie, i przestańcie się tym trapić.