Выбрать главу

Zapadła cisza, podczas której ministrowie trawili tę informację.

— Chce pan powiedzieć, że celowo oszalał? — zapytał ktoś pełnym niedowierzania głosem.

— To wielce prawdopodobne — oświadczył książę.

— Dlaczego? — spytał ktoś inny.

— Nie mam pojęcia. Na półwyspie nauczyliśmy się, że nie zadaje się mu pytań. Prędzej czy później stawało się jasne, że jego niezrozumiałe i poruszające czyny są częścią magii. Pozwolić mu działać, ale nie okazywać zdumienia niczym, co robi. Tak, panowie, należy postępować z magiem.

— Nie słyszał pan jeszcze wszystkiego — wtrącił pierwszy lord admiralicji. — Stało się coś strasznego. Podobno otacza go bezustanna ciemność. Zaburzono naturalny porządek rzeczy, całą parafię w Wenecji pochłonęła wieczna noc.

— Nawet wasza wysokość mimo słabości do tego człowieka musi przyznać, że całun wiecznej ciemności niezbyt dobrze nam wróży — oświadczył lord Sidmouth. — Niezależnie od zasług tego człowieka dla naszego kraju.

Lord Liverpool westchnął.

— Bardzo mi przykro, że do tego doszło. Strange zawsze chętnie dzielił się wiedzą. Miałem nadzieję, że będzie nam tłumaczył czyny Norrella. Okazuje się jednak, że musimy najpierw znaleźć kogoś, kto będzie nam tłumaczył czyny Strange’a.

— Możemy poprosić pana Norrella — zaproponował lord Sidmouth.

— Wątpię, byśmy mogli liczyć na bezstronną opinię tej osoby — wtrącił sir Walter Pole.

— No to co mamy robić? — spytał pierwszy lord admiralicji.

— Wyślemy pismo do Austriaków — oświadczył jak zawsze zdecydowanie książę Wellington. — Przypomnimy im, że księcia regenta i rząd brytyjski zawsze będzie interesował los pana Strange’a. Przypomnimy im również, jak wiele zawdzięcza cała Europa męstwu i umiejętnościom pana Strange’a, prezentowanym podczas ostatnich wojen. Przypomnimy im, że bylibyśmy bardzo niezadowoleni, gdyby stała mu się jakakolwiek krzywda.

— I tu się właśnie różnimy, wasza wysokość — oświadczył lord Liverpool. — Mnie się wydaje, że jeśli Strange’owi stanie się jakaś krzywda, to nie z winy Austriaków.

Najprawdopodobniej zagraża sam sobie.

W połowie stycznia księgarz Titus Watkins opublikował książkę zatytułowaną Czarne listy, która zawierała listy od Strange’a do Henry’ego Woodhope’a. Krążyły plotki, że to pan Norrell poniósł koszty druku. Henry Woodhope przysięgał, że nigdy nie dał pozwolenia na publikację listów. Oświadczył również, że część z nich zmieniono. Usunięto wzmianki o postępowaniu Norrella w sprawie lady Pole, a wstawiono inne, które sugerowały, że Strange zamordował żonę za pomocą zaklęć.

Mniej więcej w tym samym czasie jeden z przyjaciół lorda Byrona — zwał się Scrope Davies — spowodował sensację, kiedy okazało się, że w imieniu lorda Byrona zamierza oskarżyć pana Norrella o próbę przechwycenia prywatnej korespondencji jego lordowskiej mości za pomocą magii. Scrope Davies udał się do prawnika w gospodzie Lincoln i oświadczył pod przysięgą, że niedawno otrzymał kilka listów od Byrona, w których jego lordowska mość wspomina o słupie wiecznej ciemności zajmującym parafię Mary Sobendigo (sic!) w Wenecji, a także o szaleństwie Jonathana Strange’a. Scrope Davies umieścił listy w garderobie w swym mieszkaniu na Jermyn Street w Stjamess. Pewnego wieczoru, najprawdopodobniej 7 stycznia, ubierał się przed wyjściem do klubu. Listy od Byrona leżały na toaletce. Akurat podnosił szczotkę, kiedy zauważył, że listy podskakują niczym suche liście na wietrze. Nie było jednak żadnego wiatru, więc to go zaintrygowało. Wziął listy do ręki i ujrzał, że pismo na stronicach również dziwnie się zachowuje. Pociągnięte piórem kreski liter odrywały się od wyznaczonych im miejsc i tłukły na papierze niczym sznurki do rozwieszania bielizny na wietrze. Nagle przyszło mu do głowy, że listy znajdują się pod wpływem zaklęcia. Był hazardzistą i jak wszystkim hazardzistom, którzy odnoszą sukcesy, nie brakowało mu refleksu i zimnej krwi. Szybko włożył listy do Biblii, między stronice Ewangelii Świętego Marka. Potem powiedział przyjaciołom, że choć w ogóle nie zna się na teorii magii, wydawało mu się, że nic nie chroni lepiej przed złowrogim zaklęciem niż Pismo Święte. Miał rację: listy pozostały jego własnością, nie zmienione. Potem w męskich klubach krążył dowcip, że najbardziej niezwykłe w całej sprawie wcale nie było to, że pan Norrell usiłował zawłaszczyć listy, tylko że Scrope Davies — notoryczny hulaka i moczymorda — trzyma w domu Biblię.

Rozdział piętnasty

Leukrokota, wieczorny wilk

styczeń 1817

Rankiem w połowie stycznia doktor Greysteel wyszedł drzwiami od ulicy i zatrzymał się, by naciągnąć rękawiczki. Podnosząc wzrok, zauważył niewysokiego człowieczka, który krył się przed wiatrem w drzwiach naprzeciwko.

Wszystkie wejścia do budynków w Wenecji są malownicze, a niekiedy także stojący w nich ludzie. Ten osobnik mimo oczywistych oznak ubóstwa miał w sobie coś z fircyka. Jego strój był niezwykle zniszczony i obdarty, ale człowieczek usiłował poprawić swą prezencję, polerując to, co dało się wypolerować, i szczotkując całą resztę. Natarł stare pożółkłe rękawiczki taką ilością kredy, że zostawił kredowe ślady na drzwiach za sobą. Na pierwszy rzut oka zdawał się mieć wszystkie atrybuty fircyka — długi łańcuszek do zegarka, kopertę, pokrętła do zegarka i lornion. Po bliższej obserwacji jednak dawało się zauważyć, że nie był to łańcuszek od zegarka, tylko tandetna złota wstążka, którą luźno przywiązał do dziurki od guzika. Podobnie funkcję pokręteł pełniły cynowe serduszka, krzyżyki i talizmany Dziewicy — jakie uliczni sprzedawcy oferują za franka albo dwa. Najbardziej interesujące było jego lornion — wszyscy fircykowie i dandysi kochają lorniony. Używają ich, by spoglądać kpiąco na tych mniej modnych od siebie. Najprawdopodobniej dziwny człowieczek czuł się nagi bez tego atrybutu, więc powiesił zamiast niego łyżkę.

Doktor Greysteel uważnie przyjrzał się tym dziwactwom, by opowiedzieć o nich przyjaciołom. Potem przypomniał sobie, że jego jedynym przyjacielem w tym mieście jest Strange, a Strange’a już nie interesują takie sprawy.

Nagle człowieczek oderwał się od drzwi i podszedł do doktora Greysteela. Przechylił głowę i zapytał po angielsku:

— Czy pan doktor Greyfield?

Zdumiony doktor Greysteel milczał.

— Czy pan doktor Greyfield? Przyjaciel maga?

— Tak — odparł doktor Greysteel ostrożnie. — Ale nazywam się Greysteel, nie Greyfield.

— Po tysiąckroć przepraszam, drogi doktorze! Jakiś głupiec błędnie podał mi pańskie nazwisko! Co za wstyd! Zapewniam pana, że jest pan ostatnią osobą na tej planecie, którą chciałbym obrazić! Nie ma pan pojęcia, jakim szacunkiem darzę pańską profesję. A teraz stoi pan tu w pełnej chwale, znawca okładów i specjalista od mierzenia tętna, i mówi pan do siebie: „Kim jest ta kreatura, ośmielająca się zaczepiać mnie na ulicy jak byle prostaka?” Proszę pozwolić, że się przedstawię. Przybywam z Londynu. Przyjaciele pana Strange’a na wieść o jego pomieszaniu zmysłów poczuli tak ogromny niepokój, że pozwolili sobie wysłać mnie, bym sprawdził, jak on się miewa.

— Hm. Prawdę mówiąc, wolałbym, żeby bardziej się zaniepokoili. Napisałem do nich na początku grudnia. Sześć tygodni temu, proszę pana. Sześć tygodni!

— Och, rzeczywiście! Zdumiewające, prawda? To największe próżniaki pod słońcem! Dbają jedynie o własną wygodę, podczas gdy pan, jedyny prawdziwy przyjaciel maga, tkwi w Wenecji! — Umilkł. — Nie mylę się, prawda? — zapytał całkiem innym tonem. — Nie ma innych przyjaciół prócz pana?